Witold M. Orłowski: Unia i krzywizna banana

Kontynuując wątek Unii, weźmy byka za rogi: jak to jest z regulacją kształtu banana?

Publikacja: 20.06.2024 04:30

Witold M. Orłowski: Unia i krzywizna banana

Foto: Bloomberg

Choć w ostatnich wyborach na czoło przebił się dramat Polaków raniących sobie nosy nakrętkami od butelek, tradycyjny argument krytyków Unii to oczywiście próba odgórnej regulacji kształtu banana. Główny zarzut zwolenników brexitu, trudny do obalenia nawet dla największych euroentuzjastów. Zgodnie z powszechnym przekonaniem brukselscy biurokraci usiłują narzucić nam bezsensowne normy dopuszczalnej krzywizny tych popularnych owoców. Po co? Do końca nie wiadomo, pewnie po to, żeby zdobyć dla siebie większą władzę nad naszym życiem, a protestujący biznes ukarać większymi kosztami.

Nie mam zamiaru bronić niepotrzebnych regulacji, ale z kształtem banana sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, niż się zazwyczaj uważa.

Zacznijmy od faktów. Rzeczywiście, równo 30 lat temu Komisja Europejska przyjęła regulację, w której wprowadzała jednolite w całej Unii zasady klasyfikacji bananów. Banany klasy „extra” muszą się charakteryzować odpowiednią minimalną długością i zakrzywieniem.

No tak, krytycy mają rację, bananowa regulacja naprawdę istnieje. Ale owi krytycy nie wspominają o tym, że regulacja dotyczy tylko klasyfikacji bananów na potrzeby umów między producentami i hurtowymi importerami. Poza klasą „extra” istnieją i klasy niższe, które nie muszą spełniać tych warunków. A że sklepy mogą sprzedawać banany wszystkich klas, więc nikt nam nie zabrania jeść ani bananów prostych, ani silnie wykrzywionych.

No tak, ale jest to przykład regulacji kompletnie bezsensownej, prawda? Niezupełnie. Rynek bananów to największy rynek owoców na świecie, łączny globalny eksport to 14 mld dol., z czego jedna trzecia trafia do Unii. Na rynku konkurują ze sobą niemal proste banany z Ameryki Środkowej z silniej zakrzywionymi bananami z Afryki. Regulacja padła więc ofiarą lobbingu ze strony części krajów (zwłaszcza Francji) promujących import ze swych dawnych kolonii. Też nieładnie, ale przynajmniej nie bezsensownie.

Brytyjczycy od lat bezlitośnie wyśmiewali „pomiar kształtu banana”, uważając to za przykład biurokratycznego absurdu. I trochę racji w tym jest. Problem polega na tym, że w Unii ścierają się dwa podejścia do regulacji. Anglosaskie, oparte na zasadach (prawo określa ogólne zasady, a uczestnicy rynku muszą przestrzegać ich ducha, w razie konfliktów idąc do sądu). I kontynentalne, oparte na regułach (prawodawcy precyzyjnie zapisują prawo, a firmy muszą ściśle przestrzegać jego litery). Przykład problemów z podejściem kontynentalnym to zakwalifikowanie w końcu XIX wieku przez francuskich celników transportowanych do Luwru egipskich mumii jako „suszonych ryb” (bo prawodawcom nie przyszło do głowy, że statek może kiedyś przewozić mumie). Osobiście wolę podejście anglosaskie, ale ono też ma swoje wady (jego efektem jest m.in. armia 1,3 mln prawników w USA, żyjących z rozstrzygania niekończących się sporów dotyczących interpretacji zasad).

Ale przecież regulacje kosztują… więc może w ogóle z nich zrezygnować i pozwolić decydować rynkowi? Też nie do końca. Oczywiście firmy wiedzą lepiej, co dla nich dobre, ale może się okazać, że dzieje się to kosztem konsumenta. W Europie mamy nadal sześć różnych rodzajów gniazdek elektrycznych. Producenci elektroniki wolą zarabiać na sprzedaży własnych ładowarek, niż godzić się na zunifikowane. I pewnie tylko unijna regulacja może zmusić ich do przyjęcia jednego, wygodnego dla konsumenta standardu.

Regulacje są więc potrzebne, choć może akurat nie te na temat bananów.

Choć w ostatnich wyborach na czoło przebił się dramat Polaków raniących sobie nosy nakrętkami od butelek, tradycyjny argument krytyków Unii to oczywiście próba odgórnej regulacji kształtu banana. Główny zarzut zwolenników brexitu, trudny do obalenia nawet dla największych euroentuzjastów. Zgodnie z powszechnym przekonaniem brukselscy biurokraci usiłują narzucić nam bezsensowne normy dopuszczalnej krzywizny tych popularnych owoców. Po co? Do końca nie wiadomo, pewnie po to, żeby zdobyć dla siebie większą władzę nad naszym życiem, a protestujący biznes ukarać większymi kosztami.

Pozostało 83% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Gospodarka wciąż w strefie cienia
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Opinie Ekonomiczne
Piotr Skwirowski: Nie czarne, ale już ciemne chmury nad kredytobiorcami
Ekonomia
Marek Ratajczak: Czy trzeba umoralnić człowieka ekonomicznego
Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Klęska władz monetarnych
Opinie Ekonomiczne
Andrzej Sławiński: Przepis na stagnację