Rz: Zazwyczaj na kryzysie rozwiniętych gospodarek tracą silnie rynki wschodzące. Jakiej przeceny spodziewać się w Polsce?
Andrzej Błachut:
Od czasu ostatniego kryzysu podejście inwestorów do naszego regionu się zmieniło. Dzięki rosnącej kapitalizacji giełdy i szybkiemu wzrostowi PKB jesteśmy postrzegani prawie jak rynki rozwinięte.
Ma to swoje plusy i minusy. Z jednej strony odpływ zagranicznych inwestorów w razie kryzysu jest mniejszy i nie ma charakteru paniki, bo traktują Polskę inaczej niż np. Turcję i Rosję – co dało się zauważyć na początku roku. Tak naprawdę za ostatnimi silnymi spadkami na GPW stoi nie zagranica, ale polscy inwestorzy indywidualni i TFI, którzy wycofują środki z akcji w obawie przed bessą. Negatywnym skutkiem jest nowe podejście do wycen polskich spółek. Traktowanie Warszawy jako rynku rozwiniętego oznacza, że nie możemy liczyć na premię z uwagi na potencjał wzrostowy. To stało za ostatnimi przecenami banków czy spółek deweloperskich.
Kiedy problemy na rynkach przełożą się na gospodarkę?
Największym niebezpieczeństwem dla Polski jest sytuacja, kiedy w 2014 r. nie będzie już pieniędzy unijnych na nowe projekty infrastrukturalne i społeczne. Nie można tego wykluczyć, jeżeli kryzys w strefie euro będzie postępował, i trzeba będzie kolejnych pieniędzy, aby ratować zadłużone kraje.
Gospodarce Polski nie przeszkodzi drogi frank?
Wahania złotego wynikają z faktu, że jest on najbardziej płynną walutą w regionie, a więc najczęściej wybieraną przez inwestorów. Drogi frank wpływa na kondycję finansową osób z kredytami, ale z moich rozmów z polskimi bankami wynika, że szwajcarska waluta musiałaby kosztować 4,5 zł, aby spustoszyć portfele kredytowe banków.