Prace Stanisława Dróżdża nie mogły mieć lepszej scenerii niż śnieg. Otacza Zamek Ujazdowski, gdzie trwa pokaz zatytułowany „początekoniec", widać go za oknami. Na biało pomalowane są sale, z podłogą łącznie. Biel wewnątrz i na zewnątrz daje poczucie bezkresu i bezczasu.

Tym konkretniejsze stają się napisy, z których artysta konstruował kompozycje. Czarne litery, cyfry, znaki przestankowe; czasowniki, przysłówki. Dróżdż tak nimi operował, że przeobrażały się w samodzielne byty, w trójwymiarowe formy. Nawet więcej: to dzieła wyposażone w czwarty wymiar, czyli czas. To poematy typograficzne, którym układ i wielkość czcionek nadaje sens.

Przykładem obraz „Klepsydra". Kształt zegara piaskowego został ułożony ze słów „będzie, jest, było". Centralne „jest" jest najmniejsze; czas przeszły i przyszły rozrastają się ku przeciwległym krawędziom, jak cylindry w klepsydrze.

Równie znakomicie autor oddał proces stopniowej utraty pamięci: wyraz „zapominanie" ustawił w stos; w każdym wierszu – patrząc w dół (wstecz, w przeszłość) – ubywa kolejnej litery. Na samym dole widnieje tylko kropka.

Na podobnych zasadach powstawały inne wizualizacje słów. Zawsze rygorystyczne, utrzymane w czarnobieli, zaprojektowane co do milimetra. Artysta nadał im własną nazwę – pojęciokształty. Dróżdż należał do mistrzów gatunku nazywanego poezją konkretną. Miał polonistyczne wykształcenie, matematyczny umysł i wyczucie grafika projektanta.

Ponad 30 lat temu wpadł na pomysł wytapetowania salki stołecznej Galerii Foksal … jednym słowem: „między". Niektóre litery postawił pionowo, inne wywrócił pod kątem 90 stopni, jeszcze inne postawił na głowie. W rozmaitych kombinacjach, lecz w stałym rytmie. W ten sam sposób potraktował ściany, sufit, podłogę, drzwi. W rezultacie powstało pudełko, w którym widz tracił poczucie skali, kierunków, odległości. Całym sobą, fizycznie odbierał sens słowa „między".

Kilkanaście lat później w tej samej galerii pajęczynę nylonowych żyłek, którymi wypełnił wnętrze, artysta przewrotnie zatytułował „Poezja konkretna" – a nie było ani słowa! Nici, gęsto rozpięte pod różnymi kątami, uniemożliwiały wejście. Można było jedynie zajrzeć. Co było widać? Magmę. Niematerialną materię. Kosmos. Jedno pewne: nic konkretnego.

Filozoficzną zagadkę stanowiła też jego praca „Kości zostały rzucone" przedstawiona siedem lat temu na Biennale Sztuki w Wenecji. Polski pawilon pokrywało około 300 tysięcy kostek do gry, dwukrotnie większych niż zwykłe. Pośrodku – stół do bilardu, na zielonym suknie – kostki, którymi można było do woli rzucać, dopóty wynik nie będzie zadowalający.

Tamta aranżacja skojarzyła mi się ze świątynią, gdzie zamiast bóstwa króluje człowiek. Każdy. Bo każdy jest panem swego losu.

[i]Wystawa w CSW czynna do 7 lutego[/i]