Wśród wielu ważnych i potrzebnych wydatków, których dokonał na początku tego wieku grecki rząd, był zakup w 2003 roku 170 nowiutkich niemieckich czołgów Leopard 2. W tych samych latach grecka armia wzbogaciła się też o 90 nowych myśliwców F-16 i rozglądała się już za nowymi zakupami. Czy te czołgi i samoloty były Grecji potrzebne? Oczywiście, że tak, w końcu Grecja żyje w ciągłej gotowości do wojny z uzbrojoną po zęby, silniejszą od niej Turcją. Pieniądze musiały się więc znaleźć.

Podobnie jak musiały się w tym samym czasie znaleźć pieniądze na 13. i 14. pensje dla pracowników firm państwowych, na podwyżki dla emerytów, na premie za punktualne przychodzenie do pracy, na zatrudnienie wielotysięcznej armii krewnych i przyjaciół na fikcyjnych posadach (np. w zarządzie firmy nadzorującej program osuszenia jeziora Kopais, choć jezioro to zostało już całkowicie osuszone pół wieku wcześniej). Słowem musiały się znaleźć pieniądze na to wszystko, czym można było kupić przychylność wyborców.

A tymczasem grecki dług publiczny rósł, rósł, ze 100 proc. PKB, kiedy kupowano pierwsze 170 leopardów, do 180 proc. kilka lat później. A kiedy w roku 2010 Grecja zbankrutowała, nie tylko nie można już było kupić nowych samolotów, ale nawet zabrakło pieniędzy na serwis i części zapasowe i dla tych, które już kupiono, więc trzeba było je zamknąć na klucz w hangarach.

Nie przypominam greckiej tragedii po to, by podważać celowość wzrostu naszych wydatków na obronność. Nie mam również wątpliwości, że relacja naszego długu publicznego do PKB przekroczy w tym roku limit 60 proc. (może już wkrótce, jeśli złoty będzie nadal się osłabiał).

Jest jasne, że nie możemy zrezygnować z działań niezbędnych dla bezpieczeństwa kraju. Konstytucyjny limit musi być w drodze wyjątku podniesiony w celu sfinansowania tego, co konieczne, bez stosowanych od lat kłamstw i mataczeń, polegających na fikcyjnym przepisywaniu znacznej części zaciąganych długów na „słupy” (państwowe fundusze rzekomo niewchodzące w skład sektora publicznego).

Rząd jednak wydaje się przeć do czegoś innego. Pod pretekstem wojny najwyraźniej chce tak osłabić limit zadłużenia, by móc swobodnie kontynuować dotychczasową politykę: zwiększać wydatki na to, co trzeba, a jednocześnie nie mieć żadnych hamulców dla kupowania głosów wyborczych. Wykorzystywanie w tym celu ukraińskiego dramatu jest równie obrzydliwe, jak próby przemycenia pod tą samą osłoną ustawowego zwolnienia z winy odpowiedzialnych za marnowanie, a może i defraudację publicznych pieniędzy na długo przed wybuchem wojny.

Podniesienie limitu długu jest niezbędne, ale jako rozwiązanie nadzwyczajne i ograniczone dla określonej grupy wydatków bezpośrednio związanych z obronnością i kryzysem uchodźczym. Jednocześnie należy jednak wprowadzić ostry – i naprawdę przestrzegany, a nie zmieniony w żart przez księgowe machlojki – limit dla wszystkich innych wydatków państwa, wymuszający odpowiedzialne zarządzanie finansami publicznymi. Tylko wtedy można by uwierzyć, że bezpieczeństwo kraju jest dla rządzących ważniejsze niż najbliższe wybory. I że Polska nie skończy tak jak Grecja.