Co pewien czas media obiegają komunikaty dziennikarzy lub działaczy społecznych, że zostali skazani za pomówienie innej osoby. Przykładem jest dziennikarz portalu www.wpolityce.pl ukarany za pomówienie sędziego polegające na użyciu potocznego zwrotu odnośnie do jednej z faz postępowania dyscyplinarnego prowadzonego wobec niego. Sformułowanie miało niestety odmienne od potocznego znaczenie w języku prawników, przez co było sprzeczne z prawdą i pomawiające. Wyrok pierwszej instancji utrzymał się w sądzie odwoławczym. Komentarze prasy były wtedy niekorzystne nie tylko dla sądu, ale i dla samego art. 212 kodeksu karnego. Echa tamtego wyroku słychać do dziś.

Niedawno z kolei było głośno o dwóch przegranych Jana Śpiewaka w sprawach o pomówienie (obie w pierwszej instancji). W jednej z córką byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego, w drugiej z adwokatem Jerzym Szaniawskim. Na rozstrzygnięcie sprawy przez sąd drugiej instancji jeszcze czekamy.

Czytaj też:

Śpiewak skazany za pomówienie. Zwróci się do Bodnara

Górnikowska-Ćwiąkalska chce wyższej kary dla Śpiewaka

Jan Śpiewak skazany za pomówienie mecenas Bogumiły Górnikowskiej-Ćwiąkalskiej

Oskarżony ma zawsze pod górkę

Nie znam szczegółów tych spraw i nie zamierzam gdybać, kto ma rację. Problem sprowadza się do tego, że oskarżony zawsze ma w takich sprawach pod górkę w procesie odwoławczym. Codzienne obserwacje z sal sądowych zmuszają mnie do konstatacji, że pod górkę ma często również przed sądem pierwszej instancji.

Nie chodzi o to, że sędziowie nie lubią oskarżonych w procesach o pomówienie lub lubią ich mniej niż oskarżycieli. Problemy wynikają moim zdaniem z dwóch przyczyn.

Po pierwsze, wymiar sprawiedliwości został powierzony nie automatom, ale ludziom z wszystkimi ich zaletami i słabościami. Po drugie, to także kwestia ukształtowania w kodeksie postępowania karnego uprawnień do wnoszenia kasacji. Jeżeli sięgniemy do art. 523 § 2 i 3 k.p.k., zobaczymy, że kasację na korzyść oskarżonego można wnieść tylko od prawomocnego wyroku sądu drugiej instancji skazującego na pozbawienie wolności bez warunkowego zawieszenia jej wykonania. Kasację na niekorzyść oskarżonego można zaś wnieść jedynie po uniewinnieniu go albo umorzeniu postępowania. Ograniczenia te nie dotyczą jedynie kasacji wnoszonych przez prokuratora generalnego, rzecznika praw obywatelskich i rzecznika praw dziecka, a także kasacji wnoszonych z powodu najgrubszych błędów proceduralnych nazywanych bezwzględnymi przyczynami odwoławczymi.

Wspomniane trzy urzędy wnoszą kasację wyjątkowo rzadko, podobnie rzecz się ma z owymi najpoważniejszymi błędami w sposobie procedowania (sędziowie naprawdę bardzo rzadko je popełniają).

Nie sądzą nas automaty

Wynika z tego, że wyrok skazujący na grzywnę, ograniczenie wolności (nazywane pracami społecznymi), czy też na pozbawienie wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania (czyli, jak to się potocznie mówi, zawiasy) jest co do zasady wolny od ryzyka wniesienia kasacji, i to nawet jeśli razem z wyrokiem wchodzą w grę środki karne wiążące się z bankructwem skazanego (np. konieczność publikacji przeprosin w środkach masowego przekazu), czy też z wieloletnim zakazem wykonywania zawodu. Przykładowo lekarz skazany na trzy miesiące pozbawienia wolności bez zawieszenia będzie mógł wnieść kasację, ale ten, któremu sąd wymierzy dłuższą karę więzienia w zawieszeniu i 10 lat zakazu wykonywania zawodu już kasacji nie wniesie, mimo że dolegliwość kary będzie zdecydowanie większa.

O ironio, ten, któremu sąd cywilny nakaże pomówionego przeprosić nawet w zwykłym liście bez publikacji (czyli bez żadnych istotnych kosztów), będzie miał prawo do skargi kasacyjnej, ale ten, któremu sąd karny nakaże opublikować przeprosiny w prasie, telewizji lub w portalu internetowym (z ogromnymi kosztami) nie wniesie sprawy przed Sąd Najwyższy.

Wolny od ryzyka jest oczywiście sędzia sądu drugiej instancji. Oskarżony bowiem i jego obrońca patrzą na problem zupełnie inaczej. Skazany, mając na koncie łagodny wyrok, ale niszczący go finansowo lub zawodowo wie, że w drugiej instancji sędzia badający jego sprawę będzie miał świadomość, że jeżeli wyrok zmieni i go uniewinni, musi się liczyć z kasacją. Jeśli wyrok skazujący utrzyma w mocy, praktycznie ma z głowy ryzyko kasacji i kontroli swojego orzeczenia. Wtedy i uzasadnienie może być pobieżniejsze, więc i w problem prawny, jak i w treść akt można się mniej wgłębiać. Oczywiste nie twierdzę, że sędziowie tak robią. Ale są tylko ludźmi, a to im, a nie automatom powierzono sądzenie innych.

W konsekwencji, jeśli idąc do sądu odwoławczego skarżymy wyrok, który nie wysyła klienta do więzienia lecz ma charakter wolnościowy, wiemy, że ta sytuacja będzie się wiązała dla sędziego z opisaną pokusą. Czy jej ulegnie, będzie zależało od wielu czynników. Po pierwsze, od samej sprawy i dowodów. Jeśli sprawa nie będzie oczywista ani w jedną, ani w drugą stronę, w grę wejdzie w pierwszej kolejności osobowość sędziego, zmęczenie, obłożenie pracą, czasem też problemy osobiste, które – jak u każdego – mogą wpływać na zdolność skupienia się na pracy, czyli sprawach, które musi osądzić. Oczywiście możemy się złościć, że powinno być inaczej, ale sędzia zawsze pozostanie człowiekiem. Nie każdy zaś i nie zawsze to przezwycięży i będzie sędzią dużego kalibru.

Problem jest systemowy, a rozwiązań jakoś brak

O tym, że art. 212 k.k. jest potrzebny i nie należy go usuwać z kodeksu. Pisałem już to na stronach rp.pl. W praktyce gra toczy się o zasadę (czyli skazanie lub uniewinnienie) plus przeprosiny publikowane w tym lub innym miejscu. Praktycznie nigdy nie chodzi o rzeczywiste więzienie. W razie skazania dominują kary grzywny, czasem jedynie ograniczenie wolności, wyjątkowo wyrok więzienia z zawieszeniem wykonania kary. Dominują więc sytuacje, w których, idąc do sądu drugiej instancji, obrońca wie, że oskarżyciel w razie uniewinnienia będzie miał szansę w kasacji, a on – jako obrońca –jej mieć nie będzie. Wie to również sędzia. Mówienie o równości stron przed sądem drugiej instancji w takiej sytuacji trąci hipokryzją.

Ten problem widać zresztą nie tylko w sprawach o pomówienie. W większości przypadków, w których sprawa nie jest jasna i może być rozstrzygana w różny sposób, adwokaci boją się, że w razie wątpliwości sędzia sądu pierwszej instancji przyjmie, że skoro nie wie, co zrobić, to skaże, ale łagodnie. Nikogo do więzienia nie wyśle, więc nie skrzywdzi nadmiernie, a będzie mógł przypuszczać, że taki wyrok łatwiej się utrzyma przed sądem odwoławczym.

Żeby nie było wątpliwości: nie widzę w tym winy sędziów. Mają po kilkuset podsądnych na głowie, ogrom akt do czytania, ogrom uzasadnień do pisania. Do tego codzienna presja na dotrzymywanie terminów. To rola prawodawcy i procedury karnej, by tak stymulować działania ludzi będących sędziami i kształtować model postępowania karnego, by tego typu pokus i nierówności było jak najmniej.

Nie pamiętam nowelizacji kodeksu postępowania karnego, przy której politycy byliby w stanie dyskutować, jak dochodzić do najbardziej sprawiedliwych orzeczeń w rozsądnym terminie, a nie jak orzekać jak najszybciej, czy też jak pomóc tej lub innej stronie (raz się wzmacnia oskarżonych, raz pokrzywdzonych, raz prokuratorów). Zresztą dziennikarzy i działaczy społecznych też dotąd jakoś to szczególnie nie zajmowało. Larum zaczyna się dopiero po wyroku skazującym, ale też, jak na larum przystało, bez głębszej refleksji.

Autor jest adwokatem