Gdy obóz rządzący znajduje się w sytuacji podbramkowej, nagle zupełnie zmienia narrację na temat opozycji. Soczewką tego zjawiska jest telewizja publiczna. Gdy gospodarka rosła, Polacy się bogacili, a bezrobocie spadało, opozycja pojawiała się w propagandzie Jacka Kurskiego wyłącznie jako czarny lud, którym można było mobilizować tych, którzy jeszcze nie dość popierają władzę. Dlatego opozycja jawiła się jako kontrapunkt szczęścia, które zafundowali nam politycy PiS.

Sytuacja całkowicie odwróciła się w ostatnich miesiącach. Kiedy PiS nie radził sobie z kryzysem granicznym, oskarżył opozycję o to, że służy Łukaszence. I znów opozycja stała się głównym punktem odniesienia. Kiedy wystrzeliły ceny i koszty energii wzrosły raptownie, znów okazało się, że to wina Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska. Rządowi propagandyści bredzili więc o „europejskiej inflacji" czy o „podatku Tuska". Opozycję przyklejono nawet do szykowanej przez Rosję agresji na Ukrainę. Tak jak Putin chce osadzić w Kijowie marionetkowy rząd, tak też Niemcy chcą w Polsce zainstalować rząd Tuska – ogłosiła jedna z europosłanek PiS.

Ale najwyraźniej partia rządząca stwierdziła, że obecna sytuacja jest zbyt poważna, a propaganda jeszcze nie dość działa. Obóz władzy postanowił więc podzielić się z opozycją odpowiedzialnością za wzbierającą piątą falę pandemii oraz kryzys ukraiński. I o najważniejszych problemach rozmawiać z targowicą, zdrajcami, sługami Berlina oraz piątą kolumną Putina i Łukaszenki.

Czytaj więcej

Prezes Kaczyński walczy z V falą

Konsumentom pisowskiej propagandy pewnie głowy eksplodują z powodu dysonansu poznawczego, ale faktem jest, że po rozmowie z Joe Bidenem na temat bezpieczeństwa Ukrainy prezydent Andrzej Duda zaprosił liderów opozycji na piątkowe spotkanie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego dotyczące bieżącej sytuacji. We wtorek Mateusz Morawiecki gościł zaś przedstawicieli opozycji w Kancelarii Premiera. W spotkaniu wziął udział nawet wicepremier Jarosław Kaczyński (tak, ten sam, który opozycję nazywał chamską hołotą, kanaliami i zdradzieckimi mordami) i apelował do przedstawicieli klubów opozycyjnych o współpracę w walce z zalewającą nas falą omikrona. Prosił też o poparcie dla nowej ustawy pozwalającej walczyć z pandemią, choć szczegóły mają być znane dopiero za jakiś czas.

Obserwując ten nagły zwrot obozu władzy, stwierdzić można, że PiS usiłuje wziąć opozycję na litość. Fakty są bowiem nieubłagane: PiS nie ma większości we własnym klubie do przegłosowania jakichkolwiek obostrzeń, a równocześnie wie, że prędzej czy później historia wystawi partii Jarosława Kaczyńskiego rachunek za makabryczny bilans zgonów przemijającej czwartej fali, będący konsekwencją imposybilizmu, jaki paraliżuje PiS.

Prośba o poparcie w sprawie omikrona może nie być ostatnią. Jeśli Kaczyński uzna, że w tak trudnej sytuacji międzynarodowej trzeba zamknąć część frontów konfliktu z Brukselą, będzie potrzebował opozycji do likwidacji Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, również wbrew prawej flance swej koalicji. Bo w tej sprawie imposybilizm doprowadził do wielomilionowych kar i zamrożenia należnych Polsce miliardów złotych.

Czy opozycja da się wziąć na litość? Przed nią diabelski iście dylemat. Pomóc w słusznych sprawach, ale zarazem pogodzić się z tym, że pomoże również ratować sondaże partii rządzącej, czy też uznać, że jeśli partia Kaczyńskiego nie poniesie spektakularnej porażki, to nigdy nie odda władzy. I przejąć ją potem, mając świadomość, że do katastrofy, za którą zapłacimy wszyscy, mogło nie dojść, gdyby opozycja wyciągnęła pomocną dłoń. Czasem przed politykami stają naprawdę poważne pytania. I muszą zdecydować.