Kolejne wybory w 1997 roku były waszym sukcesem, weszliście do koalicji rządzącej z AWS i pani miała zostać ministrem kultury. Dlaczego tak się nie stało?
Rzeczywiście kierownictwo klubu złożyło mi taką propozycję. Któregoś dnia wróciłam późną nocą do domu, patrzę, mruga automatyczna sekretarka w moim telefonie. Nagrała się moja koleżanka, która powiedziała, że zadzwoni do mnie Leszek Balcerowicz albo Bronisław Geremek z pewną propozycją i żebym nie ważyła się odmawiać. Następnego dnia zaproszono mnie do Warszawy i zaoferowano tekę ministra kultury. Okazało się, że po bardzo burzliwej dyskusji w gronie: Mazowiecki, Balcerowicz, Geremek, uznano, że moja kandydatura jest optymalna, bo godzi jakieś zwaśnione grupy. Profesor Geremek spytał, czy wyobrażam sobie, co chciałabym zrobić w resorcie. Zaczęłam się rozglądać, z kim chciałabym pracować, i kiedy już było pewne, że obejmę to stanowisko, bo następnego dnia miała być prezentacja rządu, zadzwonił do mnie kolega dziennikarz z „Życia" z kropką i powiedział: „Słuchaj, coś jest nie tak, bo oni robią na ciebie kwerendę".
Co było nie tak?
Na drugi dzień okazało się, że chodziło o pewien stary artykuł z czasów PRL. Ukazały się czołówki gazet z antysemitką Katarasińską, która chce być ministrem kultury. Po prostu zgłupiałam, bo sprawa tego mojego tekstu z maja 1968 roku wypłynęła w lokalnym piśmie kilka lat wcześniej. Poszłam wtedy do Geremka i powiedziałam, że jestem gotowa odejść z partii, a nawet złożyć mandat poselski. Geremek przeczytał ten artykuł i powiedział: „Pani Iwono, panią tu wszędzie Marek Edelman rekomenduje i skoro nie ma pretensji za ten artykuł, to dlaczego ja miałbym mieć".
Dlaczego pani napisała ten artykuł?
Byłam początkującą dziennikarką, a w tamtych czasach nie rzucało się pracy na znak protestu. Poza tym nie miałam się kogo poradzić. Mój mąż był wtedy zamknięty w koszarach, a koło mnie nie było żadnej przyjaznej duszy. Zresztą wtedy nie wydawało mi się, że popełniam jakąś zbrodnię – zrobiłam wyciąg z kroniki getta łódzkiego, pewna, że pomagam redaktorowi naczelnemu oskarżonemu o pochodzenie, ale redakcyjni agenci (jak się później okazało) „opakowali" to jeszcze w informacje z biuletynów specjalnych o syjonistach i innych takich sprawach. To był rodzaj polemiki ze środowiskiem amerykańskich Żydów. W PRL sprawa szybko została zapomniana, natomiast w wolnej Polsce ten materiał odkopano i przypomniano w „Życiu" z kropką. Dwie osoby wtedy bardzo mnie broniły – Marian Krzaklewski i Leszek Balcerowicz. Krzaklewski powiedział, że zanim był Paweł, to najpierw był Szaweł i że to był błąd młodości. A Balcerowicz dodał, że nie ma żadnego dowodu na moje poglądy antysemickie i na to, żebym kogokolwiek personalnie skrzywdziła. Ale wycofałam moją kandydaturę, przeprosiłam, powiedziałam, że artykuł był głupi i podły. Nic więcej nie mogłam zrobić.
Ta historia zaciążyła na całym pani życiu, bo gdy w tym roku miała pani zostać marszałkiem seniorem, znowu to przypomniano.
Wyciąga się tę historię ilekroć potrzeba, bo jest smaczna. Nie wiem, może na grobie mi to w końcu wyryją. Po latach dowiedziałam się, że wtedy, w 1997 roku, była to czysto wewnętrzna intryga. Chodziło o to, żeby Kraków dostał ministra kultury, a Joanna Wnuk-Nazarowa była z Krakowa.
Dlaczego przyłączyła się pani do Platformy Obywatelskiej po rozpadzie Unii Wolności?
Dlatego, że w naszej łódzkiej organizacji od dłuższego czasu źle się działo. Powstawały tzw. spółdzielnie, wycinano przeciwników itd. Nie można było nakłonić kierownictwa partii, żeby przyjrzało się sytuacji. Poza tym owo utrącenie mojej kandydatury na ministra kultury i fakt, że nikt poza Balcerowiczem nie wziął mnie w obronę, a niektórzy nawet niezbyt przychylnie się do mnie odnosili, mocno mnie poruszyły. Takie historie nie spływają ot tak po człowieku. A wie pani, co jeszcze było dla mnie nie do przyjęcia – że łódzka UW zaczęła ciążyć ku SLD.
Dlaczego to pani przeszkadzało?
Ponieważ w czasach PRL byłam szeregowym członkiem PZPR i opuściłam tamto środowisko w Karnawale Solidarności w 1980 roku. Zapłaciłam za to ogromną cenę, łącznie ze śmiercią męża. On zachorował w stanie wojennym, a władza odmówiła nam paszportów, żeby mógł się leczyć w Paryżu. W Polsce też go nikt nie chciał leczyć, a gdy trafił do szpitala, to przez trzy dni leżał z rozległym wewnętrznym krwotokiem i nikt się nim nie zajął. Zatem jeżeli ktoś za przejście na drugą stronę płaci taką cenę, to nie bardzo ma ochotę ponownie zbliżać się do tego środowiska. Dlatego coraz bardziej ciążyłam ku liberałom i zaczęto plotkować, że odejdę razem z nimi. Nagle zyskałam na wartości dla Unii Wolności. Zaczęto mówić, że może dostanę stanowisko w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji albo coś innego. Ale później zmieniono zdanie – po prostu zostałam wycięta z władz razem z liberałami. Ja i Elżbieta Radziszewska, dwie ROAD-ówki. Obie poszłyśmy do PO.
Nie było pani szkoda porzucać ludzi, ?z którymi spędziła pani całą dekadę?
Oczywiście, że było szkoda. Jeszcze próbowaliśmy ratować sytuację. Sama z grupą emisariuszy chodziłam do szefa klubu UW z pytaniem, jak to teraz wszystko będzie funkcjonowało, że może Donald Tusk powinien dostać poważną funkcję. Nie było odpowiedzi, zatem wyszłam z UW i przystąpiłam do Platformy Obywatelskiej, a nawet organizowałam struktury Platformy w Łódzkiem i przewodziłam im przez ponad pięć lat. Wiele koleżanek i kolegów z UW poszło za mną do PO. Tyle lat byłam aktywna politycznie ?i wielu ludzi mi ufało. W Łodzi liberałowie byli dość słabi, zatem w łódzkiej PO wcale nie dominowali.
Pamięta pani prawybory w PO na „jedynki" na listach?
Oczywiście. Walczyłam o nominację z Mirkiem Drzewieckim. Zdobyłam o jeden głos więcej, powinnam otwierać łódzką listę PO, ale Mirek poprosił, żebym ustąpiła mu miejsca, bo on z drugiej pozycji mandatu nie zdobędzie.
I ustąpiła mu pani tego pierwszego miejsca?
Tak i wygrałam, a on z pierwszego miejsca też wszedł do Sejmu. W tych wyborach dobrze się rozstawiliśmy.
Ale to on robił karierę w Platformie, a nie pani. Był blisko Donalda Tuska, w 2007 roku, gdy PO przejęła władzę, został ministrem sportu.
Rzeczywiście Donald Tusk niczego mi nie zaoferował w rządzie, ale mieliśmy do siebie zaufanie i sympatię. Mogę mieć ogromną satysfakcję, że jestem w Sejmie dziewiątą kadencję i ciągle mam swój elektorat. Nie jestem frontmenką, ale też nie widzę nikogo, kto mógłby mnie zastąpić. Jakoś wyjałowiło się to nasze łódzkie środowisko. Co gorsza, znowu zaczyna ciążyć ku postkomunistom.
Donald Tusk twierdzi, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa w polskiej polityce. Że będzie budował jakiś ruch z młodymi ludźmi. Wierzy pani w to?
Nie wiem. Niech przyjdzie i zobaczy. Może mu się uda. Według mnie ludzie są tak zmęczeni, że każdy się zamknął w swojej bańce. To przykra konstatacja. Po tylu latach w polityce mogę powiedzieć, że zaczynałam z głową pełną nieprawdopodobnych ideałów, a kończę w swojej bańce, jak wielu ludzi z mojego środowiska. Miałam opinię zdolnej, energicznej, operatywnej, ale empatycznej kobiety, a zostało mi tylko zaufanie ludzi. To bardzo dużo, choć mam poczucie, że mogłam coś więcej zrobić w polityce.
—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")
Iwona Śledzińska-Katarasińska dziennikarka i polityk, posłanka na Sejm I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII i IX kadencji. W latach 1972–1981 należała do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W 1989 jako pierwszy redaktor naczelny tworzyła łódzki dodatek „Gazety Wyborczej". Była też zastępcą redaktora naczelnego gazety. W 1990 wstąpiła do ROAD (Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna). Później należała do Unii Demokratycznej i Unii Wolności, od 2001 działa w PO.