W miarę możliwości wyjaśnienia, które nie będzie sprzeczne z feministycznym założeniem, że kobiety są dokładnie takie same jak mężczyźni, i to do tego stopnia, że nawet wagina (jak to wyjaśniała pewna znana feministyczna działaczka) jest w istocie czymś identycznym jak penis.

Ale do rzeczy. Badania, o jakich mówię, to sprawdzenie skutków wieloletnich warsztatów, które miały na celu pomoc nastolatkom w uporaniu się z niechcianą ciążą. W Australii, bo tam się to działo, postanowiono zniechęcać dzieci do wczesnych ciąż, obrzydzając im macierzyństwo. W jaki sposób? Prosty. Wręczając im lalki, które – przez weekend – trzeba było przewijać, karmić, lulać i zajmować się nimi niemal cały czas. Jeśli zaś się tego nie robiło, to lalka była tak zaprogramowana, że... „umierała". Badaczki były przekonane, że armagedon, jakim w ich odczuciu jest dla kobiety macierzyństwo, skutecznie zniechęci dziewczęta do posiadania dzieci, a co za tym idzie – skłoni je do stosowania środków antykoncepcyjnych (bo ich promocja była, a jakże, elementem kursów).

Tymczasem już na początku badania okazało się, że ogromna większość dziewczynek jest zachwycona zadaniem, jakie przed nimi postawiono, i to do tego stopnia, że część z nich wcale nie chciała oddawać lalek po weekendzie. A po kilku latach, gdy program zdążył zrobić gigantyczną karierę zarówno w Australii, jak i w Stanach Zjednoczonych, okazało się, że... u dziewczynek objętych programem liczba ciąż była wyższa (17 proc.) niż u tych, które lalkami się nie opiekowały (11 proc.).

Nic dziwnego w tym nie ma. Po prostu dziewczynki odkryły dzięki lalkom, że ich powołaniem jest macierzyństwo i że w gruncie rzeczy jest ono – choć czasem męczy i frustruje – niezwykle wzbogacającym doświadczeniem, wpisanym w dodatku w naturę kobiety. Dziewczynki zajmujące się lalką, odkrywały to i później nie bały się już tak strasznie ani ciąży ani nawet nastoletniego macierzyństwa.

Te dość oczywiste, jak się zdaje, stwierdzenia, nie wystarczyły jednak feministycznym uczonym. I wystarczyć nie mogły, bo gdyby je przyjąć, to trzeba by odrzucić cały genderowy bełkot i feministyczne brednie, wedle których kobiety są w istocie identyczne z mężczyznami. I dlatego zaczęto szukać innych wyjaśnień. I tak dr Sally Brinkman z Telethon Kids Institute uznała, iż błąd polegał na tym, że dziewczynki opiekowały się lalkami za krótko, aby rzeczywiście poczuć „przerażający" ciężar macierzyństwa, i przez to otrzymały wyidealizowany obraz bycia matką. Inna ekspertka, Julie Quinlivan z australijskiego University of Notre Dame, stwierdziła, że źródłem błędu było nieobjęcie programem chłopców...

I nawet jeśli jakieś elementy prawdy są w obu tych opiniach, to pomijają one najważniejszą kwestię. A jest nią błąd leżący u fundamentu samego badania, a mianowicie uznanie, iż macierzyństwo jest czymś tak przerażającym dla kobiety, że gdy tylko go ona doświadczy, to natychmiast podejmie wszelkie działania, by się przed nim ustrzec. W ten sposób mogą myśleć tylko feministyczne babochłopy albo kobiety skrajnie niedojrzałe, które same nigdy nie doświadczyły szczęścia rodzicielstwa. Ogromna większość kobiet ma do rodzicielstwa zupełnie inne podejście i jest ono dla nich raczej doświadczeniem pełni życia, niż armagedonem, od którego trzeba się wybawić przy pomocy szprycowania się hormonami. Jednym słowem: kobiety są stworzone do macierzyństwa. I tego najlepiej dowodzą przywołane badania, nawet jeśli feministki i genderyści nie są tego w stanie jeszcze dostrzec.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95