Przedstawiony we wtorek pomysł powołania specjalnej komisji weryfikacyjnej, która ma zlustrować decyzje o zwrocie nieruchomości, a także decydować o ich uchyleniu i rekompensacie dla poszkodowanych, nie ma w Polsce precedensu.
Trudno znaleźć tu odpowiednik w kościelnej Komisji Majątkowej czy komisji do walki ze spekulantami i nadużyciami, która zaczęła działać tuż po wojnie, chociaż ta druga może rodzić skojarzenia z inicjatywą partii Jarosława Kaczyńskiego.
PiS chce stworzyć nowy organ władzy publicznej o bardzo mocnych kompetencjach, nie tylko śledczych, ale również będących dotychczas domeną sądów. W istocie ma badać i wymierzać sprawiedliwość.
Jest niemal pewne, że stworzenie takiego nadzwyczajnego organu, w którym zasiądą politycy oraz przedstawiciele osób poszkodowanych, wywoła wiele kontrowersji. Działalność nowego ciała będzie kwestionowana z punktu widzenia obowiązujących norm prawnych. Stanie się ono celem ataków jako komisja do politycznych porachunków. W efekcie cel jej powołania może zejść na drugi plan.
Tymczasem bez wątpienia z problemem reprywatyzacji – i tej nigdy nierozpoczętej przez ustawodawcę, i tej dzikiej z przeszłości, będącej konsekwencją owego zaniechania – zrobić coś trzeba. Państwo musi odpowiedzieć sobie w końcu na pytanie, co z nieruchomościami w całym kraju, do których są roszczenia, co z dziesiątkami tysięcy ludzi, którzy wskutek działalności tzw. czyścicieli kamienic musieli opuścić zajmowane lokale, co w końcu z nieprawidłowościami w Warszawie i innych miastach.
Potrzebna jest ustawa reprywatyzacyjna, która raz na zawsze przetnie problem, przy okazji zdejmując z państwa odium PRL-owskiej przeszłości. To jednak wymaga spokojnej analizy, szacunku do roszczeń i pomysłu na stopniowe ich zaspokajanie, tak aby nie zrujnowały budżetu państwa. W ustawie powinny być uwzględnione nie tylko interesy byłych właścicieli, ale i lokatorów. Państwo bowiem, odsuwając przez lata problem reprywatyzacji, wyhodowało sobie konflikt społeczny, w którym ścierają się uzasadnione interesy obu stron.
Sprawa nieprawidłowości w Warszawie i innych miastach wywołuje dzisiaj wiele medialnego szumu. Zbadanie dziesiątek tysięcy decyzji reprywatyzacyjnych i setek tysięcy dokumentów, które wydali urzędnicy przez ponad dwie dekady, to karkołomna operacja. Nie podoła temu jedna komisja ani nawet 100 tys. urzędników, których nie ma i nigdy nie będzie.
Najlepiej skupić się na tym, czym państwo dysponuje. Prokuratura, a w konsekwencji sądy mają dziś wszelkie środki, aby wykryć nieprawidłowości i ukarać tych, którzy złamali prawo.
Powołanie komisji weryfikacyjnej jest wybraniem drogi pod górkę, z ryzykiem, że państwo nie rozwiąże problemu, za to stanie się maszynką do mnożenia następnych.