Mieszkańcy Culiacan są przyzwyczajeni, że obok nich mieszkają handlarze narkotyków. Miasto jest stolicą stanu Sinaloa, siedzibą potężnego kartelu narkotykowego o tej samej nazwie i miejscem osadzonego Joaquina "El Chapo" Guzmana.
Nie widzieli jednak przemocy, jaka opanowała miasto 17 października, gdy nieudana próba zatrzymania jednego z synów Guzmana zamieniła liczące 750 tys. mieszkańców miasto w strefę wojny.
Uzbrojeni w karabiny maszynowe członkowie gangu rozpoczęli serię ataków w różnych częściach miasta. W wielu miejscach doszło do wymiany ognia z władzami. Na ulicach płonęły samochody.
Walki trwały sześć godzin, zginęło trzynaście osób, w tym czterej cywile. Nieodpowiednio wyposażeni członkowie armii postanowili wypuścić szefa kartelu na wolność.
Mieszkańcy obawiają się, że może to być początek nowej wojny narkotykowej. - Nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego. Po razy pierwszy kartel Sinaloa zaatakował obywateli, których miał chronić - powiedział Tomas Guevara, naukowiec z Centrum Przemocy w Sinaloa.
Ostatnie wydarzenia są ostatnimi z długiej listy incydentów związanych z handlem narkotykami w Meksyku. Przemoc wybuchła, gdy w 2006 roku rząd wysłał armię przeciw kartelom.
W 2015 roku członkowie kartelu Jalisco New Generation zestrzelili wojskowy śmigłowiec, a w kraju odkrywane są kolejne masowe groby. W sumie w ciągu ostatnich 13 lat zamordowano ponad 250 tys. osób, a 50 tys. uważa się za zaginione.
Eksperci podkreślają, że wydarzenia z Culiacan są nowym rozdziałem w narkotykowej wojnie. Do tej pory mieszkańcy miasta nigdy nie znaleźli się po środku walki. - Nigdy nie widzieliśmy tak gwałtownej reakcji - powiedział Jose Reveles, ekspert ds. bezpieczeństwa. - Nastały nowe czasy, młodsze pokolenie jest znacznie bardziej zuchwałe - dodał.