Korespondencja z Brukseli

Przyszedł czas na zadłużone, niekonkurencyjne Włochy, rządzone przez coraz mniej popularnego Silvia Berlusconiego. Wskutek kłopotów z przeprowadzeniem przez jego rząd reform euro kosztowało wczoraj poniżej 1,4 dolara, najmniej od dwóch miesięcy. Straciła na wartości większość giełd w Europie.

Ucierpiał też złoty, bo za franka szwajcarskiego trzeba było płacić ponad 3,40 zł, co jest historycznym rekordem.

W Brukseli o kryzysie euro rozmawiali wieczorem ministrowie finansów strefy euro. Wcześniej odbyło się nadzwyczajne spotkanie w wąskim gronie zwołane przez przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya.

Recepty na włoskie kłopoty politycy raczej nie wymyślą, ale mogą uspokoić chwilowo rynki szybką decyzją o kolejnym pakiecie pomocowym dla Grecji.

– Problemy Włoch mają charakter strukturalny i polityczny. I muszą być rozwiązane przez samych Włochów – mówi „Rz" Guntram Wolff, ekspert brukselskiego instytutu Bruegla.

Problemy tego kraju są znane od lat: mała konkurencyjność gospodarki, co przekłada się na słaby eksport i niski wzrost PKB. Do tego dochodzi sięgający 120 proc. PKB dług publiczny.

Dlaczego rynki zareagowały właśnie teraz? Bo włoski rząd słabnie i szanse na przeprowadzenie ambitnych reform maleją. A po akcjach ratunkowych dla Grecji, Irlandii i Portugalii inwestorzy mają coraz mniej cierpliwości dla nieudolnych ekip.

Sytuacja Włoch jest wszak bez porównania lepsza niż Grecji i kraj ten jest w stanie poradzić sobie z obsługą zadłużenia. Niepokoi jednak jego wielkość. – Jeśli coś pójdzie źle w Grecji, będziemy mieli niewypłacalność w kraju odpowiedzialnym za zaledwie 3 proc. unijnego PKB. A Włochy to 18 proc. gospodarki UE. Nasz dług w ujęciu bezwzględnym jest mniejszy tylko od amerykańskiego i japońskiego – zauważa w rozmowie z „Rz" Paolo Manasse, profesor ekonomii na Uniwersytecie Bolońskim.