Tak było ze słynną reformą Gowina, w ramach której zlikwidowano 79 małych sądów, by je szybko przywrócić. Potem zafundowano sądom rewolucję w postaci kontradyktoryjnego procesu karnego, by po dziewięciu miesiącach obowiązywania się z niej wycofać. Naturalnie, schemat działania jest stały: jedna władza zmiany wprowadza, kolejna odkręca.
Kiedy więc słyszę, że szykuje się kolejna reforma, włos, w pierwszym odruchu, jeży mi się na głowie.
I od razu się zastanawiam, kiedy dokona żywota, bo kolejny minister uzna ją za katastrofę. Może i niesłusznie, ale mam powody – niestety, zbyt dobrze pamiętam parę reform z ostatnich lat.
Teraz słyszę, że rozważane jest częściowe przywrócenie procedury w sprawach gospodarczych – rzecz jasna, przed laty taka procedura została... zlikwidowana. Zmiany mają też dotyczyć kosztów sądowych – oby nie skończyły się jak ostatnie, gdy pytaniami w sprawie kosztów zasypany został Sąd Najwyższy.
Te ciągłe reformy powodują gigantyczne zamieszanie zarówno dla sądów, jak i stron postępowania.
O ich kosztach nawet nie wspominam. Nie bez wpływu na sądy pozostanie również trwająca reforma prokuratury (w związku z połączeniem na powrót funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego), a być może również reforma dotycząca komorników (coraz częściej słychać głosy o powrocie do ich upaństwowienia).
I żeby jeszcze te wszystkie reformy powodowały jakąś poprawę w sądach... Skąd! Ze sprawnością postępowań jest coraz gorzej – coraz więcej z nich trwa rok i dłużej. I trudno się dziwić, gdy liczba spraw rośnie, a sędziów – nie.