Jednym z głównych zarzutów Prawa i Sprawiedliwości wobec polityki zagranicznej Platformy Obywatelskiej była nieobecność Polski na spotkaniach Francji, Niemiec, Rosji i Ukrainy w sprawie wojny w Donbasie. W kampanii 2015 r. Andrzej Duda, ale też inni politycy PiS-u postulowali dołączenie Polski do tej czwórki, która miała decydować o sposobie rozwiązania tamtego konfliktu. Dziś kryzys migracyjny wywołany przez Aleksandra Łukaszenkę bezpośrednio dotyczy Polski, lecz Polski znów nie ma przy stole. Wyłączną odpowiedzialność ponosi za to PiS, który od kilku lat prowadzi politykę zagraniczną.

Warszawa ogranicza się do zapewnienia sobie poparcia Unii Europejskiej dla ochrony granic Polski, które są też granicami UE. Ale w kwestii długofalowego rozwiązania obecnego konfliktu nie mamy wiele do powiedzenia. Angela Merkel jest słusznie krytykowana przez Polskę i państwa bałtyckie za prowadzenie uzgodnień z Łukaszenką ponad naszymi głowami. Lecz faktem jest, że zaczynają one przynosić pewien efekt – w czwartek z Mińska odesłano pierwszą grupę migrantów do Iraku. Równocześnie Francja i USA prowadzą rozmowy z Moskwą na temat rozwiązania kryzysu na granicy. Powtarzanie, że z Łukaszenką rozmawiać nie wolno, jest moralnie słuszne, ale świadczy też o bezradności Polski.

Czytaj więcej

Część imigrantów opuściła w czwartek Białoruś i powróciła do Iraku. Mińsk twierdzi, że w kraju wciąż
Szantaż Mińska, gra Moskwy

PiS zachowuje się tak, jakby nie chciał zbyt umiędzynarodawiać sytuacji na Białorusi. Nie chce np. pomocy Frontexu, chyba dlatego, by móc później powiedzieć wyborcom, że to Jarosław Kaczyński z Mariuszem Błaszczakiem i Mariuszem Kamińskim wzorem Sobieskiego pod Wiedniem zatrzymali muzułmańską nawałę. Romantyczne i krótkowzroczne, tym bardziej że nie jest to już lokalny konflikt na granicy, ale wydarzenie geopolityczne. Amerykanie alarmują, że Putin gromadzi tysiące żołnierzy na granicy z Ukrainą. Ukraińscy politycy objeżdżają najważniejsze stolice świata, usiłując zapewnić sobie gwarancje bezpieczeństwa ze strony Zachodu na wypadek kolejnej rosyjskiej agresji. Gdzie w tej geopolitycznej rozgrywce jest głos Polski?

Paradoksalnie obecny kryzys jest dla PiS szansą na przełom w polityce zagranicznej. Rozmawiałem z dyplomatami państw zachodnich, którzy między wierszami wysyłają sygnały, że teraz Polsce trzeba okazać solidarność. Do Warszawy przyjeżdżają wysłannicy z Brukseli, Berlina i Waszyngtonu. Murem za nami stoi Litwa, Łotwa i Estonia, wiedząc, że bezpieczeństwo tej części Europy to system naczyń połączonych i ich niepodległość jest ściśle związana z nienaruszalnością terytorialną Polski.

Można by zamknąć część frontów i skupić się na sprawach najważniejszych. Ale PiS nie potrafi albo nie chce skorzystać z tej szansy. Zamiast próbować się dogadać z komisarzem unijnym ds. sprawiedliwości Didierem Reyndersem, Zbigniew Ziobro wręcza mu fotografie zrujnowanej Warszawy, czyli niejako porównuje Komisję Europejską do niemieckich wojsk, które zrównały z ziemią stolicę. Sabotaż?

Polska powinna dziś wyjść z defensywy na niemal wszystkich frontach i zgłosić propozycję nowej formy Partnerstwa Wschodniego. Zamiast dobrowolnie zgadzać się na marginalizację, powinniśmy wszystkie siły dyplomatyczne rzucić na ten kierunek i zaproponować rozwiązania – zarówno na poziomie UE, jak i NATO – które zagwarantują tym krajom niepodległość. W obliczu ryzyka przesunięcia się strefy wpływów Kremla na naszą wschodnią granicę mniej istotne są historyczne spory choćby o Wołyń z Ukraińcami. Ale to wymagałoby zaprzestania myślenia o polityce zagranicznej w kategoriach XIX-wiecznych i traktowania jej jako przedłużenia polityki krajowej. Do tego trzeba by jeszcze silniejszej pozycji Polski w Unii i wyprowadzenia się z oślej ławki, do której zaprowadziła nas polityka PiS.