Granica państwa polskiego to nie jest tylko linia na mapie, ta granica jest ŚWIĘTOŚCIĄ, za którą przelewały krew pokolenia Polaków" – napisał niedawno w przestrzeni cyfrowej premier Mateusz Morawiecki. Każdy pewnie szef rządu na świecie napisałby takie słowa, kiedy doszłoby do napięć granicznych. Ale w przypadku Polski to takie zdanie jest fałszywe. Nasze granice po 1945 r. są linią na mapie (pewnie poza wybrzeżem), którą wyznaczyły na kolejnych spotkaniach w Teheranie, Jałcie i Poczdamie zwycięskie potęgi, zaś polskie czy ościenne pretensje graniczne dotyczyły jedynie korekt lokalnych, niekiedy ważnych ekonomicznie lub symbolicznie.

Już doprawdy trzeba historycznej ignorancji, aby określić, że za granice wschodnie „przelewały krew pokolenia Polaków". Każda Polka i Polak wiedzą, że te granice nie są wynikiem żadnej krwawej wojny z sąsiadami ze Wschodu, lecz jednostronnego postanowienia, uznanego wstępnie przez III Rzeszę niemiecką w 1939 r., a następnie potwierdzonego przez jakże zachodnich aliantów. Czy o taki przebieg granic walczyli Polki i Polacy? Czy uznają ją za świętość wśród sentymentów wobec mitycznych Kresów, Wileńszczyzny czy wspomnień o polskim Lwowie? Podobnie granice z obecnymi Słowacją i Czechami, już nie wspominając o granicy z Obwodem Kaliningradzkim Rosyjskiej Federacji, która nigdy przed 1945 r. nie była w tej części Europy obecna.

Czytaj więcej

Migranci w Polsce. Azyl głównie dla Afgańczyków i Białorusinów

Paradoksalnie to zachodnia granica była okupiona krwią żołnierzy I i II Armii Wojska Polskiego, zdobywających Berlin i terytorium przyszłej NRD – ale to chyba nie są bohaterowie pana premiera. Sama granica była jednak wyznaczona w Jałcie i Poczdamie z niewielkim udziałem politycznym ówczesnych władz Polski. Tak więc polskie granice są – i oby pozostały – wynikiem porozumienia zbudowanego na zgliszczach wojny. Nie ma więc co dmuchać w nacjonalistyczne trąby, nawet w przededniu 11 listopada – święta Państwa Polskiego z 1918 r., którego granice uległy praktycznie całkowitej zmianie.

Potwierdzone dwustronnymi traktatami i umowami z sąsiadami (co prawda już nieistniejącymi, jak RFN i NRD, CSRS i ZSRR ), ponownie uznane po 1989 r. przez nowe państwo niemieckie oraz po naszej akcesji do NATO i Unii Europejskiej, nasze granice są wynikiem – powtarzam – POROZUMIENIA oraz wzajemnego uznania. Taki jest i pozostanie interes Polski oraz każdego z sąsiadów i pozostałych krajów Europy.

Traktujmy więc granice jak linie na mapie, aby nam nie przeszkadzały w naszym swobodnym rozwoju, pracy, handlu, przemieszczaniu się, tak jak to robimy na co dzień wobec naszych partnerów z Unii Europejskiej, życząc sobie podobnych swobód wobec Białorusi, Rosji i Ukrainy.

Autor jest bankowcem i doradcą ekonomicznym, był wiceministrem infrastruktury i spraw zagranicznych w rządach Leszka Millera i Marka Belki