W trakcie dwóch kadencji prezydenta George'a W. Busha administracja USA nie dokładała się do budżetu Funduszu Ludnościowego ONZ. Amerykańscy urzędnicy twierdzili, że agenda ta popierała nie tylko przerywanie ciąży jako sposób na ograniczanie dzietności w krajach Trzeciego Świata, ale też współpracowała m.in. z rządem chińskim, oskarżanym o zmuszanie do aborcji milionów kobiet.

W ciągu ośmiu lat Fundusz Ludnościowy miał z tego powodu stracić blisko 250 mln dolarów. Nie stracił jednak, gdyż kilka krajów europejskich (m.in. Szwecja, Dania i Holandia) postanowiło na ochotnika uzupełnić tę lukę. Dorzuciła się też sama Komisja Europejska – w kwocie 36 mln dolarów.

Komisja Europejska nie ma zatem nic przeciwko temu, by płacić za aborcje w Chinach, Zambii czy Bangladeszu. Gdy jednak ktoś wykorzystuje unijne pieniądze, by chronić życie nienarodzonych, doprowadza to eurokratów do białej gorączki.

Groźby pani Reding

8 lipca wiceprzewodnicząca Komisji Viviane Reding publicznie zrugała rząd Viktora Orbana za zorganizowanie akcji promującej adopcje za unijne fundusze. Na plakatach rozwieszonych w węgierskich miastach widniało zdjęcie dziecka w łonie matki oraz hasło: "Wiem, że nie jesteś jeszcze na mnie gotowa, ale pozwól mi żyć, oddaj mnie do adopcji".

Węgrzy zostali podkablowani przez grupę 14 deputowanych do Parlamentu Europejskiego (była wśród nich m.in. Joanna Senyszyn), którzy uznali, że taka akcja nie powinna być finansowana z kasy unijnej, a w szczególności z funduszu Progress, przeznaczonego m.in. na walkę z dyskryminacją, wykluczeniem społecznym i nierównościami płciowymi.

Viviane Reding nie mogła zakazać Węgrom prowadzenia kampanii, bo oficjalnie skończyła się ona w maju. Niemniej zagroziła, iż zażąda zwrotu pieniędzy do Brukseli.

Oczywiście nie chodzi wcale o to, że Progress powinien służyć innym celom. Billboardy z dzieckiem były przecież tylko elementem szerszej akcji rządu Orbana o dość patetycznej nazwie "Równowaga w rodzinie + równowaga w pracy = równowaga w świecie", w ramach której m.in. wprowadzano prorodzinne zmiany w systemie podatkowym oraz wspierano matki, które po urlopie macierzyńskim chciałyby wrócić do pracy. Węgierski premier mógłby więc od biedy uzasadnić, że wykorzystywał fundusze zgodnie z prawem.

Nie łudźmy się jednak: gdyby chodziło o to, że pieniądze popłynęły nie z tego kurka, co trzeba, Viviane Reding nie robiłaby z tego afery, tym bardziej że billboardy kosztowały zaledwie 400 tys. euro (roczna pensja Hermana Van Rompuya, przewodniczącego Rady Europejskiej, wynosi ok. 300 tys. euro).

Podejrzane adopcje

Chodzi o coś zupełnie innego. Sylvie Guillaume, socjalistyczna europosłanka z Francji, stwierdziła, że węgierska kampania proadopcyjna jest "niekompatybilna z wartościami europejskimi". Oburzenie Komisji Europejskiej nie wynika zatem z dbałości o przestrzeganie procedur, lecz z ideologii.

Zwróćmy uwagę: nikt nie ma pretensji do Kościoła katolickiego za prowadzenie tzw. okien życia, gdzie kobiety w ciężkiej sytuacji życiowej, często porzucone przez partnerów, mogą pozostawić swojego noworodka. Akcja węgierskiego rządu jest niczym innym, jak tylko próbą przypomnienia, iż aborcja nie jest jedynym wyjściem, że oddanie dziecka do adopcji jest wprawdzie decyzją dramatyczną, ale ratującą życie.

Okazuje się jednak, że w Europie można propagować adopcje, ale tylko wtedy, gdy mowa jest o adopcjach dzieci przez pary homoseksualne. W każdym innym kontekście, a szczególnie w kontekście sporu o aborcję, adopcja jest podejrzana. Temat jest nader poważny, jednak nie mogę oprzeć się makabrycznej refleksji, że gdyby na plakacie znalazło się hasło: "Pozwól mi żyć, oddaj mnie do adopcji gejom", reakcja pań Reding, Guillaume i Senyszyn byłaby zgoła odmienna.

Od lat słyszymy z ust zwolenników aborcji, że tak naprawdę zwolennikami aborcji nie są, bo nawet oni uznają przerwanie ciąży za zło. Argumentują jednak, że decyzję w tej sprawie należy pozostawić kobietom. Dlaczego zatem krytykują dziś Węgrów za akcję, która, po pierwsze, zniechęca do aborcji i pokazuje ją jako zło, a po drugie... pozostawia decyzję kobietom?

Odpowiedź jest prosta: bo na billboardzie promującym akcję znalazło się zdjęcie dziecka w macicy.

Równi neonazistom

Na tego typu obrazy zwolennicy aborcji reagują jak diabeł na wodę święconą. Im zdjęcie bardziej niewinne, tym większa irytacja.

Rozerwane płody zawsze można zakwalifikować do kategorii obrazy uczuć i przekonywać, że nie powinny być pokazywane w miejscach publicznych. Ale jak zdefiniować i odrzucić jako niemoralną wzruszającą fotografię żywego, uroczego, czekającego na narodziny malucha, który może owych narodzin nie doczekać? To już zadanie dużo trudniejsze. Gdy takie obrazki pojawiają się w niszowych katolickich tygodnikach i na portalach medycznych w Internecie, da się to jakoś przełknąć. Kiedy jednak są rozwieszane na setkach przystanków autobusowych w dużej europejskiej stolicy, aborcjoniści zaczynają panikować.

Bo w mgnieniu oka teoria o "bezkształtnym zlepku komórek" sypie się jak domek z kart.

Założę się, że gdyby prywatna firma wykupiła w Polsce tysiąc billboardów i zamieściła na nich zdjęcie 12-tygodniowego płodu bez żadnego hasła ani komentarza, "Gazeta Wyborcza" napisałaby o "kontrowersyjnej, zmasowanej kampanii organizacji antyaborcyjnych" i spytałaby retorycznie w komentarzu, czy przypadkiem sprawą nie powinna się zająć Komisja Europejska.

Sprawa węgierskiej kampanii może się okazać groźnym precedensem. Dopuszczalność aborcji jest i będzie jeszcze przez całe lata tematem gorącej debaty, przynajmniej w niektórych krajach Europy. Narastający kryzys demograficzny starego kontynentu jeszcze ten spór wyostrzy. W tej sytuacji mówienie o "niekompatybilności" antyaborcyjnego przesłania z wartościami europejskimi jest nie tylko absurdalne, ale i niebezpieczne. Narzuca bowiem opinii publicznej przekonanie, że ludzie sprzeciwiający się "prawu każdej kobiety do decydowania o własnym brzuchu" nie różnią się właściwie od neonazistów. I nie powinni – pod żadnym pozorem – dostawać z Brukseli żadnych pieniędzy.

Zresztą, problem pewnie rozwiąże się sam. Jeszcze kilkadziesiąt lat promowania "wartości europejskich" á la Viviane Reding i Bruksela nie będzie miała od kogo ściągać podatków do swojego budżetu. Chyba że od Węgrów.