Czytaj więcej
Ponad tysiąc osób wykorzystanych seksualnie przez duchownych w okresie PRL. Lista została zaktualizowana 7 grudnia.
Ksiądz Eugeniusz Makulski, marianin, budowniczy monumentalnej bazyliki w Licheniu, który wykorzystywał seksualnie małoletnich, o czym opinia publiczna dowiedziała się w 2019 r. z filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, już w 1964 r. mógł trafić do więzienia za skrzywdzenie na basenie w Lublinie 14-letniego chłopca. Nie trafił. Władze PRL ogłosiły amnestię i sąd postępowanie w jego sprawie umorzył.
Makulski nie poniósł także żadnych konsekwencji na gruncie prawa kanonicznego – dwa lata po wydarzeniu z Lublina władze jego zakonu mianowały go kustoszem sanktuarium maryjnego w Licheniu koło Konina, którym był aż do roku 2004.
W ogóle żadnego postępowania nie było w sprawie ks. Michała Czajkowskiego, późniejszego wybitnego biblisty, byłego współprzewodniczącego Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, byłego członka Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej i wieloletniego współpracownika „Więzi” oraz „Tygodnika Powszechnego”, którego latem 1960 r. oskarżono o seksualne wykorzystanie dwóch chłopców (dziewięcio- i dziesięciolatka). Duchowny podpisał zobowiązanie do współpracy z bezpieką i donosił przez ponad 24 lata.
Czytaj więcej
W czasach PRL władze państwowe zajmowały się co najmniej 121 sprawami, w których doszło lub mogło dojść do wykorzystania seksualnego małoletnich pr...
Pionierska kwerenda
To tylko dwa przykłady duchownych, oskarżonych o przestępstwa seksualne na szkodę osób małoletnich, którzy w okresie PRL uniknęli odpowiedzialności karnej. Odnaleźliśmy je, badając archiwa Instytutu Pamięci Narodowej, Archiwum Akt Nowych i ogólnie dostępne źródła kościelne z lat 1944–1989 pod kątem przestępstw wykorzystywania seksualnego małoletnich przez duchownych.
W naszej pionierskiej kwerendzie udało się zidentyfikować w sumie 121 przypadków, którymi w jakiś sposób zajęły się organa ścigania totalitarnego państwa. W zdecydowanej większości sprawcy przestępstw zostali skazani na kary pozbawienia wolności. W latach 40. i 50. XX w. sądy traktowały ich dość surowo – wymierzano im kary od trzech do nawet dziesięciu lat więzienia. W latach 60. maksymalny wyrok wyniósł dziewięć lat i osiem miesięcy pozbawienia wolności, ale coraz częściej sądy sięgały po warunkowe zawieszenie kary. Niższe wyroki zapadały w latach 70. i 80. – trzy lata bezwzględnego pozbawienia wolności to najsurowszy wymiar kary; w tym też czasie zaczęły przeważać kary w zawieszeniu.
Pobłażliwość biskupów
Wielokrotne gwałty, ofiary zachodzące w ciąże, umierające przy porodach, aborcje. To najbardziej drastyczne przypadki przestępstw, jakie wyłoniły się w naszej kwerendzie. Ale też zdarzały się takie jak masturbacja małoletnich, dotykanie ich narządów płciowych, namiętne przytulanie i pocałunki. Krzywdzenie przez wiele lat – niektórzy wykorzystywali dzieci bezkarnie nawet przez trzy, cztery dekady.
Czytaj więcej
Co najmniej 1100 małoletnich mogło zostać w okresie PRL wykorzystanych seksualnie przez duchownych i świeckich pracujących w Kościele. Sprawcami ty...
Skazywani byli najczęściej za skrzywdzenie jednej osoby, niektórzy trzech lub czterech. Rekordzista ks. L.O. trafił za kraty za wykorzystanie 30 chłopców, inny – za 15, ale liczba ofiar ks. A.M., który nigdy nie poniósł odpowiedzialności karnej, może sięgać przeszło setki.
W analizowanych przez nas sprawach widać pobłażliwość biskupów, którzy latami liczyli na to, że podwładny się zmieni. Przenoszono ich z parafii na parafię, z diecezji do diecezji. Sami sprawcy szukali spokojnego życia za granicą lub w innej katolickiej wspólnocie.
Wielu po odbyciu kary zrobiło w Kościele kariery. Zostawali dziekanami, przełożonymi zakonnymi, honorowano ich tytułami, włączano do kapituł katedralnych lub kolegiackich. Niektórych uhonorowano tablicami pamiątkowymi, jeszcze inni zostali patronami ulic. Nazwiska kilku znalazły się w leksykonach duchownych represjonowanych w czasach PRL.
Tylko w jednym przypadku – ks. M.S. z archidiecezji poznańskiej skazanego na 3,5 roku więzienia za krzywdę wyrządzoną 14-letniej dziewczynce – zetknęliśmy się z adnotacją, że „został usunięty ze stanu duchownego za niemoralne prowadzenie się”. Innych biskupi wysyłali na rekolekcje lub nakazywali prace fizyczne.
Bezkarność sprawców
Z przebadanych przez nas spraw wynika, że pokrzywdzeni i ich rodziny w pierwszej kolejności szukali sprawiedliwości u władz kościelnych. Dopiero brak reakcji ze strony biskupów i pracowników kurii powodował, że zgłaszali się na milicję.
Ale w analizowanych sprawach widać też obawy pokrzywdzonych przed złożeniem zeznań obciążających duchownego, wycofywanie ich w wyniku presji rodziny lub samego księdza.
Wielu duchownych, których oskarżano o przestępstwa seksualne, zostawało – najczęściej w wyniku obietnicy bezkarności i np. zawieszenia lub umorzenia dochodzenia bądź śledztwa – tajnymi współpracownikami bezpieki.
Tak było np. w roku 1960 w przypadku ks. prof. Michała Czajkowskiego. Jego współpraca z UB/SB została ujawniona już w roku 2006, a duchowny przyznał się do niej. Wiadomo było, że duchowny został zwerbowany już w 1956 r., lecz szybko współpracę z bezpieką zerwał. Ale w 1960 r. starający się o wyjazd na studia do Rzymu Czajkowski został ponownie zwerbowany. Podstawą był szantaż na tle obyczajowym.
Czytaj więcej
Na wsparcie dla skrzywdzonych Kościół ma duże fundusze. Ale ofiary przestępstw seksualnych o tym nie wiedzą.
Osoby badające kilkanaście lat temu historię jego współpracy nie dysponowały materiałami, które pozwoliłyby ustalić szczegóły tego szantażu. Dopiero teraz dziennikarze „Rzeczpospolitej” odnaleźli w IPN dokumenty, z których wynika, że duchowny miał dopuścić się wykorzystania seksualnego dwóch chłopców. Milicja dysponowała oświadczeniami pokrzywdzonych, ich rodziców oraz świadka, ale nie wszczęto żadnego postępowania, postanowiono duchownego zwerbować. W trakcie rozmowy z esbekiem Czajkowski najpierw wszystkiemu zaprzeczał, potem jednak napisał odręczne oświadczenie, w którym przyznał się, że zachował się „niemoralnie, dopuszczając się wykroczenia seksualnego w stosunku do synów ob. W.”. Zgodził się na współpracę. Trwała ona aż do roku 1984, a duchowny pobierał za nią wynagrodzenie.
W rozmowie z „Rzeczpospolitą” ks. Czajkowski zaprzeczył, jakoby historia ta była podstawą jego ponownego werbunku. Stwierdził, że pomagał latem 1960 r. zejść z drzewa jednemu chłopcu. „Nie wiem, co powiedział ojcu, ale widocznie ktoś tam postanowił stworzyć opowieść dla uderzenia w niewygodnego księdza” – odpisał na nasze pytania. Tyle tylko, że w jego dokumentach w IPN nie ma śladu po innej historii na tle obyczajowym, która mogłaby być przyczyną szantażowania duchownego.
Potrzeba badań
Wyniki pionierskiej kwerendy archiwalnej, w której ustaliliśmy 121 przypadków dotyczących wykorzystywania małoletnich, której przed nami nikt w Polsce nie przeprowadził – ani historycy, ani dziennikarze, ani kościelne czy państwowe instytucje – sugerują, że skala wykorzystywania seksualnego małoletnich była w Kościele nad Wisłą ogromna.
By dokładniej zbadać ten problem, potrzebne są pogłębione kwerendy archiwów IPN, AAN i innych. Trzeba skonfrontować te materiały także z archiwami kościelnymi w diecezjach i zakonach. Niewykluczone, że zrobi to specjalny zespół, który zamierza powołać Konferencja Episkopatu Polski. Ta kwerenda może być punktem wyjścia dla tej pracy.