Z całym szacunkiem dla otrutych w Anglii – putinowska Rosja popełniła w ostatnich latach poważniejsze przestępstwa (atak na Gruzję, wojna na Ukrainie, aneksja Krymu), a nikt nie zerwał z nią stosunków. Wprost przeciwnie, możni tego świata wciąż robią z nią interesy.

Dlatego bojkot mundialu jest mało realny – piłkarze zagrają, może tylko prezydentów, premierów i koronowanych głów będzie mniej, choć wcale nie jest to takie pewne.

Mundialu Rosji można było nie dawać, ale mleko się rozlało i dziś trzeba tańczyć tak, jak zagra moskiewska orkiestra. Jest za późno, by mistrzostwa wysadzić w powietrze.

Nikt się na to nie zdecyduje i ci w Polsce, którzy chcieliby uczynić z naszego kraju herolda bojkotu, popełniają błąd. Na szczęście wśród poważnych polityków dominują rozsądek i apele, by poczekać, co zrobi świat, a nie wyrywać się przed szereg.

Nie oznacza to, że rozmowa o konsekwencjach przyznawania wielkich imprez krajom autorytarnym nie ma sensu. Wprost przeciwnie – ma coraz głębszy, gdyż za cztery lata czeka nas kupiony przez szejków mundial w Katarze, gdzie stadiony budują niewolnicy.

Po upadku komunizmu idea bojkotu wielkiej sportowej imprezy pojawiła się tylko raz, przy okazji igrzysk w Pekinie (2008), gdy Chińczykom chciano przypomnieć o Tybecie. Nic z tego nie wyszło, wszyscy przyjechali do stolicy Chin i bawili się świetnie. Ostatnio nawet dyktator komunistycznej Korei wykorzystał igrzyska w Pjongczangu, by wysłać pojednawczy sygnał.

Brytyjczycy też nie mówią o bojkocie, grożą jedynie, że ich ekipa będzie czysto sportowa, bez oficjeli.

Jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidywalnego, reszta świata zareaguje podobnie. Rurociąg Nord Stream 2 i rosyjskie pieniądze pompowane w zachodnią gospodarkę (Anglicy mogą o tym powiedzieć najwięcej) to sprawa jeszcze poważniejsza niż futbol i raczej nie ma szans, by przy mundialowej okazji ukarać Rosję.

Nie licząc tego, że mistrzostw z trybuny nie zobaczy wnuk królowej.