Komunikacja polityczna tym się różni od każdej innej, że nie służy komunikowaniu. Jej celem, co zauważają klasyczne politologiczne definicje, nie jest bowiem chęć przedstawienia, komunikowania faktów, tylko takie kształtowanie przekazu, by z sukcesem konkurować z innymi, walczyć o władzę czy zwalczać konkurencję.

Według definicji Briana McNaira komunikowanie polityczne jest celowym, intencjonalnym procesem, który obejmuje przede wszystkim „wszelkie formy przedsiębrane przez polityków i innych aktorów politycznych po to, aby osiągnąć konkretne cele”.

Czytaj więcej

Kaczyński: Elity niemieckie nie przeciwstawiły się Hitlerowi. Pewne cechy pozostają

Te definicje i zasady komunikacji politycznej znakomicie rozumie PiS. Każda prawie kwestia wygłaszana ostatnio przez polityków obozu władzy ma cel, który poza nią wykracza, albo wręcz nie ma z jej treścią wiele wspólnego. Pomysły na przekaz pozytywny, jakim miał być np. Polski Ład – zawiodły. Chodzi więc o sterowanie wyborcami albo wywoływanie ich strachu. A największym specjalistą w tej dziedzinie jest prezes Jarosław Kaczyński, co demonstruje podczas licznych terenowych spotkań z wyborcami.

Prezes mówi o tym, że Niemcy chcą nas „wydoić”, a minister Rau namawia ich do bycia partnerem Polski.

Jego przemówienia wywołują polemiki opozycji, zarzuty mediów o to, że mija się z prawdą i rozpala negatywne emocje. Tyle że całe to oburzenie nie trafia do adresata i na pewno prezesa nie obejdzie. Wręcz przeciwnie – jest dla niego dowodem na własną skuteczność. Trudno przecież czynić zarzut hienie, że wyjątkowo sprawnie poradziła sobie z padliną.

Czytaj więcej

Kaczyński: Przekop Mierzei był planowany jeszcze za rządów Batorego

W dodatku komunikacja prezesa PiS jest przeważnie niezgodna z oficjalnymi deklaracjami np. członków rządu, którzy muszą bardziej uważać na słowa, by nie zanurzyć się całkiem w odmętach aberracji. Dlatego nie ma nic dziwnego w tym, że np. w Szczecinie prezes „ujawnia”, że „obecnie w Unii jest niemal jawnie formułowany cel, który mówi o konieczności utworzenia w krótkim czasie jednego państwa europejskiego pod przywództwem niemieckim”. A dwa dni później minister spraw zagranicznych rządu Zjednoczonej Prawicy Zbigniew Rau spotyka się z minister spraw zagranicznych Niemiec, z którą jest po imieniu i deklaruje, że „Polska i Niemcy mają szansę wspólnie stworzyć modelowy przykład przezwyciężenia traum powstałych wskutek imperialnej polityki, terytorialnych i materialnych grabieży, prób kolonizacji i eksterminacji całych narodów”. Prezes mówi o tym, że Niemcy chcą nas „wydoić”, a minister Rau namawia ich do bycia partnerem Polski. Pierwszy komunikuje się politycznie, a drugi – dyplomatycznie. A co ma z tego zrozumieć obywatel?

Prezes PiS postawił sobie za cel komunikowanie się z wyborcami ponad zwykłym dyskursem publicznym, który często jest trudny i obcy dla ludzi. W prostych słowach odwołuje się więc do emocji – wyłącznie negatywnych. I na tym fundamencie, nie mając żadnej oferty dla swoich wyborców – buduje nadzieje PiS na wygraną kolejnych wyborów.