Po spektaklu, jaki zafundowały nam oba zespoły przed tygodniem na stadionie Etihad (4:3 dla City), w Madrycie długo oglądaliśmy widowisko ubogie w bramki, ale końcówka wynagrodziła oczekiwanie.

Kiedy po trafieniu Riyada Mahreza wydawało się, że już nic nie odbierze awansu piłkarzom Pepa Guardioli, do akcji wkroczył zmiennik Rodrygo i w ciągu kilkudziesięciu sekund strzelił dla Realu dwa gole. Między 90. i 91. minutą - tego w fazie pucharowej nie zrobił wcześniej nikt.

Karim Benzema mówił po pierwszym spotkaniu, że on i jego koledzy przetrwali burzę. W środę wieczorem znów uciekli przed piorunami. Gdyby Ferland Mendy nie wybił z linii bramkowej piłki po strzale Jacka Grealisha, byłoby po meczu. Ale francuski obrońca rzucił kolegom koło ratunkowe, a oni nie pierwszy raz wypłynęli na powierzchnię i zatopili przeciwnika.

Tak było w 1/8 finału, gdy Benzema odwrócił losy dwumeczu z Paris Saint-Germain. Tak było też w ćwierćfinale, gdy powstrzymali pościg Chelsea. Wtedy również dogrywkę dał Rodrygo, a Benzema zwieńczył dzieło.

Real to w tym sezonie drużyna, z którą nie sposób się nudzić, a Benzema - piłkarz, na którym można polegać w najtrudniejszych momentach.

Na Santiago Bernabeu ponownie przypadła mu pierwszoplanowa rola. Rzut karny w dogrywce, znów pewny strzał i kolejny awans w niesamowitych okolicznościach.

Madryt nie idzie spać, Manchester zalewa się łzami. Carlo Ancelotti triumfuje, Pep Guardiola ma o czym myśleć.