Groźba utraty unijnych funduszy nie jest w tym przypadku argumentem. PiS jest bowiem partią ideologiczną, w której doktryna ma pierwszeństwo przed rachunkiem ekonomicznym. Jej zamiarem jest to, o czym mówił premier Morawiecki w Strasburgu, czyli Europa suwerennych państw, którym europejski sąd, parlament lub komisja nie może wydawać rozkazów czy nawet instrukcji. PiS wierzy, że ta wizja Europy ma przyszłość i chce przewodzić tej nowej Europie.

Na temat przyszłości trudno spekulować, lecz kalkulacja PiS-u nie jest skazana na porażkę. Rozwój wydarzeń jest bowiem po ich myśli. Suwerenniści, czyli obrońcy narodowej suwerenności, przejęli władzę w większości państw Europy Środkowo-Wschodniej. W niektórych krajach, takich jak Włochy, partie podobne do PiS-u prowadzą w sondażach. Rządy w Grecji, Austrii czy Danii też mają w swych szeregach suwerennistów. Nawet w Parlamencie Europejskim można znaleźć zwolenników linii PiS, czego przykładem ostatnia debata w Strasburgu. To wciąż mniejszość, lecz mniejszość, z którą UE musi się liczyć. Za miękką wizją Europy państw suwerennych opowiadają się też liberalni etatyści, tacy jak Macron. Zwolenników pogłębionej integracji w najważniejszym organie UE, czyli Radzie, można policzyć na palcach jednej ręki i są to głównie dłużnicy, którzy liczą na pomoc europejskich kredytodawców.

Czytaj więcej

Jan Zielonka: Czy NATO przetrwa?

Problem w tym, że wizja Europy suwerennych państw jest niebezpieczną iluzją. Nie chodzi już o to, że suwerenność w Europie połączonych naczyń jest piękna w teorii, lecz fikcyjna w praktyce. Polityka suwerenności oznacza bowiem, iż każdy sobie rzepkę skrobie, a to prowadzi do chaosu i konfliktów. Dlaczego brakowało solidarności w sprawie kopalni Turów pomiędzy suwerennym Morawieckim i Babišem? Czy suwerenny Orbán da się przekonać, by nie paktować z Putinem? Jak inwestować w państwie, gdzie rząd suwerennie rozwala wymiar sprawiedliwości i suwerennie dotuje swoje narodowe firmy, dyskryminując inne? Czy można mieć wspólny europejski budżet bez wspólnej kontroli nad przyznanymi funduszami?

Nie chcę straszyć, że ta wizja Europy będzie źródłem wojen. Nie wierzę jednak, że taka Europa będzie symbolem solidarności, manifestacją efektywności i źródłem nadziei wobec dzisiejszych wyzwań – zaczynając od Rosji, a kończąc na zmianie klimatycznej. Walka z polexitem jest jak walka z wiatrakami. Lepiej zachować siłę na walkę z nieudolną, podzieloną i egoistyczną Europą. Unia rzeczywiście wymaga naprawy, lecz zmiany powinny iść w innym kierunku niż te, które sugeruje PiS. Czy etatyści w szeregach polskiej opozycji są gotowi sprostać takiemu wyzwaniu? Czy zgodzą się na przykład na obalenie monopolu państw na podejmowanie decyzji w Unii Europejskiej?

Autor jest profesorem na uniwersytetach w Wenecji i Oksfordzie