Rz: Jak zmieniło się pana życie przez ten rok?

Zbigniew Bródka: Zmieniło się o 180 stopni – trudno się do tego przygotować. Spotkało mnie wiele dobrych rzeczy, ale doszły i obowiązki. Zwariowany rok, do dziś próbuję to poukładać – pracować, trenować, przygotowywać się do zawodów.

Zyskał pan pewność siebie czy raczej czuje na plecach oddech kolegów?

Nie znam podejścia kolegów, trzeba by ich zapytać. Dla mnie siła zespołu jest motywacją, daje też szanse na medale drużynowe. W poprzednich latach tylko ja stawałem na podium PŚ, teraz jest nas trzech, czterech.

Mistrz olimpijski jest trzeci w mistrzostwach Polski na swoim koronnym dystansie...

To oznacza, że jesteśmy na wyższym poziomie, bo mój czas nie różnił się zasadniczo od tego sprzed dwóch lat, gdy zdobywałem Puchar Świata. To Janek Szymański i Konrad Niedźwiedzki zrobili krok do przodu. Ale jednocześnie mam inne plany na ten sezon i mój cykl przygotowawczy wygląda w związku z tym nieco inaczej.

Inaczej, czyli jak?

Przygotowuje się do mistrzostw świata na dystansach w Heerenveen – wtedy dyspozycja ma być najwyższa. Nie będę walczył o Puchar Świata, nie wezmę udziału w styczniowych mistrzostwach Europy w Czelabińsku. Mam tylko nadzieję, że niedawna kontuzja mięśnia nie wpłynie na formę w lutym.

Dołączył pan do grona gwiazd sportu. Czy ktoś pomaga panu w kreowaniu wizerunku?

Zgłaszały się agencje marketingowe, ludzie z propozycjami, ale wciąż o najważniejszych sprawach decyduję sam. Staram się wybierać propozycje, które do mnie pasują, nie kieruję się tylko pieniędzmi – raczej tym, by rozwijać swoją dyscyplinę, czasem komuś pomóc. Zachowuję zdrowy rozsądek.

Sukces pomógł finansować sportową karierę?

Oczywiście. Przedłużyłem współpracę z Okręgową Spółdzielnią Mleczarską w Łowiczu na kolejne cztery lata – mam zabezpieczenie finansowe i komfort psychiczny. Współpracuję też z firmą Zelmer. W obu przypadkach wszystko jest ułożone tak, aby sport był na pierwszym miejscu.

Pozostaje pan strażakiem?

Tak. Nie zrezygnowałem, bo ważne jest też to, co będę robił po sporcie. Zaraz po igrzyskach wróciłem do pododdziału bojowego Komendy Powiatowej PSP w Łowiczu. Obecnie jestem oddelegowany do Centralnej Szkoły PSP w Częstochowie – jestem na kursie, który doprowadzi mnie do stopnia młodszego aspiranta.

Czyli wciąż jest pan w stopniu sekcyjnego...

(śmiech) Nie wyobrażałem sobie awansu za medal, tu chodzi przecież o ratowanie życia.

Czy polskie łyżwiarstwo szybkie dobrze wykorzystuje obecną popularność?

Oczekiwani były większe, ale mam sygnały, że na treningi przychodzi coraz więcej dzieciaków. Zakończone właśnie mistrzostwa Polski były najlepsze, jakie pamiętam, jeśli chodzi o zainteresowanie kibiców. Ale gdyby był kryty tor, widzów byłoby jeszcze więcej.

Jego budowa się przybliża?

Pytam za każdym razem, gdy widzę ludzi, którzy to obiecywali. Zapewniają, że prace zaczną się w tym roku. W 2017 roku Warszawa ma gościć mistrzostwa Europy.

Myśli pan już o igrzyskach w Korei?

Cały czas myślę! Ale wszystko zależy od tego, czy w Polsce powstanie hala lodowa.

A jeśli nie? Wciąż będzie miał motywację do treningów za granicą?

Trudno mi teraz odpowiedzieć na to pytanie. Zobaczymy, jak będą wyglądać kolejne sezony.

Polak potrafi

Przed igrzyskami Zbigniew Bródka wraz z czworgiem innych sportowców zbierał pieniądze na przygotowania olimpijskie.

Udało się uzyskać zakładaną kwotę – 20 tysięcy złotych.

Złożyły się na nią wpłaty 239 osób. W zamian sponsorzy mogli liczyć na zdjęcia z dedykacją, koszulki i kalendarze. Na osobisty dwugodzinny trening za tysiąc złotych nie zdecydował się nikt, jednak dziesięć osób wpłaciło co najmniej sto złotych w zamian za trening grupowy. Niedawno odebrały swoją nagrodę. – Z częścią osób, które wykupiły lekcje ze sportowcami, spotkaliśmy się przed świętami w Zakopanem – mówi Bródka. – Nie wszystkim pasowało miejsce lub termin, dlatego zaprosiliśmy także wychowanków z domów dziecka. Cieszę się, że i oni mieli trochę radości, mogli się poruszać i spędzić z nami czas.