Reklama

Prof. Wojtyna: Jaki jest koszt cichego porozumienia między rządem, NBP i prezydentem

Rezygnacja z postawienia prezesa NBP przed Trybunałem Stanu oznaczałaby utratę szansy na skorygowanie słabości przynajmniej części rozwiązań instytucjonalnych o bardzo dużym znaczeniu dla bezpieczeństwa kraju.
Andrzej Wojtyna

Andrzej Wojtyna

Foto: Rzeczpospolita

Gdyby potwierdziły się informacje agencji Bloomberga z 11.02.2026 o cichym porozumieniu między rządem, NBP i prezydentem, to niezależnie od bieżących kalkulacji politycznych, jego koszty byłyby dla gospodarki oraz dla struktury instytucjonalnej państwa bardzo wysokie i trudne do odwrócenia. Najkrócej rzecz ujmując, porozumienie miałoby polegać na odstąpieniu koalicji rządowej od wniosku o postawieniu prezesa NBP Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu w zamian za pewne przesunięcia kadrowe w RPP i w zarządzie NBP oraz za mniej krytyczne podejście banku centralnego do polityki gospodarczej rządu.

Można tylko mieć ciągle nadzieję, że do takiego porozumienia, mimo że o nim w mediach już głośno, jednak nie doszło, a jeśli już, to że nie zostanie ono wprowadzone w życie. Sytuacja byłaby jeszcze bardziej niebezpieczna, gdyby deal okazał się nie jednorazową inicjatywą, lecz odzwierciedleniem upodabniania się poglądów polityków różnych opcji co do kwestii kluczowych dla przyszłości polskiej gospodarki.

Gdyby miał to być tylko jednorazowy deal, to trudno zrozumieć, dlaczego rząd miałby akceptować tak nieekwiwalentną wymianę, wyraźnie premiującą prezesa NBP. Zastanawiające jest to, że znani komentatorzy, m.in. red. Jakub Majmurek („Newsweek” z 27.02.26), koncentrują swoje oceny na bilansie krótkookresowych korzyści i strat politycznych, a bagatelizują dużo poważniejsze zagrożenia dla równowagi makroekonomicznej i makrofinansowej oraz dla instytucjonalnego porządku gospodarki rynkowej w Polsce.

Czytaj więcej

Bloomberg: rząd rezygnuje z planów postawienia Glapińskiego przed Trybunałem Stanu

Milczący kontrakt

Deal może przybierać różne formy. W tak delikatnych relacjach, jak między prawnie niezależnym bankiem centralnym a rządem, ważną rolę odgrywać może pewnego rodzaju nieformalny (milczący) kontrakt (implicit contract), którego „subtelnym” wariantem jest wychodzenie naprzeciw oczekiwaniom drugiej strony. Prezes Adam Glapiński robił to skutecznie wobec rządu PiS, a teraz podobną technikę zastosował wobec obecnego. Technika ta jest jednoznacznie formą upolityczniania działalności banku centralnego, podważającą zasadę jego niezależności, tyle że formą bardziej zawoalowaną. Na marginesie, w odniesieniu do rynku pracy jeden z tej grupy modeli teoretycznych nosi nazwę modelu wymiany prezentów (gift exchange model).

Reklama
Reklama

W pewnym uproszczeniu można wyróżnić dwie warstwy dealu: personalny (kadrowy) oraz quasi-merytoryczny. Obydwa oznaczają bardzo poważne koszty reputacyjne dla każdej ze stron, przy czym są one zdecydowanie większe po stronie rządu i to nie tylko ze względu na niski poziom reputacji w przypadku prezesa NBP. Koszt po stronie rządu polega na włączeniu się w proces bezpośredniego upolityczniania banku centralnego oraz obniżania jego wiarygodności, i to w sposób wręcz trudny do uwierzenia: poprzez zachęcenie dwóch członków RPP do rezygnacji z funkcji i przejścia do zarządu NBP, w zamian za zgodę na drugą kadencję dla wiceprezes Marty Kightley.

Jeśli prawdą jest, że niektórzy członkowie RPP zgodzili się uczestniczyć w takim dealu, to moim zdaniem w wymiarze etycznym powinna ich za to spotkać kara. Karą za stworzenie tak szkodliwego instytucjonalnego precedensu powinno być znalezienie się przez nich zarówno poza RPP, jak i poza zarządem NBP. Byłaby to surowa, ale zasłużona kara za świadomą zgodę na stanie się narzędziem w dalszym upolitycznianiu NBP. Byłby to też ważny sygnał dla przyszłych kandydatów „chcących sprawdzić się w bankowości centralnej”, który być może skłoniłby ich do przemyślenia, czy jest to misja naprawdę dla nich.

Jeśli rząd zawrze „kadrowy deal” z prezesem NBP i z prezydentem, będzie to oznaczać nie tylko wycofanie się rządzącej koalicji z próby odpolitycznienia NBP i wydobycia go z instytucjonalnej zapaści, ale także zaakceptowanie nowych, niechlubnych praktyk w zarządzaniu bankiem centralnym

Droga do zarządu NBP

Praca w zarządzie NBP powinna być przede wszystkim ukoronowaniem kariery w ramach struktury organizacyjnej NBP, i to kariery wynikającej z osiągnięć merytorycznych opartych na fachowości. Taka ścieżka do objęcia funkcji członka zarządu w praktyce właściwie nie występuje, natomiast coraz częstsze są próby odnalezienia się polityków w roli członków organów kolegialnych NBP. Rolę kryterium fachowości próbowano wzmocnić przy okazji tworzenia ustawy o Radzie Fiskalnej, aczkolwiek z ograniczonym powodzeniem. Pojawia się więc okazja, aby ulepszyć model wyłaniania osób do pełnienia kluczowych funkcji w organach odpowiedzialnych za stan gospodarki.

Nie widzę przy tym żadnego merytorycznego uzasadnienia dla przedłużenia zatrudnienia pani wiceprezes Marty Kightley na drugą kadencję. Chodzi mi o spójność w podejściu: jeśli były i są podstawy do postawienia prezesa NBP przed Trybunałem Stanu, a pani wiceprezes cieszy się jego pełnym zaufaniem, to pozostawienie jej na dotychczasowym stanowisku oznaczałoby kontynuację dryfu banku centralnego w kierunku instytucjonalnej degradacji i erozji posiadanego zasobu kapitału ludzkiego.

Jeśli więc rząd zawrze „kadrowy deal” z prezesem NBP i z prezydentem, będzie to oznaczać nie tylko wycofanie się rządzącej koalicji z próby odpolitycznienia NBP i wydobycia go z instytucjonalnej zapaści, ale także zaakceptowanie nowych, niechlubnych praktyk w zarządzaniu bankiem centralnym, jakie ukształtowały się w ostatnich latach.

Reklama
Reklama

Przedstawiciele różnych partii politycznych mogą coraz bardziej podzielać pogląd, że wzmocnienie władzy wykonawczej kosztem ustawodawczej, a nawet sądowniczej byłoby w sumie czymś politycznie dla nich korzystnym ze względu na popularność, jaką cieszy się wśród wyborców sprawczość

Osłabianie Trybunału Stanu

Nie ma też szczególnej presji czasu, która zmuszałaby rząd i parlament do nieprzemyślanych decyzji kadrowych w organach NBP. Dlatego, tak jak sugerował niedawno w TOK FM dr Bogusław Grabowski, należałoby pozostawić do listopada dwa stanowiska w zarządzie nieobsadzone i dopiero wtedy zdecydować, czy rzeczywiście jest uzasadnienie dla ośmioosobowego składu zarządu. Moim zdaniem, do tego czasu powinno zostać zaproponowane przez NBP nowe, sensowne przyporządkowanie departamentów odpowiednim członkom zarządu, a przede wszystkim przygotowanie rzetelnej procedury pozwalającej wyłaniać kompetentnych kandydatów.

Problem polega w dużej mierze na tym, że to, co ja traktuję jako koszt dla rządu, on sam może traktować jako korzyść, nawet jeśli nie jest skłonny się do tego przyznać. Może bowiem chodzić o dużo szerszy bilans potencjalnych kosztów i korzyści, który wykracza daleko poza obecne relacje z NBP. Można sobie na przykład wyobrazić, że w całej klasie politycznej następuje konwergencja poglądów co do tego, że Trybunał Stanu jest właściwie instytucją niepotrzebną. Pogląd taki wyraził zresztą ostatnio w TOK FM w kontekście wniosku dotyczącego prezesa Adama Glapińskiego wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz.

Czytaj więcej

Ekonomiści: zarzuty wobec prezesa NBP są poważne

Przedstawiciele różnych partii politycznych mogą też coraz bardziej podzielać pogląd, że wzmocnienie władzy wykonawczej kosztem ustawodawczej, a nawet sądowniczej byłoby w sumie czymś politycznie dla nich korzystnym ze względu na popularność, jaką cieszy się wśród wyborców sprawczość. Rządom, podobnie jak bankom centralnym, dużo bardziej zależy na niezależności niż na poddawaniu się demokratycznej ocenie (accountability). Bilans dodatkowo się komplikuje, gdy uwzględni się trzeciego gracza – Prezydenta RP, którego rola w obsadzie stanowisk w NBP jest bardzo duża (tu np. do „dealu kadrowego” mogą wchodzić dodatkowo np. stanowiska ambasadorów).

Tak więc niezależnie od motywów, wycofanie czy zamrożenie wniosku oznaczałoby też koszt reputacyjny dla instytucji ważnej z punktu widzenia demokratycznej kontroli nad władzą wykonawczą. Przy praktycznie niedziałającym Trybunale Konstytucyjnym i ograniczonej roli NIK dalsze osłabianie Trybunału Stanu jest dla trójpodziału władz działaniem bardzo ryzykownym. Należy ponadto podkreślić, że przeciąganie prac Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej prowadzonych w niejawnym trybie umożliwiło prezesowi NBP podjęcie kontrofensywy propagandowej i narzucenie swojej narracji. W efekcie to on teraz wydaje się być stroną dominującą przy konstruowaniu dealu.

Reklama
Reklama

Powołanie na członka RPP socjologa religii, które to wydarzenie przeszło właściwie bez echa, może oznaczać, że osoba ta za dwa lata okaże się kandydatem na prezesa NBP

Prezydencki socjolog religii w RPP

Rezygnacja z próby postawienia prezesa NBP przed Trybunałem Stanu oznaczałaby utratę szansy na obnażenie i następnie skorygowanie tych ważnych słabości instytucjonalnych, które umożliwiały wzrost upolitycznienia NBP. Co więcej, oznaczałoby to usankcjonowanie dotychczasowych szkodliwych praktyk i zachęciłoby do ich stosowania w jeszcze szerszym zakresie.

Ryzyko to odnosi się zresztą nie tylko do działań prezesa NBP, ale także do prezydenta. Przecież powołanie na członka RPP socjologa religii, które to wydarzenie przeszło właściwie bez echa, może oznaczać, że osoba ta za dwa lata okaże się już merytorycznie wystarczająco kompetentna, aby być poważnym kandydatem na prezesa NBP. Niewykluczone też, że w celu przyspieszenia procesu nabywania brakujących kwalifikacji nowy członek RPP zostanie niebawem przesunięty do zarządu, aby wynagrodzić go za poniesiony kilkumiesięczny trud i zwolnić miejsce dla kolejnej „osoby wyróżniającej się wiedzą z zakresu finansów” (art. 227 Konstytucji RP).

Za dosyć naiwne należy uznać założenie, że utrzymanie pozytywnej oceny inwestorów na temat polskiej gospodarki zależy w dużym stopniu od pozostawienia w spokoju prezesa NBP

Kupowanie czasu

Poza „kadrową” i jak dotąd skrywaną warstwą, jest też oficjalne, quasi-merytoryczne uzasadnienie dealu, które dotyczy kosztów obsługi zadłużenia. Jak wypowiada się minister finansów, „dyskusje i napięcia wokół NBP są źle odbierane przez rynki finansowe”. Zamazywanie istoty zarzutów wobec prezesa NBP nie jest jednak żadnym rozwiązaniem problemu. Jest jedynie kupowaniem czasu i to wyłącznie na krótką metę, co może się całkiem szybko zemścić, jeśli rynki przyjrzą się bliżej istocie dealu. Zresztą to odpowiedzialnością rządu czy ministra finansów jest przekonujące wyjaśnienie rynkom, na czym polega istota „napięć wokół NBP” – że wcale nie chodzi o ograniczenie niezależności banku centralnego, lecz o odpolitycznienie jego działalności po to, aby zwiększyć odporność gospodarki na szoki i podnieść długookresowe tempo wzrostu.

Reklama
Reklama

Za dosyć naiwne należy uznać założenie, że utrzymanie pozytywnej oceny inwestorów na temat polskiej gospodarki zależy w dużym stopniu od pozostawienia w spokoju prezesa NBP. Po pierwsze, gdyby tak było, to już samo wszczęcie postępowania przez Sejm wywołałoby negatywną reakcję inwestorów. Po drugie, to raczej cichy deal mógłby okazać się czynnikiem ograniczającym zaufanie inwestorów, gdyż sugerowałby, że fundamenty gospodarcze są znacznie słabsze i konieczne jest ukrywanie lub przynajmniej „pudrowanie” rzeczywistej sytuacji. Rzekome merytoryczne uzasadnienie dla dealu jest więc bardzo wątłe, a właściwie całkiem chybione. Wygląda na to, że jest to raczej rodzaj listka figowego dla przetargów kadrowych.

Argument o roli zmian kursu złotego jako amortyzatora szoków jest od dawna mocno nadużywany przez przeciwników przystąpienia do strefy euro. Wygląda na to, że mimo braku przekonujących podstaw teoretycznych i empirycznych, argument ten zyskał ostatnio znacznie na popularności wśród polityków

Czy prezes NBP zmieni front przed wyborami

Pomijając już kwestię zasad/wartości nasuwa się pytanie, na czym opiera się wiara obozu rządzącego, że prezes NBP dotrzyma warunków dealu? Przecież stosowana przez niego strategia komunikacyjna będąca mieszanką argumentów dowolnie dobieranych z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości umożliwia mu w każdym momencie przejście do podwyżek stóp, gdy tylko uzna, że zagrożenie w postaci Trybunału Stanu minęło, a potrzeby kadrowe w zarządzie zostały pomyślnie zabezpieczone. Zbliżające się wybory przypomną mu wówczas, że czas zmienić priorytety i odpowiednio dostosować stopy.

Z drugiej strony, zbyt duże obniżki stóp, mające na celu przypodobanie się rządowi, mogą de facto przynieść większe korzyści PiS, gdyż prezes NBP jest utożsamiany z tym ugrupowaniem politycznym. Ewentualny koszt w postaci wyższej inflacji wystąpi już po wyborach, gdy obecny prezes NBP będzie spokojnie kończył kadencję.

Ekonomiczne niebezpieczeństwo polega na tym, że dostępna i dopuszczalna staje się opcja wyrastania z długu, czyli obniżenie jego realnej wartości poprzez wyższą inflację i deprecjację złotego. Na krótką metę jest to opcja politycznie bardziej wygodna niż przekonywanie do reform koniecznych, aby wyrastanie z długu następowało poprzez trwałe utrzymanie tempa wzrostu gospodarczego powyżej realnych stóp równowagi

Reklama
Reklama

Według mnie, najpoważniejszy koszt potencjalnego dealu polega jednak na czymś innym i to znacznie bardziej na dłuższą metę niebezpiecznym. Chodzi o nowe zagrożenie dla gospodarki Polski wynikające z zarysowującej się konwergencji poglądów rządu, banku centralnego i prezydenta na temat rzekomych korzyści z zachowania własnej waluty w sytuacji narastania długu publicznego. Argument o roli zmian kursu złotego jako amortyzatora szoków jest od dawna mocno nadużywany przez przeciwników przystąpienia do strefy euro. Wygląda na to, że mimo braku przekonujących podstaw teoretycznych i empirycznych, argument ten zyskał ostatnio znacznie na popularności wśród polityków, nawet jeśli publicznie raczej z nim się nie obnoszą.

Ta nowa jego ranga wynika moim zdaniem stąd, że w trudnej sytuacji finansów publicznych pomaga on wypracować kompromis, który jest wygodny i politycznie akceptowalny dla wszystkich trzech stron. Problem w tym, że taki kompromis polityczny byłby bardzo szkodliwy dla gospodarki i w konsekwencji dla społeczeństwa. Polityczna atrakcyjność, a jednocześnie ekonomiczne niebezpieczeństwo polega na tym, że dostępna i dopuszczalna staje się opcja wyrastania z długu, czyli obniżenie jego realnej wartości poprzez wyższą inflację i deprecjację złotego. Na krótką metę jest to opcja politycznie bardziej wygodna niż przekonywanie do reform koniecznych, aby wyrastanie z długu następowało poprzez trwałe utrzymanie tempa wzrostu gospodarczego powyżej realnych stóp równowagi.

Zamiast wchodzić w niejasne, bardzo ryzykowne relacje z prezesem NBP i prezydentem, obecna koalicja rządząca powinna znacząco przyspieszyć prace Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej

Opcja ta staje się dodatkowo kusząca, jeśli tolerancja społeczeństwa dla inflacji, drożyzny i podatku inflacyjnego okazuje się być stosunkowo duża. Należy jednak pamiętać, szczególnie jeśli krytykuje się program SAFE, że koszty obsługi długu zależą w niewielkim stopniu od bieżących stóp banku centralnego, a głównie od premii za ryzyko, jakiej domagają się inwestorzy długoterminowi. Otwiera się tu zresztą świetna okazja dla Rady Fiskalnej, aby już na początku kadencji wypowiedzieć się kompetentnie w sprawie budżetowych konsekwencji programu SAFE w powiązaniu z korzyściami z przystąpienia do strefy euro, o których przekonująco przypomniała ostatnio w ważnym dokumencie Konferencja Ambasadorów RP.

Podsumowując, zamiast wchodzić w niejasne, bardzo ryzykowne relacje z prezesem NBP i prezydentem, obecna koalicja rządząca powinna znacząco przyspieszyć prace Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej. Rezygnacja z postawienia prezesa NBP przed Trybunałem Stanu oznaczałaby utratę szansy na skorygowanie słabości przynajmniej części rozwiązań instytucjonalnych o bardzo dużym znaczeniu dla bezpieczeństwa kraju.

Reklama
Reklama

Andrzej Wojtyna

Emerytowany profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, członek Rady Polityki Pieniężnej w latach 2004-2010

Opinie publikowane w „Rzeczpospolitej” są elementem debaty publicznej i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy redakcji

Opinie Ekonomiczne
Pierwsza wiceprezes BGK: Kapitał odporności – jak inwestycje w bezpieczeństwo zmieniają wzrost gospodarczy
Materiał Promocyjny
Nowy luksus zaczyna się od rozmowy. Byliśmy w showroomie EXLANTIX
Opinie Ekonomiczne
Prof. Grzegorz W. Kołodko: Nędza trumpizmu
Opinie Ekonomiczne
Cezary Szymanek: Trump przegrywa cła w sądzie. Ale ten wyrok niczego nie cofa
Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Czy polscy kierowcy zapłacą za atak Trumpa na Iran?
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama