Ostatnio resort finansów zarzucił samorządowcom niewiarygodność. Podważa sporządzone przez was wieloletnie plany finansowe.
To twierdzenie, które nas obraża, jest zupełnie nieuprawnione. Owszem, może się zdarzyć, że w planie jednej czy drugiej gminy jest jakiś błąd, nagięcie rzeczywistości do potrzeb. Ale na tej podstawie w żadnym razie nie można mówić o niewiarygodności całej zbiorowości.
A może z planami rzeczywiście coś jest nie tak? Samorządy podnoszą larum, że limit 1 proc. deficytu to zamach na wasze inwestycje. Tymczasem z ich planów wynika, że po 2014 r. limit w ogóle nie będzie przeszkadzał, bo większość prognozuje nadwyżkę.
Bo w planach nie ma ujętych inwestycji związanych z nowymi funduszami UE na lata 2014 – 2020. Trudno prognozować coś, o czym jeszcze nic nie wiadomo. Poza tym inwestycje są prowadzone w pewnym cyklu. Najpierw trzeba je przygotować, wykupić grunty, uzyskać decyzje.
To trwa pięć, sześć lat. Teraz jesteśmy na szczycie cyklu, wkrótce zacznie się jego wygaszanie, a dopiero później myślenie o kolejnym.
Przygotowujemy się też do wprowadzenia nowego wskaźnika zadłużania, który wynika z ustawy o finansach. Od części samorządów wymaga on ograniczenia wydatków inwestycyjnych. Uwzględniające te uwarunkowania wieloletnie plany finansowe są w pełni wiarygodne i realistyczne.
Wspomniał pan o nowym wskaźniku. Minister MichałBoni proponuje, by zaczął on obowiązywać już od 2013 r.
Potwierdzam, od jakiegoś czasu trwają rozmowy między ministrem Bonim i jego doradcami a samorządowcami. Minister Boni rzeczywiście proponuje, by przybliżyć czas obowiązywania ustawy. Wspólnie szukamy rozwiązań, które będą wychodziły naprzeciw potrzebom resortu finansów, ale nie oznaczają wylania dziecka z kąpielą.
To pewne novum, że przedstawiciel rządu, minister Boni, rozumie nasze stanowisko– zagrożenie płynące z ograniczenia inwestycji, co wiąże się z ryzykiem niewykorzystania pomocy UE. Takie długofalowe myślenie jest atutem.
A czy to dobra propozycja? Część samorządów nie jest zachwycona.
Nigdy nie udaje się znaleźć rozwiązania, z którego wszyscy byliby zadowoleni. Ale warto się nad nim zastanowić.
Ma pan autorski pomysł, jakresort finansów i samorządy mogą się spotkać w pół drogi?
Nie, autorskiego nie mam. Nasze spotkania z przedstawicielami rządu to praca zespołowa.
Co jeszcze wynika z tej pracy?
Mamy pomysł, jak uelastycznić finanse samorządów. Tak, by mogły zmniejszyć
wydatki, a zwiększyć dochody. Pozwoli to osiągnąć większe nadwyżki i oznacza mniejsze zadłużenie związane z inwestycjami. Ale to mało spektakularna praca, drobne zmiany, które w swej masie mogą przynieść spore korzyści. Na przełomie maja i czerwca powinniśmy przedstawić konkretne propozycje.
Znajdzie się w nich także propozycja resortu finansów zamienienia regionalnych izb obrachunkowych w coś w rodzaju policji skarbowej?
Rzeczywiście zastanawiamy się nad zmianą roli RIO, ale nie w kontekście policji. Chcemy, by RIO były w stanie przedstawić wiele precyzyjnych danych, które my posiadamy. Bo obecnie resort finansów nie ma wystarczającej bazy danych o nas. A brak wiedzy prowadzi do wyciągania błędnych wniosków.
Takich jak ten o waszej niewiarygodności?
Tak, rozbieżności w ocenie deficytu, który samorządy mogą osiągnąć w kluczowym 2012 r., są spore. Z naszych planów wynika, że ma to być ok. 1 mld zł. Tymczasem Ministerstwo Finansów szacuje, nie wiem, na jakiej podstawie, że ma to być 9 mld zł. Różnica wynosi 800 proc.
A przecież my nie upiększaliśmy prognoz, one powstały, jeszcze zanim minister Rostowski przedstawił propozycję limitów deficytów.
Co by się stało, gdyby te limity weszły jednak w życie? Jednym z ratunków ma być rozwój partnerstwa publiczno-prywatnego.
W PPP widzę pewną szansę. Ale trzeba mieć świadomość, że to nie czarodziejska różdżka, która wszystko załatwi. Przygotowanie inwestycji w formule PPP trwa kilka lat i nie wszystko da się zrobić w tej formule. To uzupełnienie działalności samorządów, a nie jej podstawa. Do tego odnoszę wrażenie, że to rozwiązanie nie do końca rozumiane przez urzędników kontroli – np. CBA czy NIK.
Ale Gdańsk planuje kilka inwestycji w PPP?
Tak, oczywiście. To między innymi propozycja zagospodarowania północnej części Wyspy Spichrzów oraz
budowy Parku Siennego. Jesteśmy w fazie przygotowań.
Czy Gdańsk, Gdynia i Sopot mogą się połączyć?
Jestem inicjatorem Stowarzyszenia Gdański Obszar Metropolitalny. Obejmuje on 40 gmin, od Pucka do Tczewa. Jego granice wyznaczają związki funkcjonalne z Trójmiastem. Jestem na etapie dyskusji z samorządowcami. W większości spotykam się z przychylną reakcją, tylko Gdynia zgłasza sprzeciw.
Wolałaby Gdyński Obszar Metropolitalny?
Coś w tym guście.
W ramach stowarzyszenia z Trójmiasta powstanie jeden organizm?
Dziś nie ma takiej woli ani politycznej, ani społecznej.
I moim zdaniem nie ma takiej potrzeby. Choć konieczna jest dalsza integracja, nie tylko tych trzech miast, ale całego obszaru metropolitalnego.