Reklama

Muhammad Ali sprawił, że czarne jest piękne

Był niezwykłym mistrzem wagi ciężkiej i królem świata, jak sam o sobie mówił. Był też symbolem budzącej się do życia czarnej Ameryki, co zauważono później. Muhammad „The Greatest" Ali zmarł przed tygodniem. Miał 74 lata.

Aktualizacja: 12.06.2016 15:21 Publikacja: 09.06.2016 14:10

Muhammad Ali sprawił, że czarne jest piękne

Foto: AFP

W boksie najgroźniejsze są ciosy, których nie widzisz. Ali był mistrzem w ich zadawaniu. W 1965 roku w niewielkim miasteczku Leviston w stanie Maine przekonał się o tym Sonny Liston, który w rewanżowej walce został znokautowany już w pierwszej rundzie ciosem, o którym przez lata pisano, że go nie było. A były mistrz zapytany w szatni, czy widział błyskawiczny prawy, który rzucił go na deski, powiedział tylko: – Zobaczyłem zbyt późno.

Piętnaście miesięcy wcześniej, w Miami na Florydzie, gdy walczyli po raz pierwszy, broniący tytułu Liston był zdecydowanym faworytem. Ali, wtedy jeszcze Cassius Clay, przyzna po latach, że rywal budził w nim strach, ale starał się nie dawać tego po sobie poznać. Po czwartej rundzie krzyczał do sekundantów, by go poddać, nic nie widział, był oślepiony tajemniczą substancją, która dostała mu się do oczu. Stojący w jego narożniku Angelo Dundee, jeden z najsłynniejszych trenerów w historii boksu, zachował na szczęście zimną krew. Przemył mu oczy, wytarł je czystym ręcznikiem i radził, by w kolejnym starciu trzymał się od Listona z daleka. Pytany po latach, co to było, mówił, że prawdopodobnie jakaś mikstura, której użyto do smarowania posiniaczonej już twarzy mistrza. Ta następnie przedostała się na rękawice Claya, a stamtąd, gdy potarł nimi czoło, do oczu.

Pod koniec piątej rundy pretendent do tronu znów był sobą, a po szóstej Liston, tłumacząc się kontuzją barku, nie wyszedł ze swojego narożnika.

Wielu amerykańskich ekspertów twierdzi, że właśnie wtedy narodził się Wielki Ali. Zaczynał tamtą walkę jako dzieciak, którego skazywano na porażkę, kończył jako nowy mistrz świata. Miał zaledwie 22 lata.

Jak Cassius został Alim

A przecież niewiele brakowało, by do tego pojedynku nie doszło, gdy okazało się, że Cassius Clay związał się z Narodem Islamu, o czym w wywiadzie dla „Miami Herald" poinformował ojciec pięściarza. Zażądano, by syn sprostował informację, ale reakcja była zdecydowana. – Nie mam czego prostować, jestem muzułmaninem – miał odpowiedzieć Clay junior. Postawił wszystkich pod ścianą i ustąpili.

Reklama
Reklama

Był rok 1964. Kilka miesięcy wcześniej zginął John Kennedy, rozpętała się wojna w Wietnamie, budziła się czarna Ameryka. Do tej pory młody Cassius Clay poruszał się w przestrzeni wartości wyznawanych przez białych. Był wprawdzie czarny, ale wysoki, przystojny i utalentowany. A przy tym ujmujący. On już wtedy, całym sobą, dawał czytelny sygnał, że czarne jest piękne.

Ali po wygranej z Listonem przyznał na konferencji prasowej, że nie jest już chrześcijaninem. – Wiem, dokąd zmierzam. Nie muszę być tym, kim chcecie, abym był. Jestem wolny i mogę być kim chcę – mówił pewnym głosem, patrząc dziennikarzom prosto w oczy.

Już wtedy potrafił wykorzystywać media jak nikt przed nim. Czasami wprowadzał je świadomie w błąd, gdy wmówił fotoreporterowi „Life'a", że trenuje do walk pod wodą, ten to kupił i Ali miał piękną reklamę. A przecież, z czego po latach śmiał się Dundee, Ali nie potrafił pływać, a te treningi to był jego szalony wymysł.

Najczęściej grał jednak z mediami na swoich zasadach, bo nie chciał być dobrym żołnierzem amerykańskiej demokracji na wzór Joe Louisa, swojego wielkiego poprzednika na tronie wagi ciężkiej.

O Elijahu Muhammadzie, liderze Narodu Islamu, pierwszy raz dowiedział się w 1959 roku z pisma „Mówi Mahomet" w czasie turnieju o Złote Rękawice w Chicago. Dwa lata później w Miami, gdzie trenował już jako zawodowiec, poznał Kapitana Sama, wyznawcę tego ruchu, i jego życie uległo radykalnej zmianie.

Wcześniej poleciał na igrzyska do Rzymu (1960), gdzie w finale kategorii półciężkiej pokonał Zbigniewa Pietrzykowskiego, trzykrotnego wtedy mistrza Europy. Miał zaledwie 18 lat, olimpijskie złoto na szyi i bajkową przyszłość przed sobą, choć jak twierdził, wiele barów i restauracji w rodzinnym Louisville wciąż było dla niego zamkniętych.

Reklama
Reklama

Legendarny masażysta polskich bokserów Stanisław Zalewski opowiadał mi wiele lat temu, podczas jednego ze zgrupowań w Cetniewie, że gdyby nie splot pechowych okoliczności, takich jak brak ochraniacza na zęby, który Pietrzykowski przez nieuwagę zostawił w wiosce olimpijskiej, to polski król kontry, a nie Cassius Clay stanąłby wtedy na najwyższym stopniu podium.

Ale nasz mistrz nie miał złudzeń: Clay był po prostu lepszy – mówił pół wieku po rzymskim finale, gdy spotkaliśmy się w Bielsku-Białej, gdzie mieszkał. – Był wybitny, nie sposób było go trafić. A przy tym sam bił od niechcenia, szybko, kąśliwie i boleśnie – wspominał.

Po dwóch wygranych z Listonem nowy mistrz wagi ciężkiej był już jednym z najbardziej rozpoznawalnych sportowców na świecie, bo to, o czym mówił poza ringiem, docierało do ludzi mocniej niż najlepsze z jego walk. Kiedy wykrzykiwał: – Jestem Ameryką, jestem tą jej częścią, której nie rozpoznajecie. Ale przywyknijcie, przyzwyczajcie się – był sobą.

Gdy przechodził na islam i zmieniał nazwisko, tłumaczył: – Cassius Clay to niewolnicze imię, Muhammad Ali to imię wolne, oznacza kochanego przez Boga. Sam o sobie powiedział, że jest „Największy" i nikt nie protestował. Był pierwszym, który pokazał, że samemu można znakomicie promować walki. Jego słynne: – Będę latał jak motyl, żądlił jak pszczoła – to już klasyka, tak samo jak inne powiedzonko: – Jestem tak szybki, że jak zgasiłem światło w pokoju hotelowym, w łóżku byłem, zanim zrobiło się ciemno.

Był urodzonym aktorem, bawił się z rywalami – obrażał, szydził, wymyślał słowne kalambury. Z Listona zrobił „Brzydkiego Niedźwiedzia", o którym wykrzykiwał: – On jest za brzydki, by pozostać mistrzem. Mistrz powinien być ładny, jak ja!

Podobnie potraktował Joe Fraziera, którego nazwał gorylem przed ich kolejną walką, w Quezon City. Nic dziwnego, że „Smokin' Joe" czuł do niego niechęć do końca życia, choć nigdy nie odmawiał mu umiejętności bokserskich.

Reklama
Reklama

O Foremanie, już w Kinszasie, przed słynną „Rumble in the Jungle" (Grzmoty w dżungli) napisał wierszyk: „Jego ręce nie mogą uderzyć w to, czego oko zobaczyć nie zdoła. Teraz mnie widzisz, a teraz nie. George myśli, że zdoła, ale ja wiem, że nie podoła". I Foreman nie podołał, przegrał przez nokaut.

Odmawiając służby wojskowej i wyjazdu do Wietnamu w 1967 roku, ryzykował wszystko, co wcześniej zdobył. Stracił tytuł mistrzowski, odebrano mu paszport i licencję bokserską. Był atakowany, odwracano się od niego. 84-letni dziś Bob Arum, jeden z najsłynniejszych promotorów, wtedy pracujący dla Alego jako prawnik, przyznaje, że też był zbulwersowany jego postawą, bo wierzył, że wojna w Wietnamie jest słuszna.

W głośnej książce Thomasa Hausera: „Muhammad Ali, moje życie, moja walka" Arum mówi: „Na mocy ugody z prezydentem Lyndonem Johnsonem, Ali poszedłby do wojska i nie musiał nosić munduru. Mógłby nadal walczyć i zachować twarz, ale Ali odrzucił tę propozycję, a ja uznałem, że mu rozum odebrało. W końcu jednak okazało się, że to on miał rację. To niesamowite, przecież nie był zorientowany w polityce, co więcej, on nie miał o niej pojęcia. I tak, ku mojemu zaskoczeniu, było w wielu innych sprawach" – wspomina Arum.

Przyszłość Alego stanęła jednak pod wielkim znakiem zapytania, gdy na konferencji prasowej, odmawiając służby wojskowej, pytał Amerykę: – Dlaczego prosicie mnie, bym założył mundur i leciał 10 tysięcy mil od domu, by zrzucać bomby i strzelać do brązowych ludzi, kiedy tak zwane czarnuchy w Louisville są traktowane jak psy?

Jego proste, szczere słowa „Nie mam nic do Wietkongu" nazajutrz cytowały wszystkie amerykańskie gazety. Stojących za nim murem też nie brakowało, byli wśród nich słynni czarnoskórzy koszykarze, Kareem Abdul Jabbar i Bill Russell, którzy zawsze przypominali dzielną postawę Alego. Wielu na jego miejscu poszłoby na ugodę, złamało się. Groziło mu przecież pięć lat więzienia.Ale dzięki niemu takich, którzy też się sprzeciwili i zostali w domu, były tysiące.

Reklama
Reklama

Powrót z banicji

Nie brakuje głosów, że wygnanie z ringu było najlepszą rzeczą, jaka mogła się przytrafić Alemu. Pogląd kontrowersyjny, bo ze sportowego punktu widzenia były to przecież najlepsze lata mistrza. Ci, którzy go znali, twierdzili, że okres banicji zniszczył dawnego Alego. Faktycznie, „stracił nogi", nie był już w ringu tak lotny, jak kiedyś, przyjmował znacznie więcej ciosów. Ale prawdą jest, że powrót był dla niego zbawienny pod względem finansowym. Przed wygnaniem jego walki nie cieszyły się już wielkim zainteresowaniem. Historyk boksu Jim Jacobs argumentuje w książce Hausera, że znaczna część Amerykanów miała go dość, była zmęczona słuchaniem tego, co mówił.

„Wygnanie zmieniło wszystko – uważa Jacobs. – Podróżując po całym kraju, przemawiając na uczelniach, Ali zdołał dotrzeć ze swoimi ideałami do tysięcy młodych mężczyzn i kobiet. Siał ziarno niczym kandydat na prezydenta. Przekonał ich też, że odsunięcie go od boksu nie powinno mieć miejsca. Nie można było go pokonać w ringu, więc zmobilizowano potężne siły, by z nim wygrać inaczej. Wynik był taki, że kiedy wrócił, za pierwszy, dziesięciorundowy pojedynek z Jerrym Quarrym w Atlancie dostał więcej niż kiedykolwiek wcześniej" – przypomina Jacobs.

Banicja trwała 3,5 roku, po niej nadszedł jego najlepszy okres: najgłośniejsze walki i wielkie honoraria. Trzy razy bił się z niepokonanym wtedy Joe Frazierem, później z Kenem Nortonem (dwukrotnie) i George'em Foremanem w Kinszasie. W nowojorskiej Madison Square Garden (1971) mimo porażki znów zobaczyliśmy wielkiego Alego. To było kosmiczne wydarzenie w historii boksu. Na widowni byli wszyscy, którzy coś znaczyli w tym świecie. Franka Sinatrę akredytował „Life" w roli fotografa. Najdroższe miejsca kosztowały po 150 dolarów, suma na owe czasy niesłychana. Bilety wyprzedano na miesiąc przed walką, Madison Square Garden zarobiła na nich dobrze ponad milion. Ali z Frazierem wzięli po 2,5 mln.

Z Nortonem, dwa lata później, też miał kłopoty, w pierwszym pojedynku w San Diego, gdzie od drugiej rundy walczył z pękniętą szczęką, sędziowie uznali go za pokonanego, w Inglewood widzieli jego wygraną, choć wynik mógł być równie dobrze odwrotny.

O „Rumble in the Jungle" usłyszał świat za sprawą reportaży najtęższych ludzi pióra, którzy tam polecieli, chociażby Normana Mailera i jego „The Fight". Transmisja telewizyjna z Zairu, rządzonego twardą ręką przez krwawego dyktatora Mobutu Sese Seko, dotarła również do komunistycznej Polski. Walkę w samym sercu Afryki wymyślił Don King, przyszły król promotorów. Ali i Foreman otrzymali gigantyczne jak na owe czasy honoraria, po 5 mln dolarów. Pojedynek zaczynał się o 4 rano miejscowego czasu, by w USA miał najwyższą oglądalność. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi wokół ringu umieszczonego na stadionie miało tylko jednego faworyta, był nim Ali.

Reklama
Reklama

Niepokonany Foreman, którego zwycięstwo obstawiali bukmacherzy i fachowcy, został znokautowany. Między innymi dlatego, że Ali nie posłuchał Angela Dundee i sam wymyślił sobie taktykę walki na linach, czym go najpierw wymęczył, a następnie zniszczył. Dziennikarze znów mieli o czym pisać. To był ciekawy rok, najpierw Richard Nixon zrezygnował z prezydentury, a teraz Ali odzyskał mistrzowski tytuł. Po latach znokautowany w Kinszasie Foreman i jego pogromca byli bohaterami gali rozdania Oscarów. W kategorii film dokumentalny zwyciężył obraz Leona Gasta („When we Were Kings", „Kiedy byliśmy królami") pokazujący kulisy legendarnego pojedynku. Gdy Ali, cierpiący już na chorobę Parkinsona, wchodząc na scenę, wspierał się na ramieniu Foremana, wszyscy wstali z miejsc i rozległy się długo niemilknące brawa.

Z Frazierem było inaczej, łączyła ich raczej gorzka przyjaźń, ale ich walki to było coś. Tę drugą, w 1975 roku w Quezon City na Filipinach, każdy, kto ją widział, zapamięta na zawsze. „Trilla in Manila" to była walka na śmierć i życie, prawdziwa wojna na pięści, chyba najlepsza w historii boksu, jeszcze lepsza od tej pierwszej w Madison Square Garden. Eddie Futch, trener Fraziera, nie puścił go do ostatniej, 15. rundy, bo bał się, że Ali go zabije. „Smokin' Joe" był już w tym boju ślepy, nie widział nic przez zapuchnięte oczy.

Angelo Dundee, który stał w narożniku Alego we wszystkich największych walkach, był też jego prawdziwym przyjacielem. Zaprzecza jednak, że to Ali był wtedy bliski śmierci i chciał się poddać. – Miał jeszcze trochę paliwa w zapasowym baku, mógł walczyć do końca – zapewniał, gdy w grudniu 1996 roku, podczas wizyty na Florydzie, gdzie Andrzej Gołota przygotowywał się do rewanżowego pojedynku z Riddickiem Bowe'em, zapytałem go o to. A na pytanie, kto był największym bokserem w dziejach, odpowiedział szybko. – Ali był największy.

W Polsce po raz pierwszy zobaczyliśmy jego zawodowy pojedynek w 1974 roku, gdy w Kinszasie nokautował Foremana. I choć TVP pokazała walkę z odtworzenia, i tak było to epokowe wydarzenie. W 1987 roku podczas pobytu w Peru miałem okazję zobaczyć jego porażkę z Leonem Spinksem z 1978 roku. I pamiętam, jak wielkie było to przeżycie.

Dwa lata później jedyny raz przegrał przed czasem, ze swoim dawnym sparingpartnerem Larrym Holmesem, kolejnym z wielkich kategorii ciężkiej. Ali był już chory, nie powinien wchodzić do ringu. Ferdie Pacheco, jego osobisty lekarz, twierdzi, że pierwsze objawy choroby Parkinsona były widoczne, lecz Ali nie chciał o tym słyszeć. Holmes nie chciał go bić, błagalnie patrzył w kierunku sędziego i trenerów, by przerwali walkę. Dundee zatrzymał ją w dziesiątej rundzie. Ostatni pojedynek Ali stoczył 11 grudnia 1981 roku z Trevorem Berbickiem na Bahamach. Przegrał na punkty, będąc cieniem tego, który tak długo zachwycał nie tylko bokserski świat.

Reklama
Reklama

Walkę z Holmesem ciekawie wspomina Mike Tyson. Miał 14 lat, gdy wracał do domu samochodem z Cusem D'Amato, starym trenerem i przybranym ojcem. Przez całą drogę nie odezwali się słowem, panowała posępna cisza. Przyszły mistrz świata nie mógł się pogodzić z porażką swojego idola. Następnego dnia Ali zadzwonił do Cusa. I wtedy D'Amato powiedział, że ma tu takiego młodego, czarnego chłopaka, który kiedyś będzie rządził wagą ciężką, po czym dał słuchawkę Tysonowi. Ten zdołał tylko wykrztusić, że bardzo mu przykro z powodu porażki Alego, ale obiecuje, że go pomści.

Minęło siedem lat i Mike Tyson, najmłodszy mistrz świata wagi ciężkiej w historii zawodowego boksu, zmierzył się z Holmesem w Las Vegas. Ali też był w Ceasars Palace, wszedł do ringu, szepnął do ucha Tysonowi: – Pamiętasz, co mi obiecałeś?

To był sądny dzień dla Larry'ego. Dostał straszne lanie, tak jak obiecywał nowy, młody król. Rok wcześniej Tyson boleśnie ukarał też Trevora Berbicka, ostatniego pogromcę „Największego", odbierając mu przy tym pas organizacji WBC. Miał wtedy 20 lat i do dziś jest najmłodszym mistrzem świata wagi ciężkiej w historii.

Muhammad Ali miał już w niej swoje miejsce od dawna, choć na szacunek białej Ameryki czekał latami. W 1996 roku, gdy drżącą ręką zapalał znicz na igrzyskach w Atlancie, o jego chorobie wiedział już cały świat. Ludzie wiwatowali i płakali. Będąc tam, widząc ten uduchowiony tłum, odnosiło się wrażenie, że im Ali jest słabszy, tym bardziej go kochają. W Sydney, na kolejnych igrzyskach olimpijskich, przywieziono go, już wyraźnie zmienionego, na spotkanie z dziennikarzami, ale kontakt był utrudniony. Stałem od niego metr, może dwa, nie było pytań ani odpowiedzi. Był tylko on, ALI, jakby lekko zawstydzony swoją niemocą. Ludzie chcieli go dotknąć, otrzeć się o niego, wyrazić swój podziw. Do niektórych, na potrzeby telewizji, wyciągnął drżącą dłoń, którą ktoś podtrzymywał. Takie chwile zostają w pamięci na zawsze.

Kto ukradł rower

Kilka tygodni później, 20 października 2000 roku, w The Palace w Auburn Hills pod Detroit, po raz ostatni miałem go na wyciągnięcie ręki. Komentowałem tam dla TVP niesławny pojedynek Andrzeja Gołoty z Mikiem Tysonem zakończony ucieczką Polaka z ringu. Córka Muhammada, Laila Ali, walczyła wcześniej. Patrzyłem na jej sławnego ojca, wyglądał na nieobecnego, lecz gdy ogłoszono kolejne zwycięstwo niezwyciężonej Laili, nagle się ożywił. Był wyraźnie wzruszony i chyba nawet lekko się uśmiechnął. Takim go zapamiętałem.

Podobnie jak te słowa, kończące biografię spisaną przez Thomasa Hausera.

„Ja jeszcze nie umarłem, dopiero zaczynam. Cały ten boks, cały ten rozgłos, to był dopiero początek mojego życia. Moje życie tak naprawdę zaczyna się teraz. Walka z niesprawiedliwością, walka z rasizmem, walka z przestępczością, analfabetyzmem".

By za chwilę dodać: „dowiem się, kto mi ukradł rower w Louisville, kiedy miałem dwanaście lat, i go spiorę. To był naprawdę dobry rower".

W artykule wykorzystano fragmenty książki Thomasa Hausera: „Muhammad Ali. Moje życie, moja walka".

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Plus Minus
Ksiądz pedofil wykorzystywał Monikę jak tylko mógł. Zmowa milczenia i zaniedbania biskupów
Plus Minus
„Źródło czerni”: Polska w ciemnościach
Plus Minus
„Cartaventura: Lhasa”: Wyprawa po kartach
Plus Minus
„Jay Kelly”: Ostatnia gwiazda kina
Plus Minus
„Wysokie i niskie tony”: Bracia z różnych światów
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama