dr Marcin Wojewódka: System à la Łukaszenko

Jesteśmy krajem, w którym mamy prawie najniższy wiek emerytalny w Europie. Niestety, mało kto ma odwagę powiedzieć, że to nie jest nic dobrego.

Publikacja: 07.02.2024 03:00

Jesteśmy krajem, w którym mamy prawie najniższy wiek emerytalny w Europie

Jesteśmy krajem, w którym mamy prawie najniższy wiek emerytalny w Europie

Foto: Adobe Stock

W dniu 30 stycznia 2024 r. do laski marszałkowskiej został złożony projekt posłów lewicy dotyczący emerytur stażowych. Projekt ten wprowadza możliwość przejścia na emeryturę stażową urodzonym po 31 grudnia 1948 r., którzy posiadają okres składkowy i nieskładkowy wynoszący co najmniej 35 lat dla kobiet i 40 lat dla mężczyzn, o ile przysługująca temu ubezpieczonemu emerytura obliczona w formule zdefiniowanej składki będzie równa lub wyższa emeryturze minimalnej.

Problem w tym, że realizacja tego postulatu, nie dość, że drogiego, to i o charakterze dyskryminacyjnym, prowadziłaby nasz kraj dokładnie w drugą stronę niż to, co jest nam wręcz niezbędne. Nawet populistyczny rząd Mateusza Morawieckiego musiał pośrednio przyznać, że obniżenie wieku emerytalnego w 2017 r. było dużym długoterminowym błędem. Dlatego też, skrzętnie to ukrywając przed opinią publiczną, zapisał w KPO zobowiązanie do podnoszenia efektywnego wieku emerytalnego (w którym osoby faktycznie odchodzą na emeryturę).

Realizacja obietnic

Zarówno najnowszy projekt lewicy, jak i już złożony w Sejmie projekt pana prezydenta w obszarze emerytur stażowych są kompletnym zaprzeczeniem naszych zobowiązań z KPO. Realizując te pomysły, pójdziemy w drugą stronę i nawet prezydent Łukaszenko szeroko otworzy usta ze zdziwienia.

Niewątpliwie, na pochwałę zasługują starania polityków, by sprawiać wrażenie, że pamiętają o swoich obietnicach wyborczych. Jednak idei wprowadzenia emerytur stażowych nie było na sztandarach ani Koalicji Obywatelskiej, ani Trzeciej Drogi. Co więcej, także w umowie koalicyjnej obecnego rządu nie ma co szukać tego projektu.

Można więc przyjąć, że najnowszy projekt ma niewielkie szanse na wdrożenie. Chcemy czy nie, kalendarz wyborczy jest nieubłagany, a potrzeby nowych tematów i nowych obietnic są wręcz nieustające. Chyba każda partia polityczna potrzebuje jakiegoś paliwa wyborczego, nawet na wybory samorządowe. A projekt ustawy o emeryturach stażowych, nawet jeśli to już trochę odgrzewany kotlet, jest paliwem wyborczym. Z drugiej strony, kto z nas nie chciałby w wieku lat 53 (kobieta) lub lat 58 (mężczyzna) zostać pełnoprawnym emerytem?

W przypadku emerytur stażowych dla możliwości ich uzyskania ważne byłoby tylko legitymowanie się odpowiednią datą urodzenia (dowolna data po 31 grudnia 1948 r.) oraz sumarycznym okresem składkowym i nieskładkowym wynoszącym co najmniej 35 lat dla kobiet i 40 lat dla mężczyzn. Dodatkowy warunek jest taki, że przysługująca temu ubezpieczonemu emerytura obliczona w formule zdefiniowanej składki będzie równa lub wyższa emeryturze minimalnej.

Ta inicjatywa to odpowiedź na postulaty zgłaszane od lat przez niektóre grupy zawodowe oraz niektóre organizacje związkowe. Widać te organizacje, co mają „przełożenie” na klub lewicy, przekuły swoje postulaty w konkretny projekt. Mam świadomość, że wielu się nie spodoba to, co napiszę poniżej, ale powyższe nie zmienia faktu, że pomysł emerytur stażowych to dalsze, niebezpieczne i nieodpowiedzialne obniżanie efektywnego wieku emerytalnego w naszym kraju.

O pułapce średniego rozwoju

Bez względu na to, jak bardzo będziemy zaklinać rzeczywistość, jesteśmy krajem na dorobku. Polska jest krajem rozwijającym się, który dopiero goni, czy też – jak twierdzą niektórzy – dogania bogaty Zachód. Ale jeszcze tam nie jesteśmy. Jesteśmy natomiast krajem z prawie najniższym wiekiem emerytalnym w Europie. Może to się nam bardzo podoba tu i teraz, ale mało kto ma odwagę powiedzieć, że to nic dobrego. Zwłaszcza w przypadku kraju rozwijającego się, ale też kurczącego się liczebnie i starzejącego zarazem, z dużymi wyzwaniami demograficznymi.

Znowu ktoś się skrzywi, ale trzeba jasno powiedzieć, że odstąpienie w 2017 r. od dobrze przemyślanej stopniowej reformy w postaci powrotu do wieku emerytalnego 60/65 jest jedną z najgorszych pod względem długoterminowych skutków decyzji partii Prawo i Sprawiedliwość. Już dziś wszystkie badania i prognozy, w tym te oficjalne ZUS i GUS, wskazują, że przy takiej demografii, jaką mamy w Polsce, jesteśmy skazani na stosunkowo niskie emerytury przy jednocześnie znaczącym poziomie konieczności dofinansowania funduszu ubezpieczeń społecznych z budżetu. W obecnym stanie prawnym to koszt rzędu kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie.

Ewentualne wprowadzenie emerytur stażowych oznaczać będzie zwiększenie liczby emerytów, a więc zmniejszenie liczby osób opłacających składki. Steki tysięcy osób z pozycji płatników staną się pobierającymi świadczenia. Przestaną dokładać, a zaczną wcześniej brać. Matematyka jest nieubłagana, czy to się komuś podoba, czy nie. Ewentualne emerytury stażowe to duży koszt, który trzeba będzie jakoś pokryć. Niestety, wnioskodawcy emerytur stażowych nie wskazują tak naprawdę, skąd wziąć te środki. Należy przy tym ich pochwalić, że są uczciwi w tym, co proponują. Jak bowiem czytamy w uzasadnieniu do projektu, koszty wprowadzenia emerytur stażowych szacują oni na 13 mld zł rocznie po stronie Funduszu Ubezpieczeń Społecznych zarządzanego przez ZUS oraz 1,5 mld zł ze strony funduszu emerytalnego zarządzanego przez KRUS. Sumując: w skali roku to prawie 15 mld zł.

Diabeł nie tkwi w szczegółach

Odnosząc się natomiast do warstwy merytorycznej projektu, wstępna analiza wskazuje, że jest to na wskroś przemyślany pomysł. Można się nie zgadzać ze zróżnicowaniem stażu ze względu na płeć (pomysł dosyć dziwny w ustach lewicy opowiadającej się za równością), ale widać, taki akurat mają pomysł. Jednak głównym problemem systemowym wydaje się zaliczanie tzw. okresów nieskładkowych. To właśnie oznacza, że – przykładowo – kobieta, która zaczęła pracować w wieku lat 18, bez względu na losy zawodowe oraz wysokość efektywnie odprowadzonych składek (poza wymogiem wypracowania emerytury minimalnej), będzie mogła przejść na emeryturę po 35 latach, czyli w wieku lat 53… Naprawdę tego chcą pomysłodawcy? Czy im się jednak jakieś cyferki nie spięły? Już dziś mamy jeden z najniższych poziomów wieku emerytalnego na świecie, a ten pomysł jeszcze go obniży. Głośny protest musi budzić też karanie osób, które lata temu musiały zostać członkami OFE, albo tych, które z pełną świadomością korzyści z tego rozwiązania w nim zostały. Teraz kolejna grupa polityków, tym razem z lewej strony sceny politycznej, próbuje stygmatyzować OFE. Czy to droga do budowy wspólnej emerytalnej przyszłości Polaków?

W przypadku tego projektu im głębiej w las, tym ciemniej. Projektodawcy nie dość, że działają wbrew KPO, prowadząc do obniżania efektywnego wieku emerytalnego, nie dość, że nieodpowiedzialnie zwiększają koszty systemu emerytalnego w naszym kraju, zamiast je notabene skutecznie ograniczać, to jeszcze chcą wyrzucić wiele osób z OFE i zabrać ich środki. Ten kierunek to podstawowy mankament projektu. Autorzy chcą de facto zadłużyć przyszłe pokolenia, by zrealizować swoją deklarację wyborczą.

Jeśli będziemy mieli wiek emerytalny 53 lat dla kobiet, to nawet dzisiejszy europejski „przodownik”, prezydent Łukaszenko, ze swoim wiekiem emerytalnym na poziomie 58 lat dla kobiet zostanie daleko w tyle, podziwiając nasze „osiągnięcia”. Pozostaje mieć nadzieję, że w obecnym parlamencie nie będzie większości dla tego projektu.

CV

dr Marcin Wojewódka jest radcą prawnym, był wiceprezesem ZUS

Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Gospodarka wciąż w strefie cienia
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Opinie Ekonomiczne
Piotr Skwirowski: Nie czarne, ale już ciemne chmury nad kredytobiorcami
Ekonomia
Marek Ratajczak: Czy trzeba umoralnić człowieka ekonomicznego
Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Klęska władz monetarnych
Opinie Ekonomiczne
Andrzej Sławiński: Przepis na stagnację