Kiedy środowisko sportowe w kwietniu tego roku na szefa Polskiego Komitetu Olimpijskiego (członkami PKOl-u są głównie związki sportowe) wybierało Radosława Piesiewicza, miał on za sobą jeden atut: był blisko władzy. Napisałem wtedy, że większość działaczy na prezesa PKOl-u i swych macierzystych związków wybrałaby nawet Myszkę Miki, gdyby siedziała ona w kieszeni ministra aktywów państwowych Jacka Sasina, tak jak siedział w niej Piesiewicz. Środowisko sportowe padło wówczas do nóg władzy, jakby nie zakładając, że za pół roku może przyjść czas na kohabitację z innymi ludźmi. I właśnie teraz nadszedł.
Czytaj więcej
To, że Radosław Piesiewicz zostanie prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego wiadomo było od momentu, gdy z ubiegania się o kolejną reelekcję zrez...
Trzeba przyznać, że Piesiewicz z obietnic wobec tych, którzy go poparli, starał się wywiązać, niemal co tydzień otrzymywaliśmy mailowe zaproszenia na podpisanie przez PKOl kolejnej umowy sponsorskiej z poddanymi Sasina.
Pieniądze będą płynąć nadal
Rządy PiS-u to był czas Piesiewiczów i większość ludzi sportu weszła do tej rzeki. Kilku z nich zapewniało mnie, że będzie dobrze, bo pieniądze do PKOl-u i związków sportowych płyną i będą płynąć, a minister Kamil Bortniczuk jeszcze ten nurt wzmocni. I wzmacniał, bez dwóch zdań. Pod jednym warunkiem: każdy sportowy piknik musiał być Narodowym Dniem Sportu – takim, jaki gospodarze sobie wymyślą i jakiego potrzebują – a kort centralny Narodowego Centrum Tenisa w Kozerkach nosić imię Lecha Kaczyńskiego. Moim ulubionym dniem był Narodowy Dzień Boksu.
Kłopot w nowych dekoracjach mogą mieć sportowi dziennikarze Telewizji Polskiej, którzy w swym serwilizmie wobec odchodzącej władzy posunęli się poza granice przyzwoitości
Czy można w związku z tym powiedzieć, że nowa władza zaczyna mecz na wrogim boisku? Chyba nie, dla ekipy Donalda Tuska będzie to raczej spotkanie na terenie neutralnym czy wręcz na ziemi moralnie jałowej z rywalami, którzy nade wszystko lubią i umieją grać z wiatrem. Sport jako jedna z ulubionych zabawek wyborców zwykle ma się dobrze pod rządami nawet tych, którzy tak naprawdę go nie lubią i sportowców nie szanują, ale są wystarczająco mądrzy, by tego nie okazać. A to bez wątpienia nie jest przypadek ekipy, na której czele stoi Tusk. W związku z tym, drodzy prezesi, wiceprezesi i sekretarze generalni: nie lękajcie się, o ile ciężko nie grzeszyliście, sport was obroni, a pieniądze będą płynąć nadal.
Jak przyszłość czeka TVP Sport
Kłopot w nowych dekoracjach mogą mieć natomiast sportowi dziennikarze Telewizji Polskiej, którzy w swym serwilizmie wobec odchodzącej władzy posunęli się poza granice przyzwoitości. I nie mam tu na myśli młodych ludzi, którzy zawodowe życie zaczynali w czasach zarazy. To nie ich wina, że propozycję dostali od łajdaków, którzy publiczną telewizję znieprawili. Mogli oczywiście jej nie przyjąć, ale łatwo się mówi, a trudniej robi, szczególnie na początku zawodowego życia. Gołym okiem widać, że są wśród tej młodzieży ludzie zdolni i są nieudacznicy, których należy szybko pożegnać, podobnie jak obecne kierownictwo TVP Sport.
Czytaj więcej
Zmiana władzy może oznaczać spore zmiany dla polskiego sportu. Ministerstwo Sportu i Turystyki, które ostatnio wspierało nie tylko sport, czeka zap...
O wiele większy kłopot mam z tymi, którzy na gwiazdorski status pracowali przez lata, których profesjonalne umiejętności są bezdyskusyjne, których – tak jak Przemysława Babiarza – znam od dawna, a którzy też przeszli na stronę złoczyńców. Po odejściu na emeryturę Włodzimierza Szaranowicza jedynym komentatorem TVP mogącym udźwignąć wielki sportowy spektakl jest Babiarz. Niech więc każdy z nas – tych, którzy obalili rządy PiS-u – rozstrzygnie zgodnie z własną estetyką i sumieniem, czy za niespełna rok podczas zapewne bajecznego otwarcia igrzysk w Paryżu chce usłyszeć głos Babiarza. Zrozumiem i tych, którzy zakrzykną „Nigdy w życiu”, jak i tych, którzy po chrześcijańsku wybaczą. Mnie chyba bliżej do tych drugich.