Przygotowana przez ministra edukacji i nauki ustawa zwana lex Czarnek m.in. znacznie rozszerzająca kompetencje kuratorów oświaty nie przypadła do gustu Polakom. Z najnowszego sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” wynika, że ponad 70 proc. ankietowanych pozytywnie ocenia decyzję prezydenta o jej zawetowaniu. Przy czym 39,9 proc. uważa, że była to zdecydowanie dobra decyzja. To najwięcej odpowiedzi w tym sondażu.

Decyzję o wecie źle ocenia zaledwie 2,4 proc. ankietowanych. Spora grupa, bo aż 22,6 proc., respondentów nie miała w tej sprawie zdania – głównie słabo zarabiający i niewykształceni.

Można odnieść wrażenie, że ministrowi Czarnkowi przełknięcie tej porażki przychodzi niełatwo. Zapowiedział, że pomysłu nie porzuca i przygotowuje nowy projekt ustawy. „Kurator musi dbać o to, aby dzieci nie były demoralizowane w szkole, wspomagając w tej sprawie rodziców, których uprawnienia nadzoru nad działalnością organizacji pozarządowych w szkole trzeba rozszerzyć” – mówi w wywiadzie udzielonym Onet.pl. Podkreśla też, że „dziś nie ma czasu na takie sprawy”. Nie uwzględnia natomiast faktu, że przygotowany przez jego resort projekt nie wzbudził powszechnego entuzjazmu.

Ale to robienie dobrej miny do złej gry. Bo warto pamiętać, że jest to druga nieudana inicjatywa szefa MEiN. Na początku roku zaniechano bowiem prac nad zmianami dotyczącymi pragmatyki zawodowej. Ministerstwo planowało wówczas podwyżki dla nauczycieli, ale w zamian za zwiększenie pensum o 4 godziny i dołożenie dodatkowych 8 godzin do dyspozycji dyrektora.

Czarnek za niepowodzenie wini związki zawodowe, które nie chciały się zgodzić na dłuższy czas pracy. Tym bardziej że obiecywane podwyżki w połączeniu z wyższym pensum wcale nie były atrakcyjne. Finalnie nauczyciele zarabiają tak samo mało jak dotąd. A stażyści nawet poniżej pensji minimalnej i trzeba im dopłacać.

Organizacje, które protestowały przeciw zawetowanej w końcu ustawie nie ustają w wysiłkach, by udowodnić, że Czarnek nie jest ministrem na miarę obecnych wyzwań. Chodzi o konieczność wypracowania dobrych rozwiązań dla ukraińskich dzieci, które uciekając przed wojną, trafiły do polskich szkół. Jest już ich ok. 3 tys.

Dyrektorzy szkół zwracają uwagę na trudności związane z ich edukacją. Ukraińskie dzieci są dołączane są do istniejących klas, choć niejednokrotnie nie znają języka i trudno im będzie realizować naszą podstawę programową, z którą polskie dzieci też radzą sobie średnio. Narzekają na przepełnione klasy przygotowawcze i brak nauczycieli.

Obecna sytuacja stawia przed ministrem wiele wyzwań. Ale też jest szansą na rehabilitację po nieudanych projektach. Oby jej nie zmarnował.