Reklama
Rozwiń
Reklama

Co z milczącą rewolucją na Białorusi?

Choć wywołała niemały wstrząs, białoruska „Rewolucja poprzez sieci społecznościowe" wytraca impet. Maleje liczba uczestników milczących akcji protestu. Czyżby to koniec?

Aktualizacja: 29.07.2011 21:28 Publikacja: 29.07.2011 21:11

Milczący marszt w Mińsku

Milczący marszt w Mińsku

Foto: AFP

Owo przedsięwzięcie zainicjowane na Facebooku i rosyjskojęzycznym W Kontaktie, jest fenomenem nie do końca zrozumiałym. – To lud internetowy, który dojrzał do tego, by zaprotestować. Ale nie jest to protest z jakimś celem politycznym – mówił „Rz" jeden z czołowych działaczy Białoruskiego Frontu Narodowego (BNF) Wincuk Wiaczorka.

W istocie, co prawda na hasło w Internecie na ulicy pojawiają się też członkowie opozycyjnych partii politycznych, ale kierownictwa tych ugrupowań od sprawy się dystansują. – Także dlatego, że władze przekonują, iż jest to kolejna zagrywka opozycji. Chodzi o to, by nie przeszkadzać – powiedział „Rz" Walery Karbalewicz, niezależny politolog. A inny miński politolog Uładzimir Podgoł potwierdza. – W naszych warunkach udział partii politycznych w owej „Rewolucji" mógłby zaszkodzić samym partiom. BNF już stracił lokal – podkreśla.

Trudno powiedzieć, jak jest naprawdę. Czy organizatorzy akcji to ludzie zupełnie nowi, czy też cała sprawa jest w jakiś sposób z opozycją koordynowana? Jeden z organizatorów, Wiaczesław Dianow był podczas ostatnich wyborów prezydenckich w sztabie kandydata na prezydenta ze Zjednoczonej Partii Obywatelskiej (OGP) Jarosława Romańczuka. Czy to oznacza, że OGP ma wpływ na „Rewolucję"? Lub, jak chcą niektórzy, że opozycyjne partie po prostu schowały swe szyldy, bo z różnych powodów tak jest wygodniej i bezpieczniej? Tak czy inaczej, Dianow nie jest osobą niemającą doświadczenia w organizowaniu akcji z udziałem tłumów.

On sam stanowczo twierdzi, że organizatorzy chcą działać dalej. „Rewolucja poprzez sieci społecznościowe" to nie jest jakaś „zwykła akcja milczenia mająca miejsce we środy", ale „cały kompleks przedsięwzięć protestacyjnych organizowanych stale i które trzeba traktować jako jedną całość" – zapewnia.

Na pewno jednym z efektów akcji jest narastające zdenerwowanie władz. Milicja reaguje bardzo ostro, zatrzymując nie tylko uczestników, ale i przypadkowych przechodniów. Tylko 20 lipca zatrzymanych zostało 20 osób w Mińsku i dziesięć w innych miastach. Eksperci podkreślają, że tak gwałtowna reakcja jest niezrozumiała. I co chcą osiągnąć władze, przebierając atakujących milicjantów i kagebistów w cywilne ubrania?

Reklama
Reklama

– Ludzi przychodzi coraz mniej, ale teraz będą proponowane nowe formy protestów – mówił Dianow. A organizatorzy są bardzo pomysłowi: nie tylko milczą, ale i klaszczą w dłonie, używają alarmów w telefonach komórkowych itp. Co będzie teraz – zobaczymy. – Do września nie spodziewam się żadnych większych protestów w ramach „Rewolucji". Ale sądzę, że problemy gospodarcze kraju popchną o wiele więcej ludzi do wystąpień – prognozuje Wiaczorka. A wtedy do akcji wkroczyliby opozycyjni politycy. Pytanie, czy taki jest scenariusz Dianowa i jego współpracowników.

Publicystyka
Marek A. Cichocki: Najważniejsze pytanie dotyczące programu SAFE i bezpieczeństwa Polski
Publicystyka
Estera Flieger: Pierwsza dama idzie sama. Czy Marta Nawrocka ma obowiązek podobać się feministkom?
Publicystyka
Estera Flieger: Dlaczego Donald Trump boi się Bad Bunny'ego? Bo rap z Portoryko roztapia ICE
Publicystyka
Roman Kuźniar: Ekosfera Epsteina wobec wojny Rosji z Ukrainą
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama