W 1724 r. wydana została w Londynie książka „Dzieje rabunków i mordów popełnionych przez najsłynniejszych piratów". Jej autorem był niejaki kapitan Charles Johnson, o którym wiadomo niewiele. Amerykański językoznawca J.R. Moore uznał w 1939 r., że był to prawdopodobnie pseudonim literacki Daniela Defoe, tego samego pisarza, który w 1719 r. napisał niezapomnianą powieść podróżniczo-przygodową „Dziwne przypadki Robinsona Cruzoe". Książka Charlesa Johnsona była jednym z najbardziej wiarygodnych i wyczerpujących źródeł wiedzy o piratach. Wzbudziła ogromne zainteresowanie i rozpaliła wyobraźnię młodego pokolenia poddanych króla Jerzego I. Jeden z rozdziałów był poświęcony dobrze urodzonemu korsarzowi kapitanowi Williamowi Kiddowi, który w wyniku niefortunnego konfliktu z Kompanią Wschodnioindyjską został piratem.

William Kidd urodził się prawdopodobnie w 1645 r. w szkockim porcie Greenock nad zatoką Firth of Clyde. Jego ojciec był prezbiteriańskim pastorem, ale nie zdążył przekazać synowi swoich surowych zasad moralnych. Zmarł, kiedy syn miał pięć lat. Rodzina Kidda popadła w ogromne długi, a chłopak nie miał innego wyjścia, jak zaciągnąć się na statek. Wkrótce został marynarzem na korsarskim okręcie „Blessed William", którego załoga na królewskie zlecenie napadała na statki handlowe innych państw, kursujące przy wybrzeżach należącej do Francji wyspy Marie Galante w archipelagu Wysp Zawietrznych. Kidd awansował wkrótce na kapitana statku. Po walkach z pięcioma francuskimi okrętami wojennymi i rozlicznych przygodach załoga „Blessed William" postanowiła porzucić korsarstwo i rozpocząć żywot piracki. W lutym 1690 r. podczas postoju w porcie Falmouth na Antigui marynarze przejęli statek i zostawili swojego kapitana na brzegu jednej z pobliskich wysp. Kidd przeżył dzięki pomocy gubernatora wyspy Nevis, który był mu wdzięczny za wygonienie okrętów francuskich z okolicznych wód.

W 1691 r. William Kidd postanowił osiąść w niewielkim wówczas porcie Nowy Jork na wschodnim brzegu Ameryki Północnej. Tam wziął ślub z 20-letnią wdową Sarą Bradley Cox Oort, z którą miał później dwie córki: Elizabeth i Sarę. Na lądzie wytrzymał zaledwie cztery lata. Jak każdy człowiek morza czuł palącą potrzebę powrotu na własny statek. Dzięki wsparciu lorda Bellemonta, członka brytyjskiego parlamentu i nowo mianowanego gubernatora Massachusetts Bay, otrzymał w 1695 r. list kaperski z Londynu. Dzisiaj może to zdumiewać, ale pod koniec XVII wieku rabunek na morzu był zalegalizowaną formą walki z konkurencją handlową obcych potęg, a że Anglia była niemal nieustannie w stanie wojny z Francją, korsarz Kidd miał oficjalne pozwolenie na napadanie statków pływających pod francuską banderą. Zgody na działalność kaperską udzielił mu sam król William III, pod warunkiem wszakże, że 10 proc. łupu trafi do skarbca królewskiego.

Kidd, wraz ze swoim wspólnikiem Livingstonem, kupił wyposażony w 34 działa statek o wyporności 287 ton, któremu nadał nazwę „Adventure Galley". Faktycznie był to okręt stworzony do przygody. Mieścił 150-osobową załogę i był wyposażony w wiosła, dzięki czemu mógł bez przeszkód przemieszczać się w czasie ciszy morskiej. 27 stycznia 1697 r. „Adventure Galley" rzucił kotwicę w Tuléar przy zachodnim brzegu Madagaskaru. Tu zgodnie z listami kaperskimi kapitan William Kidd mógł rozpocząć „polowanie" na francuskie statki handlowe. Niestety, akwen okazał się nieuczęszczany przez francuską żeglugę. Kidd nakazał załodze płynąć w kierunku wyspy Mohéli w archipelagu Komorów, ale jedyne, na co tam trafił, to epidemia jakiejś choroby tropikalnej, na którą zmarło aż 30 marynarzy z jego 90-osobowej załogi. Tutaj także nie pojawił się żaden statek francuski. Oznaczało to, że kapitan nie ma pieniędzy dla swojej załogi. Kontrakt kaperski przewidywał bowiem, że „nie ma zdobyczy, nie ma zapłaty".

Kidd musiał szybko działać, ponieważ załoga zaczęła grozić buntem. Stary żeglarz wiedział doskonale, jak kończy kapitan, który nie dotrzymuje słowa. Postanowił więc złamać umowę zawartą z królem i skierował swój okręt ku Morzu Czerwonemu. Tu po drodze trafił na indyjskie statki handlowe, których z początku nie atakował. Jednak widząc wzburzenie wśród swoich marynarzy, podjął 11 sierpnia 1697 r. fatalną w skutkach decyzję o zaatakowaniu i ograbieniu flotylli indyjskich statków, które – jak się później okazało – były eskortowane przez trzy okręty wynajęte przez Kompanię Wschodnioindyjską. Jednym z nich był uzbrojony w 36 dział okręt „Sceptre", dowodzony przez kapitana Edwarda Barlowa, mianowanego na to stanowisko zaledwie kilka dni wcześniej, po śmierci poprzedniego kapitana. Barlow był znakomitym żeglarzem. Dostrzegł podążający za nim okręt, który miał wciągniętą na maszt czerwoną flagę. Nie była to bandera brytyjska, ale oznakowanie, że okręt ten ma wyższą rangę w konwoju. Podstęp kapitana Kidda się nie udał. Barlow nie ryzykował wciągnięcia w pułapkę i nakazał oddać strzał ostrzegawczy, który nie tylko nie zraził Kidda, ale wręcz zachęcił go do ataku na jeden z najmniejszych statków konwoju. Barlow natychmiast zawrócił i rozpoczął ostrzeliwanie „Adventure Galley". Zdając sobie sprawę, że nie jest w stanie pokonać okrętu królewskiego, Kidd niezwłocznie odpłynął.

Nie wolno liczyć na łaskę królów

Kapitan Kidd znalazł się teraz w beznadziejnej sytuacji. Zagrożony buntem załogi podjął w pobliżu Wybrzeża Malabarskiego pościg za brytyjskim statkiem handlowym „Mary", który płynął do Bombaju. Po udanym abordażu kazał aresztować kapitana Thomasa Parkera oraz poddać jego załogę wyjątkowo okrutnym torturom, aby dowiedzieć się, gdzie ukryto kosztowności. W ten oto sposób królewski korsarz stał się piratem i renegatem. Na statku „Mary" nie znaleziono ani złota, ani srebra, ale dla Kidda o wiele większą wartość miała znajomość indyjskiego wybrzeża przez Parkera. Pozwolił więc jego okaleczonej załodze odpłynąć w szalupach, a Parkera zabrał ze sobą i uczynił przymusowym pilotem na „Adventure Galley". Załoga „Mary" dotarła do Bombaju, gdzie zameldowała portugalskim władzom miasta, że William Kidd dopuścił się aktu piractwa. O jego haniebnym czynie został też powiadomiony sir John Gayer, przedstawiciel Kompanii Wschodnioindyjskiej w Bombaju. Od teraz Kidd był najbardziej poszukiwanym człowiekiem na wodach Oceanu Indyjskiego. Z myśliwego zamienił się w zwierzynę łowną, która uciekała przed okrętami kompanii.

Brak obiecywanych łupów, świeżej wody pitnej i żywności spowodował, że na pokładzie „Adventure Galley" co chwila dochodziło do awantur. Najgorsza okazała się kłótnia samego kapitana z artylerzystą Williamem Moore'em. W pewnym momencie rozwścieczony Kidd uderzył swojego podwładnego w głowę okutym w żelazo drewnianym wiadrem. Mężczyzna padł na ziemię z pękniętą czaszką i zmarł w strasznej agonii kilka godzin później.

Mimo niechęci do kapitana załoga pozostała mu wierna. Los uśmiechnął się do nich 30 stycznia 1698 r., kiedy w pobliżu Wybrzeża Malabarskiego zajęli należący do ormiańskiego armatora Kodżi Baby 400-tonowy statek handlowy „Quedagh Merchant", dowodzony przez angielskiego kapitana Johna Wrighta. Piratom wpadł w ręce cenny ładunek opium, jedwabiu, muślinu, cukru, żelaza, perkalu, a także złota i srebra. Zrabowany towar trzeba było jednak sprzedać, a to oznaczało konieczność zawinięcia do któregoś z silnie bronionych portów. Kiddowi udało się wprowadzić „Quedagh Merchant" do portu Kalliquilon, gdzie część towaru sprzedał za całkiem sporą kwotę 7 tys. funtów.

1 kwietnia 1698 r. powrócił na Madagaskar. Tu niespodziewanie spotkał starego wroga, pirata Roberta Culliforda, który niegdyś ukradł mu statek, a jego zostawił na brzegu jednej z karaibskich wysp. Culliford był teraz kapitanem okrętu „Mocha". Kidd wydał załodze rozkaz ataku na „Mochę", ale większość jego ludzi się zbuntowała i przeszła na stronę piratów. William Kidd wraz z 13 marynarzami salwował się ucieczką na pokładzie skradzionego statku „Quedagh Merchant", który został przemianowany na „Adventure Prize". W drodze na Karaiby dowiedział się, że uznano go za pirata i wystawiono za nim listy gończe. Był tym tak wstrząśnięty, że zaraz po przybyciu do wybrzeży Ameryki Północnej wynajął prawnika i udał się do Bostonu, aby negocjować gwarancje bezpieczeństwa dla siebie i załogi.

6 lipca 1699 r. został aresztowany wraz ze swoimi kompanami i osadzony w więzieniu Stone Prison. Stamtąd odesłano go do Londynu, gdzie 8 maja 1701 r. rozpoczął się jego proces przed sądem Admiralicji Królewskiej. Po zaledwie dwóch tygodniach został skazany na śmierć za uprawianie piractwa i zamordowanie Williama Moore'a. Mimo że wysłał kilka listów do pary królewskiej z prośbą o łaskę, odpowiedzi nie otrzymał. 23 maja 1701 r. zawisł na szubienicy w tzw. Execution Dock w londyńskiej dzielnicy Wapping. Podobno za pierwszym razem lina pękła i skazaniec przeżył. Mimo starej tradycji, że taki wypadek uznaje się za wolę samego Boga, nie zdecydowano się na akt łaski. Kiedy po raz drugi założono mu sznur na szyję, kat zadbał, aby lina się nie urwała. Zwłoki Williama Kidda przywiązano do słupa na nabrzeżu, gdzie docierały przypływy. Kiedy woda obmyła je trzykrotnie, zamknięto je w żelaznej klatce i zawieszono w Tibury Point u wjazdu do portu, aby marynarze widzieli, co grozi za piractwo. Ta demonstracja okazała się jednak fatalna w skutkach. Teraz już wszyscy wiedzieli, że będąc piratem, nie należy liczyć na łaskę Korony. Lepiej było zginąć, niż wierzyć w sprawiedliwość królewską. Od tej pory piraci stali się nie tylko wrogami kompanii handlowych, ale także monarchii, która była dla nich uosobieniem despotyzmu i niesprawiedliwości.

Czarnobrody: demon Morza Karaibskiego

Historia kapitana Kidda nauczyła innych piratów, że z ludźmi króla nie wchodzi się w żadne układy, ale należy ich zabijać i grabić. Na wodach Atlantyku nie było zaś większego wroga korony niż Edward Teach, nazywany Czarnobrodym. Przydomek ten zawdzięczał nadzwyczaj długiej, smoliście czarnej brodzie, gęsto porastającej twarz aż po oczy, zaplatanej w warkoczyki z kolorowymi wstążkami. To chyba jedyny sławny pirat, który stał się czarnym bohaterem niezliczonej liczby filmów, w tym także serii „Piraci z Karaibów".

Czarnobrody miał niebywałe wyczucie aktorskie. Swoimi dziwnymi zwyczajami podtrzymywał legendę o własnej niezwykłości. Był uwielbiany przez piratów i znienawidzony przez wszystkich marynarzy pływających pod banderami państwowymi. Kiedy dokonywał abordażu, miał dziwny zwyczaj umieszczania pod kapeluszem zwoju wolno tlącego się lontu, nasączonego mieszaniną saletry i mleka wapiennego. Dzięki temu pojawiał się przed swoimi ofiarami w spektakularnym obłoku ciemnego dymu. Musiało to robić piorunujące wrażenie na załogach napadanych statków. Mimo że długa czarna broda dodawała mu powagi, wieku i grozy, nie był człowiekiem starym. W chwili śmierci miał prawdopodobnie 35 lat, co by oznaczało, że urodził się w 1680 r. Wspomniany wcześniej kapitan Charles Johnson napisał w swojej książce, że Edward Teach „pod koniec wojny francuskiej pływał na statkach korsarskich w okolicach Jamajki; jednak, mimo iż wyróżniał się nadzwyczajną zuchwałością i odwagą, nigdy nie powierzono mu dowództwa; stało się tak dopiero wtedy, kiedy został piratem".

Teach zawędrował do Indii Zachodnich (na Karaiby) wiedziony głodem przygody i rozboju. Te wyspy były schronieniem dla łajdaków, renegatów i rzezimieszków wszelkiego autoramentu. Tam w 1640 r. powstało owiane złą sławą Bractwo Wybrzeża. Każdy, kto chciał do niego wstąpić, musiał złożyć uroczystą przysięgę, że będzie przestrzegał prawa wybrzeża. Ten surowy kodeks piracki regulował relacje między piratami. Dzięki temu nie napadali na siebie wzajemnie, wspierali się w walce i tworzyli coś na wzór republiki pirackiej, której centrum była do 1716 r. wyspa Providence w archipelagu Bahamy. Tamtejszy port Nassau mógł pomieścić aż 500 pirackich statków. Członkowie Bractwa Wybrzeża byli zobowiązani, aby przed każdym rejsem wziąć udział w naradzie, na której omawiano logistykę działań, miejsca zaopatrzenia, kierunek wyprawy czy doniesienia szpiegów wskazujące, jaki statek i z jakim towarem będzie płynął określoną trasą. Wszystko było precyzyjnie skodyfikowane, a za złamanie tych zasad groziły surowe kary. Podczas narad ustalano ścisły podział łupów. Kapitanowie zarabiali najwięcej, ale na drugim miejscu najlepiej opłacani byli cieśle okrętowi i chirurdzy, których usługi cieszyły się wielkim poważaniem. Dobry cieśla i lekarz byli w tym pirackim raju na wagę złota i brylantów. Kodeks przewidywał też odszkodowania dla marynarzy w zależności od uszczerbku, jaki ponieśli podczas misji. Na przykład za utratę prawego ramienia płacono 600 dolarów albo sześciu niewolników, za lewe ramię 500 dolarów lub pięciu niewolników. Nogi były wyceniane niżej – 400 dolarów lub czterech niewolników. Za oko lub każdy z palców u stóp pirat mógł dostać 100 dolarów lub jednego niewolnika. Taki system odszkodowań był kompletnie nieznany w marynarce królewskiej czy wśród załóg Kompanii Wschodnioindyjskiej. Można więc powiedzieć, że karaibscy piraci jako pierwsi na świecie stworzyli system ubezpieczeń społecznych i odszkodowań za „ciężkie warunki pracy". Kapitanowie mieli też za zadanie stworzenie własnej bandery, którą nazywano Jolly Roger. Jej elementem graficznym była zazwyczaj czaszka, piszczele, kościotrup czy wisielec na czarnym tle. Niestety, etymologia tej nazwy jest spowita mgłą tajemnicy, choć wiemy, że Charles Johnson dowiedział się o niej od pirata Bartholomew Robertsa.

Piracka kariera Edwarda Teacha rozpoczęła się właśnie na wyspie Providence. Tam poznał kapitana Benjamina Hornigolda, który przyjął go do swojej załogi, a poznawszy się na jego talentach żeglarskich i dowódczych, uczynił Teacha swoim protegowanym. W 1716 r. zdobyli slup – niewielką, jednomasztową jednostkę o skośnym żaglu, zdolną pomieścić 75-osobową załogę i 14 dział. Hornigold podarował ją Teachowi, który wówczas jeszcze nie nosił swojej słynnej czarnej brody. Zapuścił ją dopiero po bitwie morskiej z okrętem królewskim „Scarborough". Teach wiedział, że jego ponura legenda jest równie groźna jak prawdziwe okrucieństwo. Pod względem znajomości wojny psychologicznej zdecydowanie wyprzedzał swoją epokę. Broda stała się częścią wizerunku, który przerażał mieszkańców obu Ameryk. Dopełnieniem tego groźnego wyglądu były pistolety wiszące w kaburach jak na bandolierze. Jego wygląd paraliżował przeciwników. Czarnobrody wiedział o tym doskonale, rozsyłał więc swoich marynarzy do karaibskich i amerykańskich portów, żeby rozsiewali przerażające wieści o jego okrucieństwie i nadnaturalnych zdolnościach. Złowrogi mit krążący po tawernach był równie skuteczną bronią jak działa ustawione na okrętach. Charles Johnson pisał, że „oczy Czarnobrodego były dzikie i straszne, a wszystko to razem czyniło z niego postać bardziej przerażającą od najgorszej bestii piekielnej".

W 1718 r. Czarnobrody dowodził już flotyllą czterech okrętów z 60 działami i 400 ludźmi. Zgromadził nieodnaleziony do dzisiaj skarb o olbrzymiej wartości 350 tys. funtów brytyjskich. W szczytowym momencie kariery sam uwierzył we własną legendę i był przekonany, że jest niepokonany, a może nawet nieśmiertelny. Jego wrogowie też w to wierzyli aż do dnia potyczki z dwoma okrętami dowodzonymi przez angielskiego porucznika Roberta Maynarda, działającego na polecenie gubernatora Wirginii Aleksandra Spotswooda. Kiedy doszło do walki na pokładzie królewskiego okrętu, Czarnobrody otrzymał pięć postrzałów w klatkę piersiową i co najmniej 20 ran ciętych. Mimo to nadal dzielnie się bronił, jakby zadane rany nie czyniły mu krzywdy. Dopiero cięcie przez kark, które oddzieliło głowę od ciała, ostatecznie odebrało mu życie.

Jeszcze wiele lat po śmierci Czarnobrodego krążyły wśród marynarzy opowieści, że kiedy jego bezgłowe zwłoki zostały wyrzucone za burtę, trzykrotnie okrążyły statek, zanim utonęły. Maynard powiesił głowę Czarnobrodego na bukszprycie. Kilka tygodni później rząd brytyjski z dumą ogłosił, że drugiego obok Williama Kidda największego pirata w historii spotkała zasłużona kara i tak skończy każdy, kto zadziera z marynarką królewską.

Regulamin pokładowy kapitana Rogersa

Filmy o piratach ukazują ich jako wiecznie pijanych, nieustannie ucztujących, brudnych, wulgarnych typów, którym obce jest słowo „dyscyplina". To całkowicie fałszywy wizerunek. Charles Johnson podkreśla w swoim dziele, że na statkach pirackich panowała większa dyscyplina niż na okrętach królewskiej marynarki wojennej. Jeden z najsłynniejszych piratów, Bartholomew Roberts, o którym Johnson pisał, że prezentował się wielce nadobnie i zawsze był elegancko odziany w strojną kamizelę ze szkarłatnego adamaszku i takież spodnie oraz kapelusz z czerwonym piórem, wymagał od swoich załogantów porządku i higieny. Podczas jednego z rejsów wpadł nawet na pomysł wprowadzenia na statku pisemnego regulaminu, który był bardzo postępowy jak na początek XVIII wieku. W punkcie pierwszym kapitan Roberts ustanowił, że „każdy członek kompanii posiada prawo głosu w sprawach bieżących; ma równe prawo do świeżego prowiantu i mocnych trunków oraz do korzystania z nich wedle swej woli, dopóki ich niedostatek nie uczyni koniecznym racjonowania dla wspólnego dobra". Piraci stanowili więc kompanię braci skazanych na wzajemną pomoc w dobrych i złych czasach. Ale kto raz wstąpił w ich szeregi, nie miał szansy na powrót do świata ludzi uczciwych. Dezerterów piraci karali śmiercią, a tych, co nie dzielili się równo łupem, porzucano na bezludnej wyspie, pozwalając im czasami zatrzymać muszkiet z jedną kulą.

Roberts nakazał też, aby marynarze systematycznie zmieniali odzienie i często się myli. Wprowadził zakaz gry w karty lub kości za pieniądze. Wymagał, aby o ósmej wieczorem lampy i świece były gaszone, a część załogi, która nie pełniła służby, miała się karnie kłaść spać. Za złamanie kodeksu winnych wyrzucano za burtę lub stosowano tzw. prawo Mojżesza – 39 uderzeń batem. Co prawda, regulaminowa próba ukrócenia „zgubnego nałogu pijaństwa" jako jedyna zakończyła się niepowodzeniem, ale za to w sprawach obyczajowych piracki kapitan był szczególnie surowy. Zakazywał wprowadzania na pokład niewiast lub chłopców, a kto ten zakaz złamał lub dla celów lubieżnych przemycił niewiastę przebraną za mężczyznę, był karany śmiercią. Wbrew plotkom o tym, że piraci byli urodzonymi gwałcicielami, regulamin Robertsa nakazywał – podobnie jak kodeksy obowiązujące na innych statkach – aby kobiecie wykrytej na pokładzie wyznaczyć strażnika, który strzegłby jej godności. Zadanie to powierzano najczęściej największemu osiłkowi i brutalowi. Jak to jednak w życiu bywa, strzegł on cnoty niewieściej, nie dopuszczając do niej nikogo oprócz siebie samego.

Piękne bestie

Piraci uważali, że kobieta na statku przynosi pecha. Jednak wśród pirackich załóg nie tylko zdarzały się niewiasty, ale w dodatku były one kapitanami. W 1576 r. namiestnik Irlandii sir Henry Sidney pisał w liście do swoich przełożonych w Londynie: „Przyszła do mnie pewna niewiasta, która jest kapitanem i zwana jest Granny Imallye, i zaoferowała mi swoje usługi, gdziekolwiek każę się jej udać, wraz z trzema galerami i dwiema setkami zbrojnych, czy to do Szkocji, czy w Irlandii. Przyprowadziła ze sobą swego małżonka, z którym się nie rozstawała ni na morzu, ni na lądzie. (...) Niewiasta owa była dobrze znana na całym irlandzkim wybrzeżu".

Irlandzka piratka Grace O'Malley była odbierana przez jej współczesnych jako absolutne kuriozum. Dzisiaj jednak już wiemy, że na przestrzeni stuleci było wiele kobiet piratów, choć tylko kilka zostało zapamiętanych przez potomnych. Wśród nich najsłynniejsze były trzy: Cheng I Sao, Anne Bonny i jej przyjaciółka Mary Read. Ach, cóż to były za kobiety – prawdziwe modliszki w ludzkiej skórze. Nie wiadomo, czy mężczyzna powinien o takich marzyć, czy się modlić, aby nigdy ich nie spotkać.

Pierwsza z nich, chińska królowa piratów Cheng I Sao, była okrutniejsza od najokrutniejszych mężczyzn. Przyszła na świat w 1775 r. gdzieś w południowych Chinach. Już jako dziecko została sprzedana do jednego z domów publicznych w portowej części Kantonu. W 1801 r. uprowadził ją pirat Cheng I, dowódca potężnej Floty Czerwonej Bandery, liczącej aż 200 pirackich okrętów, na których służyło ok. 40 tys. ludzi. To było piractwo o prawdziwie chińskich proporcjach – bandycka flota był tak liczna, że całkowicie wyparła marynarkę cesarską z chińskiego wybrzeża. Wkrótce Sao została kochanką Chenga i zaczęła wpływać na jego decyzje. Po śmierci Chenga przejęła władzę i zwiększyła swoją flotę do 1500 okrętów. Dobra passa królowej piratów trwała do 1810 r., kiedy w wyniku podziału jej kapitanów na różne obozy chińskie imperium pirackie się rozpadło. Ona sama skorzystała z cesarskiej amnestii i przeniosła się na ląd, gdzie została właścicielką kasyna w Kantonie.

Cheng I Sao była bez wątpienia niezwykłą osobą. Kobieta, która panowała żelazną ręką nad dziesiątkami tysięcy przestępców, powinna wzbudzać podziw. Żadna inna piratka nie mogła się z nią równać. Nie zmienia to jednak faktu, że były wśród nich naprawdę niezwykłe osobowości. Szczególnie wyróżniły się dwie: Mary Read i Anne Bonny. Obie piękne piekielnice. O tej drugiej Charles Johnson pisał, że „była nieustraszona, lecz gwałtownego usposobienia, stąd też, kiedy została osądzona, opowiadano o niej rozmaite historie, częstokroć ją oczerniając". Jej proces, który odbył się 28 listopada 1720 r. w St. Jago de la Vega (obecnie Spanish Town) na Jamajce, był jedną z najbardziej niezwykłych rozpraw przeciw piratom. Przed sędzią stanęła piękna kobieta, której zarzucano wyjątkowo ohydne zbrodnie. Kapitan A.G. Course tak ją opisał: „Była pięknym dziewczęciem, wysokim, o kształtnej figurze, włosy miała złotorudawe, oczy zaś zielonobrązowe, a wszystko razem nader ponętne". Biedny był jednak nieszczęśnik, który wpadł w ręce tej modliszki. Podobnie jak Mary Read, zanim dobiła nożem lub rapierem swoją ofiarę, miała zwyczaj pokazywać piersi pokonanemu wrogowi, bynajmniej nie dla jego przyjemności, ale aby upokorzyć go do końca faktem, że ginie z ręki niewiasty.

Najbardziej intrygujące w historii obu kobiet jest to, jak trudną drogę musiały przejść, aby zostać piratami. Obie, choć nadzwyczajnej urody, musiały wmieszać się w załogę jako mężczyźni. Było to bardzo trudne, bo – jak opisywał kapitan Course – członkowie załóg „żyli i spali na międzypokładziu, myli się, polewając wodą z wiader, stojąc nago na pokładzie. (...) Na pokładzie nie było wychodków, choć Mary Read (podająca się za Marka Reada) twierdziła, że nauczyła się powstrzymywać naturalną potrzebę do czasu, kiedy mogła jej ulżyć na osobności. Nie było jednak w tym celu kabin ani innych pomieszczeń. Jako wychodka używano otwartej przestrzeni po obu stronach dziobu, w miejscu, gdzie bukszpryt przechodził w forkasztel". Innymi słowy, każdy załatwiający potrzebę na relingu był widoczny z forkasztelu. Jakim cudem Mary Read i dziewczęcej urody Anne Bonny zdołały przetrwać na statku pełnym rozpalonych mężczyzn? Być może to właśnie owo osławione okrucieństwo wzbudzało respekt ich kompanów. Te kobiety musiały demonstrować brutalność, żeby przetrwać.

Czy były przez to nietykalne? Tego nie wiemy. Pewne jest, że Anne Bonny uniknęła kary śmierci tylko dlatego, że była w ciąży. Uwolniono ją po wpłaceniu kaucji przez ojca dziecka. O jej dalszych losach wiemy niewiele, choć się przypuszcza, że wyszła za niejakiego Josepha Burleigha, któremu podobno urodziła ośmioro dzieci i przykładnie prowadziła gospodarstwo domowe. Mary Read także uniknęła stryczka ze względu na ciążę. Brytyjskie sądy były surowe, ale nie skazywały na śmierć ciężarnych. Jednak w przeciwieństwie do Anne Bonny historia Mary Read nie zakończyła się szczęśliwie. Kilka miesięcy po procesie piratka zaraziła się prawdopodobnie malarią i zmarła w więzieniu.