Wprowadzenie sądów gminnych byłoby ciekawym eksperymentem, tylko czy obecnie, kiedy wymiar sprawiedliwości funkcjonuje źle, nie nazbyt ryzykownym i w rezultacie kosztownym? Wypuszczenie sędziów w teren to słuszna idea – sądy mają być bliżej ludzi. Pytanie tylko, czy owa bliskość równałaby się lepszemu i szybszemu załatwianiu ich spraw.

I to jest najsłabszy punkt całej układanki. Gdyby zamknąć oczy, można by sobie wyobrazić kolejkę chętnych do sędziego, który obraduje za stołem w jednej z sal gminnego domu kultury, rozstrzygając na miejscu lokalne spory i waśnie. Albo przyjeżdżającego na wiejski targ, gdzie rozwiązuje konflikty konsumenckie o jakość gęsiny, sprzedaż konia i jego wiek. Problemy załatwiane są szybko, mijają jak ból zęba po wizycie u dentysty.

Czytaj więcej

Prezes NRA Przemysław Rosati na konferencji "Wymiar sprawiedliwości w Polsce - perspektywa przyszłoś
Prawnicy oburzeni: o rewolucji w sądach dowiadujemy się z konferencji prasowych

To świat idealny, w którym nie ma procedur, a ludzie chcą się godzić, działając zawsze racjonalnie. W realnym świecie tak nie jest. Spory bywają zapiekłe, a istniejące w sądach procedury i formalizmy oraz podążający za tym świadkowie, obrońcy, dowody, ich ocena etc. robią resztę. I nawet jeśli strony chcą się godzić, nie zawsze musi to być takie proste, a przede wszystkim szybkie. Bo zazwyczaj z rozstrzygnięcia takich sporów zadowolona jest tylko jedna strona, a druga szuka możliwości zmiany decyzji.

Owszem, sędziowie wyjazdowi są lepszym pomysłem niż sędziowie pokoju, których największą wadą jest ryzyko upolitycznienia i wybór w powszechnych wyborach.

Jest to jednak pomysł zbyt idealistyczny w zderzeniu z twardą rzeczywistością sądową. Zbigniew Ziobro pewnie ma jeszcze w pamięci klęskę swojego sztandarowego projektu sprzed lat – sądów 24-godzinnych – który takiego zderzenia nie wytrzymał. Czy zdecyduje się teraz na kolejny eksperyment?