Śledząc dyskusję proopozycyjnego komentariatu w internecie, można było odnieść wrażenie, że ogłoszenie naboru na Campus Polska Przyszłości jest mniej istotne od tego, co Rafał Trzaskowski sądzi o wspólnej liście opozycji. Temat tej listy urasta do rangi kamienia filozoficznego, który rozstrzygnie o wyniku kolejnych wyborów parlamentarnych. Zwolennicy i przeciwnicy tego rozwiązania przerzucają się argumentami mającymi bezsprzecznie udowodnić przyjętą przez nich tezę. Ale wrażenie jest takie, że wszystkie argumenty sprowadzają się do osobistych sympatii. Jeśli komuś bliżej do Platformy, opowiada się za wspólną listą z PO w roli hegemona. Jeśli ktoś sympatyzuje z którymś z mniejszych ugrupowań, na wspólną listę patrzy niechętnie, obawiając się o los swych polityków. Bo nasz system wyborczy plus kilka ugrupowań na jednej liście to prosty przepis na długie targi, waśnie i nieporozumienia.