Mistrzostwa już się zaczęły – w środę pierwszym zwycięzcą został faworyt – sir Sebastian Coe. Będzie szefem Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (na razie jeszcze IAAF, zaraz po mistrzostwach World Athletics, czyli WA) na drugą kadencję, do 2023 roku.

Wybór przewodniczącego był jednogłośny: 203 głosujących za, Brytyjczyk nie miał kontrkandydata.

– Jestem wdzięczny, choć pierwsza kadencja to nie była łatwa podróż. Te cztery lata były czasem zmian, teraz nadchodzi czas budowania – mówił nowy/stary szef, dodając, że jest dumny z tego, co dało się osiągnąć, zwłaszcza w kwestii walki z dopingiem i korupcją. Wyraził także nadzieję, że za następne cztery lata temat nieobecności Rosji w zawodach nie zdominuje przekazów medialnych, że świat będzie się interesował znacznie ciekawszymi tematami.

Chińskie pieniądze

Przewodniczący Coe umie przemawiać, ale światowa lekkoatletyka jeszcze z dopingiem i korupcją do końca nie wygrała. Sir Sebastian dał przynajmniej nadzieję na lepsze finansowe jutro: chwilę po wyborze przekazał światu, że chiński konglomerat inwestycyjny o swojskiej dla Polaków nazwie Wanda został tytularnym sponsorem Diamentowej Ligi i będzie to największy kontrakt komercyjny w historii IAAF.

Grupa Wanda zajmuje się m. in. budową nieruchomości oraz produkcją filmową, zaczęła inwestować w sport w 2016 roku, gdy pojawiła się w grupie firm wspierających działalność FIFA, widać ją też w kolarstwie zawodowym.

Diamentowa Liga będzie finansowana przez Wandę od sezonu 2020 przez 10 lat, co oznacza przez dekadę obowiązkowy przystanek Ligi w Chinach oraz zupełnie nową imprezę IAAF/WA w Państwie Środka.

Uczestnicy mistrzostw w Dausze po raz pierwszy otrzymali także przywilej noszenia logo sponsora reprezentacji podczas zawodów. To ważny krok w kierunku godnego spieniężenia wizerunku najlepszych lekkoatletów świata.

Zanim popłyną do nich szeroką strugą chińskie i inne pieniądze (przewodniczący nie ujawnił jednak szczegółów umowy z Wandą), działacze muszą przetrwać mistrzostwa świata w Dausze – efekt decyzji skorumpowanego poprzedniego przewodniczącego Lamine Diacka. Ze względu na pogodę i wielkie upały są rozgrywane późno – właściwie po sezonie. Ze względu na zastrzeżenia do gospodarzy w kwestiach nadmiernego wykorzystywania najemnych pracowników z biednych krajów oraz niezbyt etycznego zdobywania wielkich imprez świata sportu, nie mówiąc o spodziewanej słabej frekwencji na trybunach – nie mają dobrej prasy.

Na dwa dni przed startem pierwszych konkurencji dziennikarzy zajmowały, poza wyliczaniem nieobecności niektórych lekkoatletów (Rosjanie pod flagą narodową, Caster Semenya, Mo Farah), opisy systemu klimatyzacyjnego zainstalowanego na Stadionie Chalifa, albo rozważania, czy da się przetrwać maratony rozpoczynane minutę przed północą oraz konkurencje chodziarskie, zaplanowane o 23.30.

Autopromocja
Specjalna oferta letnia

Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc

KUP TERAZ

Poza tymi nowościami, czyli przeniesieniem mistrzostw na chłodzony stadion i w głęboką katarską noc, można będzie zobaczyć nową konkurencję, sztafetę mieszaną 4x400 m (także z udziałem Polek i Polaków).

Na listach startowych 17. mistrzostw świata jest 1054 mężczyzn i 918 kobiet. W tej grupie jest 37 osób, które bronić będą tytułów indywidualnych zdobytych dwa lata temu w Londynie (tylko siedem nie będzie). Pod tym względem jest nieźle. Zachętą do oglądania powinien być także udział 30 nowych mistrzów tegorocznej Diamentowej Ligi.

Import z Afryki

Rekordy świata w mistrzostwach padają już bardzo rzadko. Można trzymać kciuki za tych, którzy w Dausze powinni pobić rekordy sportowej długowieczności. Wśród pań – na przykład za świetną amerykańską sprinterkę Allyson Felix. To już najczęściej dekorowana lekkoatletka w historii MŚ (16 medali, w tym 11 złotych, trzy srebrne i dwa brązowe). Pobiegnie raz jeszcze w sztafecie 4x400 m.

Wśród panów takim bohaterem stał się chodziarz Jesus Angel Garcia, kiedyś mocny rywal Roberta Korzeniowskiego. Hiszpan ma 49 lat, startuje w mistrzostwach po raz 13., mistrzem był raz, w 1993 roku, ale miano zdecydowanie najstarszego uczestnika w kronikach imprezy też się liczy.

Gospodarze, którzy potęgę sportową budują w wielu dyscyplinach na zaciągu zagranicznym, podobnie postępują w lekkoatletyce. Najlepsi katarscy biegacze pochodzą z Afryki. Mocny kandydat do złota w skoku wzwyż, obrońca tytułu, trenowany od lat przez Polaka Stanisława Szczyrbę Mutaz Isa Barszim ma rodziców z Sudanu. Świetny płotkarz na 400 m, Abderrahman Samba, mający trzeci czas na tym dystansie, do 2017 roku reprezentował Mauretanię.

Może najciekawsze będzie szukanie tych, którzy powinni walczyć o medale za niecały rok w zawodach olimpijskich w Tokio, którzy będą budować z przewodniczącym Coe przyszłość dyscypliny.

To pierwsze od 16 lat mistrzostwa, w których nie wystartuje Usain Bolt, więc tym bardziej interesujące może być poszukiwanie nowych gwiazd. Może będą nimi w sprincie Amerykanie Noah Lyles i Michael Norman (Christian Coleman, obecnie najszybszy człowiek świata, już wzbudził wątpliwości, nie stawiając się na kontrole antydopingowe). Może zachwyci widzów kubański skoczek w dal Juan Miguel Echevarria (8,65 w tym roku), potwierdzi wielką moc młody szwedzki dyskobol Daniel Stahl.

Może Dauhę podbiją lekkoatletki: potrójna mistrzyni Europy Brytyjka Dina Asher-Smith, kenijska rekordzistka świata na dystansie 3000 m z przeszkodami Beatrice Chepkoech albo Malaika Mihambo z Niemiec, która rekord życiowy w skoku w dal doprowadziła w tym roku do 7,16 m.

Chociaż warunki w Katarze nie sprzyjają, największą siłę ma sama lekkoatletyka. Nawet w ciemnościach dziesięciu katarskich nocy i przy pewnym dystansie wobec intencji gospodarzy powinna się obronić.