Jest pani jedną z niewielu polskich dziennikarek, które poznały Putina.

To za dużo powiedziane, ale w styczniu 2007 roku byłam w oficjalnej rezydencji Putina w Soczi, gdzie spotkał się z kanclerz Merkel. Ich rozmowy relacjonowało wąskie grono dziennikarzy. Podczas przerwy siedziałam dosłownie obok niego. Wtedy też miałam okazję przekonać się, jak bardzo jest cyniczny. To było po tym, jak Polska wsparła pomarańczową rewolucję. Zwrot Ukrainy na Zachód był dla Putina osobistym policzkiem. W odwecie wprowadził embargo na polskie mięso. Kiedy zapytałam, jakie są szanse na jego zniesienie, odpowiedział: „Nie jestem rzeźnikiem”. Wszyscy się rozśmiali, bo dobrze wiedzieli, że to decyzja polityczna. Ale to był inny Putin niż teraz. Wtedy rozmawiał z nim cały świat i mieliśmy nadzieję, że będzie jednak prowadził Rosję w stronę demokratycznego Zachodu. Gospodarka miała się dobrze, a Putina postrzegano jako człowieka, który stawia Rosję „na nogi”. Nawet rosyjska inteligencja była nim zauroczona. Na ulice zaczęła wychodzić dopiero w 2011 roku.

A jakie Putin zrobił na pani wrażenie?

Był bardzo pewny siebie, wyluzowany, dobrze ubrany. Pachniał dobrymi perfumami. Widać było, że przywiązuje dużą wagę do markowych produktów. Zachodnich.

Ma pani wielu znajomych w Rosji, jak się odnajdują w obecnej sytuacji?

Prezentują dwie postawy, w czasie wojny nie ma miejsca na półtony. Zadzwoniłam do znajomego operatora, który pracował z Anglikami i Francuzami. Skomentował krótko: „To jest absolutna katastrofa”. On ma świadomość, że Putin ciągnie na dno nie tylko siebie, ale i wszystkich Rosjan. Opowiadał mi jednak, że kiedy nagrywał w Moskwie sondę na temat sankcji, co drugi indagowany mówił, że to jest cena za bezpieczeństwo Rosji, którą Zachód chce zniszczyć. Mam też znajomych, którzy zaczynają myśleć o emigracji albo wychodzą na ulice.

Przez wiele lat nieustannie jeździła pani do Rosji, widać było, jak się zmieniała?

Był taki moment w 2011 roku, przed aneksją Krymu, kiedy przez Rosję przetaczała się fala protestów przeciw fałszerstwom wyborczym, to był jednak głównie bunt inteligencki. Inteligencja przeważa też wśród zwolenników Nawalnego. W odczuciu większości Rosjan uosabia on rewolucyjne zmiany, których oni bardzo się boją. Zawsze się dla nich źle kończyły. Bolszewicka spustoszyła carską Rosję i doprowadziła do rozlewu krwi, gorbaczowowska spowodowała rozpad sowieckiego imperium, a jelcynowska przyniosła dziki kapitalizm. Podróżując po Rosji, ciągle słyszę: „Żeby tylko nie było gorzej”. Putin przez wiele lat zapewniał im stabilizację. Popularności przysporzyła mu dodatkowo aneksja Krymu, ponieważ ich dowartościowała. Teraz po inwazji na Ukrainę też mu wzrosły notowania.

Są wiarygodne?

Ufam Centrum im. Lewady, bo to sondażownia niezależna od władz. Socjolog z tego Centrum Lew Gudkow już dawno zapewniał, że rankingi poparcia dla Putina są naprawdę wysokie, w co nie chce wierzyć Zachód. Jeżdżąc po głubince, czyli prowincji, wiele razy się o tym sama przekonywałam.

W Rosji krąży taki dowcip: „Biedni ci Rosjanie, ciągle ktoś na nich napada: a to Ukraińcy na Ukrainie, a to Syryjczycy w Syrii”.

Dlaczego większość Rosjan popiera Putina?

W ich odczuciu odbudowuje Rosję zrujnowaną przez Gorbaczowa i Jelcyna. Co ciekawe, aneksję Krymu poparła opozycja. Uznał ją i Gorbaczow, i Nawalny. Niewielu było takich jak Borys Niemcow, którzy publicznie przeciw niej występowali. Wiktor Jerofiejew, autor „Encyklopedii rosyjskiej duszy”, opowiadał mi, że rosyjscy intelektualiści w związku z aneksją Krymu zadawali sobie pytanie, czy została dokonana w odpowiedni sposób, bo samo odzyskanie półwyspu uznawali za sprawiedliwość dziejową. Jedynie sposób odzyskania Krymu budził ich wątpliwości. Ale już głubinka całkiem ich nie miała. A to ona właśnie jest kwintesencją Rosji. Krym stał się dla Rosjan symbolem siły, bo oznaczał przeciwstawienie się Zachodowi, powodem do dumy, uosobieniem zwycięstwa. Tylko że aneksja Krymu była bezkrwawa i szybka. Teraz jest całkiem inaczej. Bez porównania...

Ale skala sprzeciwu nie jest zbyt wielka.

Jednak i tak znacznie większa w porównaniu z 2014 rokiem i aneksją Krymu. Ponad 100 dziennikarzy podpisało od razu petycję przeciw tej napaści. Opozycyjna „Nowaja Gazeta” ukazała się w dwóch językach – po rosyjsku i ukraińsku – a jej naczelny Dmitri Muratow powiedział, że jest mu wstyd za rozpętanie wojny. Petycję pokojową podpisali też m.in. studenci MGIMO, rosyjskiej uczelni dyplomatycznej, która uchodzi za kuźnię kadr. Warto podkreślić, że została przyjęta ustawa o zakazie rozpowszechniania tzw. fake newsów na temat działań rosyjskich wojsk, a według władz takim fejkiem jest samo określenie „wojna”. Za złamanie zakazu grozi 15 lat więzienia. Protestuje przede wszystkim inteligencja, a władza orientuje się na prostego człowieka, który wierzy, że Rosja rozprawia się z ukraińskimi faszystami. I że Moskwa nigdy na nikogo nie napadała. W jednym z moich filmów pokazuję, jak emerytki z wioski pod Petersburgiem były szczerze zdziwione, gdy im powiedziałam, że Armia Czerwona napadła na Polskę we wrześniu 1939 roku. W Rosji krąży taki dowcip: „Biedni ci Rosjanie, ciągle ktoś na nich napada: a to Ukraińcy na Ukrainie, a to Syryjczycy w Syrii”. Czarny humor, ale trafny.

Nakręciła też pani w 2020 roku film „Ukraiński sługa narodu” o Wołodymyrze Zełenskim.

Opowiada, jak aktor, celebryta i komik został prezydentem. I jak bardzo mu pomogło, że idealnie zagrał rolę idealnego prezydenta w serialu „Sługa narodu”. Wielu rozmówców mówiło mi, że Zełenski nie uwolni się od wizerunku komika. W obliczu agresji pokazał, że nie jest serialowym, ale prawdziwym sługą narodu.