„Rz" dotarła do informacji, które nasuwają kolejne poważne wątpliwości co do najnowszej wersji zabójstwa gen. Marka Papały. Z akt innej sprawy, w której pojawiają się domniemani mordercy, dowiadujemy się, że tuż po śmierci generała zachowywali jakby nic się nie stało. Z kolei znający to środowisko na wylot Jarosław S. „Masa" uważa, że niemożliwe byłoby, aby taka sprawa nie wyszła na jaw wcześniej.
Kradli jak zawsze
Łódzcy śledczy ogłosili niedawno, że szefa policji zastrzelili w 1998 r. złodzieje aut, którzy chcieli mu ukraść daewoo espero. Igor M., ps. Patyk, miał strzelić generałowi w głowę, gdy ten zaparkował auto pod domem. Mariusz M. miał obserwować miejsce zabójstwa. W sprawę mają być zamieszani też bracia J. i Tomasz W. – są już w areszcie.
Nowa wersja prokuratury przekreśla ustalenia poprzednich 13 lat śledztwa (dotąd zakładano, że był to mord na zlecenie).
Gang samochodowy, w którym pierwsze skrzypce grał „Patyk", był podporządkowany słynnemu gangowi pruszkowskiemu. „Masa", świadek koronny, który mafię pruszkowską pogrążył, mówi dziś „Rz", że gdyby gen. Papałę zabił „Patyk", ta informacja rozeszłaby się w środowisku przestępczym.
Według niego „Patyk" i inni złodzieje – wtedy młodzi ludzie – prawie wszystko, co zarobili, wydawali na kokainę. – Nie ma siły, żeby któryś po narkotykach się nie wygadał – ocenia.