Resort edukacji nie odpuszcza w sprawie zmian sposobu zatrudniania nauczycieli. Po fiasku pomysłu o zwiększeniu pensum o cztery godziny i dodania kolejnych ośmiu do dyspozycji dyrektora wraca do starego pomysłu reformy stopni awansu zawodowego nauczycieli.

Podczas posiedzenia senackiej Komisji Samorządu Terytorialnego i Administracji Publicznej wiceminister edukacji i nauki Dariusz Piontkowski poinformował, że szykują się „niewielkie zmiany” w stopniach awansu. Projekt nowelizacji Karty Nauczyciela ma pojawić się niebawem i będzie nawiązywał do pomysłów z zeszłego roku.

Zmiany w stopniach awansu nie idą też w parze z podwyżkami wynagrodzeń

Wówczas resort zaproponował skasowanie dwóch stopni awansu – stażysty oraz kontraktowego – i zastąpienie ich co najmniej czteroletnim okresem przygotowania zawodowego. Po tym czasie nauczyciel musiałby zdać egzamin na nauczyciela mianowanego. Za kolejne sześć lat mógłby zrobić dyplomowanie, a następnie dwie kolejne specjalizacje – jedną po pięciu, a kolejną po dziesięciu latach.

O ile uzasadnione wydaje się stworzenie możliwości awansu dla nauczycieli dyplomowanych, o tyle należałoby się zastanowić, czy wydłużenie początkowego okresu jeszcze bardziej nie zniechęcałoby do podjęcia pracy w szkole.

Obecnie nauczyciel zaczyna pracę jako stażysta, po roku zostaje nauczycielem konktraktowym. Co prawda nie wiąże się to z wielką gratyfikacją finansową (pensja kontraktowego to zaledwie ok. 80 zł brutto więcej), ale daje np. możliwość podpisania z nauczycielem umowy o pracę na czas nieokreślony. Pierwszy egzamin w ramach awansu zawodowego to też możliwość określenia, czy można liczyć na stałe miejsce w szkole. Nawet jeśli okaże się, że nie, to młody człowiek dowie się tego po roku pracy. Wydłużenie pierwszego okresu pracy w szkole to ryzyko, że po czterech latach trzeba będzie zaczynać budowanie kariery od początku.

Pomysł jest tym bardziej dyskusyjny, że już kilka lat temu wydłużono okres stażu do dwóch lat i rozwiązanie to było bardzo krytykowane przez środowisko nauczycielskie, stało się jedną z przyczyn strajku nauczycieli. W efekcie od września 2019 r. wrócono do starych zasad.

Czytaj więcej

Przez wojnę nawet 30 uczniów na lekcji angielskiego czy informatyki

Zmiany w stopniach awansu nie idą też w parze z podwyżkami wynagrodzeń. Ministerstwo planuje od maja wzrost uposażeń w szkołach o 4,4 proc., co jest propozycją znacznie poniżej inflacji i skłania nauczycieli do myślenia o zmianie pracy. Decyzję, czy chcą zostać w szkole na przyszły rok, podejmują właśnie teraz.

Jak informuje MEiN, po 24 lutego do szkół w Polsce przyjęto 185 tys. uczniów z Ukrainy. Wielu z nich nie zna języka polskiego, brakuje dla nich materiałów w języku ukraińskim i pedagodzy sami je tłumaczą. Klasy są liczniejsze, co też pracy nie ułatwia. A tworzone w szkołach oddziały przygotowawcze wiążą się z koniecznością nadgodzin. Na które nauczyciele nie zawsze mają ochotę, bo i tak znaczna ich część pracuje więcej, łatając dziury związane z trwającym od lat kryzysem kadry. Pozostaje więc pytanie, czy to naprawdę jest dobry moment na zmiany w szkołach – zwłaszcza że nie wróżą one nauczycielom poprawy losu.