Reklama

Sprawa aneksu nie utopi Komorowskiego

Nawet jeśli prezydent był momentami nieprzekonujący podczas rozprawy dotyczącej handlu aneksem z WSI, to płonne są nadzieje PiS, że ta sprawa utrudni mu reelekcję.
Andrzej Stankiewicz

Andrzej Stankiewicz

Foto: Fotorzepa/Waldemar Kompała

Ta afera w kręgach PiS ma już swoją nazwę – marszałkowska. To od stanowiska marszałka Sejmu, które w 2007 r. zajął Bronisław Komorowski po zwycięstwie PO nad PiS. Politycy Platformy mieli przeświadczenie, że rząd PiS szukał na nich haków. Z kolei oddający władzę Jarosław Kaczyński był przekonany, że PO ukryje afery, wykryte przez specsłużby za czasów PiS.

Największe emocje budziły WSI oraz tzw. aneks do raportu z ich likwidacji. Sam raport – przygotowany przez Antoniego Macierewicza – ukazał się jeszcze za rządów PiS, ale nie udało się w nim pokazać, że WSI były głową układu, który kontroluje kraj. Dlatego Macierewicz przygotowuje aneks, gdzie idzie znacznie dalej, uderzając właśnie w Komorowskiego, któremu zarzuca związki z podejrzanymi oficerami WSI. Tyle że aneks ląduje w sejfie prezydenta Kaczyńskiego, który uznaje, że jest w nim za dużo interpretacji, a za mało faktów.

Właśnie rozwiązywania WSI i aneksu dotyczy proces, w którym we czwartek zeznawał prezydent. Prokuratura zarzuca dziennikarzowi Wojciechowi Sumlińskiemu oraz byłemu oficerowi wojskowych służb PRL Aleksandrowi L., że żądali 200 tys. zł za pozytywną weryfikację od płk. WSI Leszka T. W tej sprawie pojawiają się próby samobójcze (Sumliński), nagłe śmierci z przyczyn naturalnych (Leszek T.) i nazwiska najważniejszych polityków w państwie (Komorowski).

Aleksander L. jesienią 2007 r. zgłasza się do Komorowskiego i oferuje dotarcie do aneksu. „Pomyślałem, że to dziwne, bo przecież i tak dostęp jako marszałek Sejmu do aneksu mam" – zeznawał prezydent. Nie wyjaśnił jednak, na jakiej podstawie miał wgląd do ściśle tajnego dokumentu, a wedle ustawy marszałek Sejmu mógł dostać aneks tylko od prezydenta.

Komorowski dodał, że krótko potem zjawił się u niego płk WSI Leszek T., który poinformował, że ma nagrania wiążące się z korupcją wokół komisji weryfikacyjnej WSI – miały to być nagrania obciążające m.in. Aleksandra L., które Komorowski oglądał. Prezydent zeznał, że poinformował o tym ABW i wyłączył się z tej sprawy.

Reklama
Reklama

Prezydent nie powiedział jednak jasno, czy zapoznał się z aneksem czy też nie. Z jednej strony twierdził, że nie odczuwał takiej potrzeby, bo to dokument zbudowany głównie po to, by go zaatakować. Z drugiej – nie wykluczył, że czytał aneks.

Choć prezydent momentami był nieprzekonujący i często zasłaniał się niepamięcią, to wbrew nadziejom niechętnej mu prawicy nie będzie po tym przesłuchaniu żadnych politycznych konsekwencji. Po pierwsze, likwidacja WSI i „afera marszałkowska" są skomplikowane i niejednoznaczne. Choć Sumliński dowodzi, że stał się ofiarą prowokacji, którą Komorowski i Leszek T. knuli przeciw komisji likwidującej WSI, to jednak współoskarżony Aleksander L. był gotów poddać się karze. Po drugie, przesłuchania nie relacjonowały z uwagą główne kanały telewizyjne, a zatem większość Polaków o prezydencie zeznającym przed sądem raczej się nie dowie.

Publicystyka
Prof. Sławomir Sowiński: Zmarł Jürgen Habermas. W epoce Donalda Trumpa tym bardziej potrzebujemy jego myśli
Materiał Promocyjny
Jedna rata i większa kontrola nad budżetem domowym?
Materiał Promocyjny
Bank Pekao przyjął Plan Dekarbonizacji
Publicystyka
Juliusz Braun: Alternatywne chrześcijaństwo w programie Alternatywy dla Niemiec
Publicystyka
Estera Flieger: Czego boję się w kampanii parlamentarnej
Publicystyka
Zuzanna Dąbrowska: Jeden kraj, dwa państwa
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama