Zaakceptowanie naszego KPO przez Brukselę to sukces, bo się w ogóle udało? Czy porażka, bo jednak trwało to rok?

Oczywiście, że sukces! Ryzyko, że w ogóle nie dojdzie do porozumienia z Komisją Europejską było naprawdę realne. Warunki wstępne KE były nie do przyjęcia.

Skąd te obawy? Z tego że w Polsce nie przestrzega się zasad praworządności?

W Polsce jest praworządność! Ale rzeczywiście na początku Komisja chciała nam „urządzać” wymiar sprawiedliwości bardzo szeroko, co sprawiło, że na początku negocjacji byliśmy na bardzo odległych pozycjach. Długo w ogóle nie rozmawialiśmy na ten temat, w końcu udało się nam doprowadzić do dialogu, a na koniec do tego, że wymagana przez Brukselą reforma wymiaru sprawiedliwości, jako zapisany w KPO kamień milowy, sprowadza się do realizacji orzeczeń TSUE z lipca zeszłego roku, od których uchylenie byłoby bardzo trudne, które i tak musieliśmy wykonać i nic ponad to. To jest nasz sukces.

Mowa o trzech warunkach postawionych przez KE, w tym likwidacji Izby Dyscyplinarnej i przywróceniu do pracy zwolnionych sędziów? Dlaczego nie rozmawialiście tak długo?

To trudny temat. Z jednej strony wymiar sprawiedliwości nie jest zharmonizowany na forum UE. Każdy kraj członkowski może go modelować na własny sposób, więc wcale nie jest oczywiste, że każdy musi jeździć do Brukseli i się spowiadać z takiej czy innej reformy. Z drugiej strony są pewne generalne klauzule, które pozwalają organom unijnym w pewien sposób przyglądać się zmianom w wymiarze sprawiedliwości, co oczywiście respektujemy. Natomiast w mojej ocenie potrzebne jest komunikowanie tego co robimy, bo jeśli brakowało naszej narracji, to pojawiała się inna, często kłamliwa. Musieliśmy się jej przeciwstawiać i myślę, że koniec końców KE była bardzo rozczarowana. Jednak nie polskim rządem tylko rozdźwiękiem pomiędzy rzeczywistością, a obrazem jaki zbudowała sobie na podstawie nieprawdziwych opowieści opozycji, że w Polsce pozbawia się sędziów urzędów bez podstaw, aresztuje w nocy, wsadza do więzienia, itp.

Teraz opozycja ostrzega, że zaakceptowanie KPO wcale nie oznacza, że będę nam wypłacane pieniądze, bo za każdym razem Komisja będzie patrzeć na wymóg praworządności.

Wypłaty z KPO będą realizowane zgodnie z rozporządzeniem o stworzeniu Funduszu Odbudowy i tym co jest zapisane w KPO. Rozumiem, że opozycja życzyłaby sobie, by nie było żadnych płatności, by Polska nie dostała tych pieniędzy, tylko po to, by wytykać, że rząd jest skonfliktowany z UE, że łamiemy prawo, itp. Najgorszym snem dla opozycji jest to, że my te środki faktycznie uruchamiamy z korzyścią dla Polski i Polaków. Ten sen się sprawdza, opozycja musi sobie teraz znaleźć inny temat do budowania ofensywnej narracji, szkalowania rządu.

Co z upolitycznioną Krajową Radą Sądownictwa?

Jak już powiedziałem, realizujemy orzeczenia TSUE i to koniec. KRS jest organem instytucyjnym wybranym transparentnie z udziałem parlamentu.

Czyli problem praworządności w Polsce mamy już zamknięty?

Wypłata pieniędzy z KPO jest uzależniona od spełniania reform zapisanych w tzw. kamieniach milowych. Trzy z tych kamieni dotyczą wymiaru sprawiedliwości. Jeśli w czerwcu zamkniemy sprawę ustaw regulujących te kwestie, później nie będzie już żadnej dyskusji o praworządności.

A zdążymy wydać te pieniądze zgodnie z terminami, bo połowę trzeba wydać do końca 2023 r., a całość do końca 2026 r.?

To oczywiście wielkie wyzwanie, ale moim zdaniem możliwe do osiągnięcia. Proszę pamiętać, prace zarówno nad reformami jak i inwestycjami w KPO już trwają. W zasadzie każde ministerstwo, które zadeklarowało zmiany legislacyjne i konkretne projekty, wdraża je już od roku. W sensie wykonawczym tych inwestycji jeszcze nie widzimy, bo to wymaga długiego procesu przygotowawczego, ale najbardziej zaawansowane, w sensie np. rozpisywania przetargów, są projekty kolejowe. Gotowa jest już też nowelizacja przepisów dotyczących programu Maluch+,  a w moim resorcie przygotowujemy się razem z BGK m.in. do uruchomienia programu budowy mieszkań niskoemisyjnych. Każdy resort pracuje w swoim „ogródku”.

Te projekty są na tyle zaawansowane, byśmy mogli liczyć na 4,2 mld euro z KPO jeszcze w tym roku, jak obiecuje resort funduszy i rozwoju regionalnego?

Tu trzeba podkreślić, że płatności z KPO są za kolejne kamienie milowe, które są konkretnymi reformami. Do tych reform są przypisane wskaźniki dotyczące inwestycji, ale postępy w tych inwestycjach nie wpływają na płatności. To jest dokładnie inne podejście niż w przypadku „zwykłych” środków europejskich. Możemy więc dostać w tym roku 4,2 mld euro, ale nie musi to być zwrot poniesionych już wydatków.

Jeśli chodzi o treść kamieni milowych, to w toku negocjacji pojawiły się zaskakujące zapisy, takie jak oskładkowanie umów cywilnoprawnych.

To nie powinno być żadnym zaskoczeniem. Przecież KPO to nie jest zbiór wymyślanych naprędce czy narzuconych nam z zewnątrz pomysłów, tylko reformy podejmowane w ramach zaplanowanej polityki krajowej i europejskiej w średnim terminie, przez poszczególne resorty.

Tyle, że część tych rozwiązań nie była konsultowana społecznie, a rząd zobowiązał się już do ich realizacji.

Na pewno będziemy dyskutować na ten temat. Założenia reform w KPO są bardzo ogólne  i kierunkowe, a to jak będę wykonane, szerzej, czy węziej, na pewno będzie przedmiotem konsultacji z partnerami społecznymi.

Kto będzie spłacać pożyczki z KPO? Ostateczni beneficjenci, czy budżet państwa?

Na około 11 mld euro pożyczek, o które aplikujemy z KPO, budżet państwa ma wziąć na siebie spłatę ok. 2,05 mld euro. To znaczy, że beneficjenci nie będą musieli zwracać tych pieniędzy, będą traktowane dla nich jako bezzwrotne granty. To jakie to będę konkretne projekty czy grupy odbiorców, określi ostatecznie zarządzenie ministra ds. funduszy i polityki regionalnej. Kierunkowo wskazywaliśmy, że ok. 1,7 mld euro z pożyczek, które miałyby być refinansowane z budżetu państwa, dotyczyć ma reformy rolnictwa, ale tutaj sprawą jest otwarta.

Cały kraj czeka na KPO, a kredytobiorcy na ustawę pomocową. Wakacje kredytowe zaczną się od lipca br.?

Zgodnie z zapowiedziami, zakładamy, że od lipca ustawa wejdzie w życie, i będzie możliwe skorzystanie z jednego z instrumentów – albo ulgi w spłacie raty, albo wakacji kredytowych.

Banki mówią o gigantycznych kosztach tych wakacji, nawet do 28 mld zł w ciągu dwóch lat.

Konstrukcja tych wakacji zakłada, że można przesunąć do czterech rat rocznie, w tym i przyszłym roku, na koniec okresu kredytowania i zapłacić wówczas ratę kapitałową i takie odsetki, jakie były w harmonogramie płatności. Koszt dla banków polega na tym, że przenosimy w czasie powiedzmy 1000 zł kapitału i przez cały okres kredytowania nie płacimy od tego odsetek. Stąd wynikają miliardowe kwoty. Przy czym to szacunki przy założeniu, że z wakacji skorzysta bardzo dużo osób, o ile dobrze pamiętam ok. 700 tys. Natomiast my zakładamy, że będzie ok. 300-400 tys. chętnych.

Dlaczego tak szeroko podeszliście do pomocy kredytobiorcom? To powinny być działania selektywne, skierowane dla osób, które mają problemy finansowe, a nie dla wszystkich.

Dlaczego do wszystkich? Podczas pandemii z wakacji kredytowych skorzystało kilkadziesiąt tysięcy osób. Stosunkowo niewiele z 2,5 mln uprawnionych. Ludzie generalnie rzecz biorąc, nie chcą wydłużać okresu kredytowania, jeśli nie są zmuszeni, wręcz odwrotnie, starają się go skracać. Myślę, że teraz też będę podejmować racjonalne decyzje. Poza tym, my nie proponujemy umorzenia, tylko odroczenie płatności, więc nie skorzystają z tego krezusi, tylko ci, którzy mają taką potrzebę.

Jak jako minister gospodarki widzi pan drugą połowę roku? Wojna i sankcje przekładają się na naszą gospodarkę dosyć mocno. Widać to np. po szybujących cenach stali, drewna, gazu, i innych surowców importowanych czy to Rosji czy Ukrainy. Czy nad tym da się zapanować, czy tylko możemy płynąć z nurtem?

W ramach ogólnej globalnej gry rynkowej mamy ograniczone instrumenty, ale staramy się reagować w ramach naszych możliwości. Z tym, że trzeba podejmować działania odrębnie dla każdego z rynków. Przykładowo na rynku drzewnym, skoro jeden podmiot tj. Lasy Państwowe, ma pozycję monopolistyczną, to można starać się tak kształtować sprzedaż drewna, by mniej trafiało na eksport, a więcej na rynek krajowy.

Ze stalą jest trudniej.

Oczywiście, przy zablokowanym imporcie ze wschodu, jesteśmy niejako na łase i niełasce dużych koncernów produkujących stal w Polsce, które sprzedają swe towary tam, gdzie jest najdrożej, gdzie jest najwyższa cena. W efekcie mniej niż połowa produkcji jest sprzedawana w Polsce. Nakłaniamy największych producentów, w tym Accelor Mittal, aby to zmienić. Pan Premier wysłał list w tej sprawie i widoczna jest zmiana polityki sprzedażowej tych firm.

I jaka była odpowiedź na list?

Firma jest elastyczna i starała się tę politykę zmienić, ale miała przez pewien okres problem, bo sama nie wiedziała po jakiej cenie sprzedawać. I w tym przypadku absolutnie wyrażaliśmy sprzeciw wobec takiego zastoju na rynku, żeby zatrzymać produkcję, bo to by pociągnęło za sobą cały szereg konsekwencji. 24 lutego br. był kluczowy. To było uderzenie. Nikt wtedy nie wiedział czy towar, który posiada zdrożeje czy nie, za ile go sprzedawać, czy nie wstrzymać cennika. Tak było w przypadku wielu materiałów budowlanych. Doszło do zachowań spekulacyjnych. Część firm mając zapasy w magazynach przeczekiwała do początków marca, aby sprzedać drożej, bo przedsiębiorcy widzieli, że ich towar codziennie drożeje o 5 proc. Zatrzymywali więc sprzedaż. Takie prospekulacyjne zachowania doprowadziły do dużej zwyżki, ale to że u nas, w Polsce, podrożało wiele produktów to absolutnie pokłosie wojny. Cała Europa ma z tym do czynienia. Ostatnio była z wizytą u mnie niemiecka minister budownictwa (resort ten powołano tam po ostatnich wyborach do Bundestagu) i wskazała, że materiały budowlane podrożały w Niemczech rok do roku o 104 proc. przy 50 procentowym miksie energetycznym odnawialnych źródeł energii. A u nas podrożały one o 91 proc. Okazuje się, że tak się dzieje wszędzie. Taka jest rzeczywistość i szybko nie poradzimy sobie z tym, aby ceny powróciły do rozsądnych poziomów. Raczej można myśleć o utrzymaniu poziomu cen.

W kontekście rosnących cen materiałów i usług budowlanych pojawiają się obawy, że nie zrealizujemy inwestycji z KPO, jak i innych inwestycji publicznych? To co już zapisano się dezaktualizuje.

Być może pod kątem liczby inwestycji, szczególnie tych powtarzalnych jak np. stworzenie miejsc edukacyjnych dla dzieci do lat 3. I będzie to np. nie 70, a 60 tys. takich miejsc. Jestem w stanie to sobie wyobrazić, jak też i to, że KE zachowa się elastycznie. Przecież każdy kraj będzie miał te same problemy. Aktualnie Włosi po otrzymaniu zaliczki i pierwszej transzy środków z KPO nie mogą sobie poradzić z firmami wykonującymi ocieplenia. Wcześniej nikt tam nie ocieplał budynków, a teraz wszyscy chcą to robić. Rusztowania z Polski tam wyjeżdżają. Brakuje styropianu i wełny, bo wszystko trafia do Włoch. Dociepla się tam budynki, bo prąd zdrożał, a systemów ogrzewania tam nie było, co najwyżej piecyki na prąd. Teraz okazuje się, że wszystkie domy trzeba tam docieplić, więc też na pewno nie wykonają tylu prac ile zakładano jednostkowo. Rynek jest niewydolny, bo wcześniej tego rynku w ogóle tam nie było. Każdy z krajów ma swe problemy. One są różne, każdemu czegoś innego brakuje, ale wojna doprowadziła do podobnych sytuacji. Brakuje określonych towarów, firm wykonawczych, ceny się zmieniły. Myślę, że plany inwestycyjne trzeba będzie zrewidować i KE ma tego świadomość.

A jakie są prognozy resortu, który odpowiada przecież za gospodarkę, jeśli chodzi o koniunkturę? Obawiacie się recesji, stagflacji?

Jeżeli wszystkie prognozy, które znamy wskazują na minimum 3 proc. wzrostu PKB na koniec br. to trudno mówić o recesji. Na pewno więc nie recesja. Co do stagflacji to w raportach czytamy, że w IV, a nawet III kwartale br. nastąpi ustabilizowanie inflacji i później jej zniżka. Natomiast pamiętajmy, że to co się finalnie stanie jest nie do przewidzenia.

Mówimy o ustabilizowaniu się inflacji z 15 proc. w wakacje do 10 proc. w grudniu. To nie jest dobra sytuacja.

Oczywiście, że nie jest to sytuacja wymarzona. Niemniej jednak ceny będą się stabilizować, a później maleć. To proces. Ponadto, jesteśmy uzależnieni od tego co się będzie działo na Ukrainie, w tym od tego jak kolejne sankcje UE na Rosję będą wpływały na wspólny rynek. Ciężko to dziś przewidzieć, ale z danych, którymi dysponujemy dziś i z przewidywanych na teraz konsekwencji wojny możemy się spodziewać wzrostu PKB na plusie i stabilizacji inflacji w IV kwartale br.

A co z naszym eksportem na Wschód?

Mocno ograniczone możliwości eksportowe na Wschód to właściwie najmniejszy z problemów jaki się pojawił. Bardziej straciliśmy na tym, że nie mamy możliwości importowych. Z Rosją mieliśmy oczywiście ujemny bilans handlowy. Z eksportem nie ma problemu, bo popyt na wiele towarów  w Polsce wzrósł. Produkcja bardzo rośnie, w I kwartale br. o kilkanaście procent. Popyt wzrósł także dlatego, że ponad 3 mln osób przybyło do nas z Ukrainy. Uchodźcy kupują towary i usługi. Zapełniły się centra handlowe. Rośnie sprzedaż mebli, wyposażenia wnętrz, nie mówiąc już o artykułach spożywczych. Popyt wzrósł i towary, które były wysyłane na Wschód teraz są kupowane w kraju. Finalnie strata z powodu ograniczonego eksportu do Rosji i na Białoruś praktycznie się wyzerowała wewnętrznie.

A straty z tytułu przerwania importu?

Tu mamy problemy. Chodzi m.in. o drewno, węgiel używany do celów prywatnych, nie przez spółki. Troszkę na tym straciliśmy w sensie takim, że rynek był słabszy, podaż była słabsza, towarów było mniej, w tym np. stali. Stąd obecne jej ceny. Ciężko jednak w tej sytuacji kupować od Rosji. Za każdą ciężarówkę sprzedanego nam towaru Rosjanie mogą kupić sprzęt wojskowy, który użyją potem przeciw Ukraińcom. Mamy więc świadomość w jakim celu ograniczamy import z tych dwóch krajów.

I rzeczywiście będzie re-eksportować towary rolno-spożywcze z Ukrainy. Wiemy, że porozumienie jest, ale jak wygląda to w praktyce?

Oczywiście, że to się dzieje. Transporty są już na granicy. Dociera tam zboże i różne artykuły rolno-spożywcze np. olej. I one będą transportowane dalej. Prawdopodobnie jesteśmy u progu powstania nowego szlaku handlowego na północ patrząc od strony Ukrainy tzn. do naszych portów, ale też portów niemieckich i do Rygi. Sami nie jesteśmy w stanie wszystkiego przyjąć, ale szlak handlowy układa się na nowo.

I o jakim transporcie przede wszystkim mówimy?

O kolei. Mamy dwa przejścia kolejowe i idzie to tam pełną parą w synchronizacji, bo oczywiście nasze i ukraińskie koleje mają różny rozstaw torów. To spory problem, choć ostatnio padła bardzo ciekawa zapowiedź ze strony Ukrainy, że jest gotowa przejść z całym kolejnictwem na system europejski. Przy odbudowie kraju Ukraińcy będą starali się budować tory o takim rozstawie jak u nas. Jednak na teraz transport ten odbywa się w większości ciężarówkami, bo możliwości przewozu koleją są ograniczone. Pamiętajmy, że transporty cargo jeżdżą tymi samymi torami co pociągi pasażerskie. Nie mniej jednak sytuacja się zmienia i stajemy się hubem logistycznym. Część towarów z Ukrainy będzie magazynowana u nas w Polsce, blisko granicy, po czym przewożona na cały świat.

A co będzie jak wojna się skończy i porty ukraińskie zostaną odblokowane?

Osobiście uważam, że jeśli Rosji na czymkolwiek w tej wojnie zależy to w pierwszej kolejności na kontroli Morza Czarnego dla siebie i zablokowaniu dla Ukrainy. Na pewno dostęp do Morza Czarnego ma być jednym z sukcesów Rosji w wojnie. Życzę Ukrainie jak najlepiej, ale myślę, że odzyskanie dostępu do Morza Czarnego będzie mało możliwe. Sądzę, że Ukraińcy też są tego świadomi. Druga sprawa to oczywiście zajęcie Donbasu. W efekcie zanosi się na to, że nowy szlak będzie trwały. A nawet jeśli ponownie otworzy się szlak czarnomorski to nowy pozostanie i będzie alternatywny. W ogóle polsko-ukraińskie relacje gospodarcze otwieramy na nowo. Prawdopodobnie będzie to całkowicie nowe otwarcie. W naszej wymianie handlowej wolumeny skoczą radykalnie. Prawdopodobnie stanie się tak szybko po zakończeniu wojny.

A jak się to ma do szlaku kolejowego z Chin? Chińskie pociągi z towarami z Państwa Środka docierają do nas bez przeszkód?

Chińskie pociągi trafiają do nas bez dużych problemów, gdyż sankcje nie obejmują transportu/logistyki przez kraje tranzytowe, a tylko same produkty, import z Rosji i Białorusi. Poza tym Nowy Jedwabny Szlak ma kilka odnóg i jest drożny.

A do Chin nasze towary też mogą trafiać bez przeszkód, bo pociągi muszą przecież wrócić?

Tu się nic nie zmieniło, ale są ogromne przestoje w załadunkach przez Chiny, które aktualnie nie produkują i co za tym idzie nie dostarczają szeregu towarów, które dotychczas do nas wysyłały. To jest problem, bo chodzi o wyroby, które trafiały do całej Europy. Jeśli zaś wysyłka ma iść drogą morską to też jest problem, bo przykładowo w Szanghaju, a więc tamtejszym olbrzymim porcie trwa lockdown. Cierpi na tym np. cała branża motoryzacyjna.

W Polsce mamy wielu inwestorów z tej branży. Co oni i inni potencjalni inwestorzy mówią?

Zawsze są wątpliwości gdy w regionie rozpoczyna się wojna, ale na każdym kroku udowadniamy, że ta wojna dotyczy nas pośrednio i nie może inaczej ze względu na członkostwo Polski w NATO i UE. Mamy też u nas bazy wojskowe. To kompletnie inna sytuacja od tej, w której jest Ukraina. Parę dni temu podpisałem kilka decyzji o lokalizacji nowych inwestycji i o pomocy strategicznej dla dużych inwestorów. Inwestorzy z całego świata lokują u nas nadal swe inwestycje, w następnym tygodniu odbędę rozmowy z bardzo poważnymi inwestorami z Japonii. Chodzi o 3 tys. miejsc pracy. Jeśli więc Japonia nie widzi problemu to i cały świat nie powinien się obawiać. Mam więc nadzieję, że inwestorzy nas nie opuszczą.

Skoro mówimy o Japonii to będzie pan też rozmawiał o udziale Polski w Expo w Osace?

Tak. Rozpoczynamy przygotowania do Expo w Osace, ustalamy wstępne warunki. Planujemy absolutnie oryginalny i tematyczny dom Polski, ale na szczegóły jeszcze za wcześnie.

Co pokażemy na Expo w Osace?

Na razie trwają prace koncepcyjne. Dwa tygodnie temu Rada Ministrów podjęła decyzję o udziale Polski w tym wydarzeniu. Szukamy teraz bazy, aby przygotowywać nasz pawilon. Tam jest to trochę inaczej ułożone niż było to w Dubaju. Większość terenów jest wskazywana przez organizatora. To Japończycy będą w większości budować pawilony, bo tam nie ma tyle miejsca co w Dubaju. Chodzi też o względy bezpieczeństwa tych budynków. Budowa jest też droższa, a dla większości krajów do Japonii jest dalej niż do ZEA. Doglądamy więc naszych możliwości. Losujemy spośród tych ofert, które pozostały, bo niestety nie jesteśmy pierwsi, a raczej w końcówce stawki jeśli idzie o wybór terenu, gdyż uczestnictwo w Wystawie Światowej Expo 2025 w Osace zadeklarowało już ponad 100 krajów. Będziemy więc i w tej sprawie rozmawiać.

To podsumujmy jeszcze udział Polski w Expo w Dubaju?

Sukces. Nie mam najmniejszej wątpliwości. Nasz pawilon otrzymał dwie nagrody, zainteresowanie Polską było ogromne, a przedsiębiorcy zawierali tam realne kontrakty. Rozmawiałem ostatnio  z przedstawicielami firmy kosmetycznej, którzy mówili, że nie nadążają produkować odkąd zawarli  w Dubaju umowę na produkcję kosmetyków naturalnych. Okazał się to być niesamowicie chłonny rynek, a co ciekawe większość kosmetyków do paznokci używają w ZEA mężczyźni. Do nich trafia większość takich kosmetyków. Emiratczycy poznali Polskę, naszych producentów i absolutnie  w naszym kraju widzą potencjał do współpracy. Polska też bardzo otwarcie podeszła do Expo i Emiratów i stąd nieprawdopodobny sukces. Nasi przedsiębiorcy są bardzo zadowoleni i zaskoczeni łatwością zawierania kontraktów. W ZEA po prostu bardzo wielu towarów brakuje i jeśli czegoś tam nie ma to Emiratczycy kupują całość produkcji na pniu. Z tego punktu widzenia to bardzo ciekawy rynek.

Skoro w Dubaju odnieśliśmy taki sukces to zmian w kierownictwie PAIH nie będzie?

Jako minister nadzorujący tę Agencję nie słyszałem o takim pomyśle.

Wracając do Ukrainy. Jaki może być nasz udział w jej odbudowie?

Chcemy uczestniczyć w odbudowie Ukrainy. Musimy się do tego przygotować, traktować to jako nowy kierunek eksportowy, ale też jako zawiązanie ścisłych relacji gospodarczych z krajem, który po wojnie populacją będzie zbliżony do nas i kooperacja naszych dwóch państw może przynieść tylko pozytywne efekty. Liczymy na to, że wielu Ukraińców u nas zostanie co poprawi nasz rynek pracy. Przecież rok temu nasi rolnicy wyczekiwali pracowników z Ukrainy, bo obawiali się, że nie zbiorą sezonowych zbiorów. Czekamy też na ukraińskich kierowców, którzy jeździli w polskich firmach transportowych. Te ręce do pracy są naprawdę potrzebne, nie będzie również nam łatwo w wielu branżach i bez naszych sąsiadów sobie nie poradzimy. Musimy stworzyć przyjazne mechanizmy.

Natomiast co do samych inwestycji to jako kraj będziemy promować inwestycje prywatne polskiego kapitału. Oczywiście możemy pomagać, zachęcić spółki Skarbu Państwa, aby tam inwestowały, ale tak naprawdę musimy stworzyć warunki wejścia dla naszych firm. I to nasza rola, aby rzeczywiście to zrobić. Po pierwsze, będą na pewno obawy czy stabilność, która się na Ukrainie pojawi będzie na tyle trwała, aby można było tam zaryzykować i zainwestować. Bardzo potrzebne będą ubezpieczenia, gwarancje i asekuracja. Dzisiaj w zasadzie ubezpieczyciele wyłączyli z oferty transakcje z elementem ukraińskim tzn. towarowym czy geograficznym. Nikt nie chce tam ubezpieczać. Musimy więc stworzyć pakiet ubezpieczeń i gwarancji, zajmuje się tym Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (KUKE). Chcemy zwielokrotnić budżet Korporacji, aby możliwa była asekuracja naszego biznesu, który się tam pojawi.

Póki co KUKE głowi się nad tym co zrobić z gwarancjami sprzed wybuchu wojny?

Oczywiście, że tak, bo ma limity. Wynikają one z ustawy i budżetu. Dlatego chcemy to wszystko wielokrotnie zwiększyć.

KUKE dostanie zielone światło na mocne zaangażowanie na Ukrainie?

Tak. Będzie większy budżet, aby KUKE mogła więcej potencjalnie zaryzykować i pomóc polskim firmom, bo to ogromny problem, z którym borykają się nasi, rodzimi przedsiębiorcy. Nikt nie pojedzie nad Dniepr bez ubezpieczenia inwestycji i gwarancji. Na początku będzie to potrzebne, bo nie wiadomo jak będzie wyglądała nowa stabilność i każdy będzie miał na początku obawy. Jednak kto pierwszy tam wejdzie ten zyska. Jest to więc nasza pierwsza aktywność, którą chcemy pokazać. Druga rzecz, niezwykle ważna, to powstanie instrumentu organizacyjno-prawnego, który pozwoli inwestorom z całego świata inwestować na Ukrainie, ale z bazy w Polsce. To nasze zadanie, aby stworzyć taką formę organizacyjną, w której firma zarejestruje działalność w Polsce, bo to będzie bardzo bezpieczne, ale zainwestuje na Ukrainie. Tam inwestorzy obawiają się o stabilność, system podatkowy czy też uznaniowość urzędniczą. U nas system jest przejrzysty.

Myślimy też o strefie inwestycyjnej, która pozwoliłaby inwestować polskim przedsiębiorcom tak jak  w strefach polskich. Te instrumenty będą uruchamiane sukcesywnie w zależności od rozwoju sytuacji na Ukrainie. Państwo ukraińskie musi działać. Dziś nie można jeszcze mówić o odbudowie. Teraz możemy pomagać humanitarnie, ale nikt nie pojedzie odbudowywać budynków, może poza wyjątkami w okręgu lwowskim, bo jest to zbyt niebezpieczne. Nie jest to jeszcze ten moment.

A czy polskie firmy będą miały gwarancje wyboru przy kontraktach np. na odbudowę dróg?

Mam wrażenie, że mamy to zapewnione. Po pierwsze, ukraińskie firmy nie będą miały niestety potencjału, aby robić to samodzielnie. Po drugie, my poprzez pomoc humanitarną, imigracyjną i wojskową daliśmy sobie taki kredyt zaufania, że wzajemnie sobie ufamy. W biznesie jest to niezwykle ważne. Na Ukrainie często było tak, że coś nie szło, choć nie było wiadomo dlaczego.

A zatrzymał to jeden urzędnik. Miesiącami się to wyjaśniało, ale teraz tego nie będzie. Poza tym spójrzmy jak są tam odbierani Niemcy. Gdzie się nie rozmawia to mowa o hełmach z Niemiec. Niechęć do tego, aby na odbudowie Ukrainy skorzystały niemieckie firmy jest duża. Jesteśmy naturalnym partnerem. Polskie firmy będą prawdopodobnie na Ukrainie dedykowanymi inwestorami.

CV

Waldemar Buda, minister rozwoju i technologii (od 8 kwietnia 2022 r.). W latach 2019–2022 sekretarz stanu w MFiPR, gdzie odpowiadał m.in. za negocjacje z KE w sprawie KPO. W 2019 r. sekretarz stanu w MIiR. Pełnomocnik rządu ds. partnerstwa publiczno-prywatnego. Poseł na Sejm VIII i IX kadencji. Radca prawny. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego.