Wrocławski festiwal ma różne oblicza, zależne od pory dnia. Rano gigantyczny multipleks Helios, Teatr Capitol i kino Warszawa świecą pustkami. Widzowie odsypiają noc spędzoną w klubie festiwalowym Arsenał. W salach kinowych można jedynie spotkać prawdziwych zapaleńców, którzy aplikują sobie zabójczą dawkę pięciu filmów codziennie.

Ruch zaczyna się koło południa. Wtedy ruszają retrospektywy Theo Angelopoulosa, Terence’a Daviesa, Vincenta Warda i Andrzeja Żuławskiego. Na spotkania z mistrzami ustawiają się kolejki. Tłum rośnie z każdą chwilą i wieczorem nie ma seansu, na którym byłyby wolne miejsca.

Jednak najbarwniejsze są we Wrocławiu noce, zwłaszcza w ukrytym za ciemną bramą kinie Warszawa. Tutaj – zawsze o dziesiątej – pokazywane są thrillery i horrory Dario Argento w cyklu „Nocne szaleństwo”.

W wielkiej sali kinowej nie ma nic z atmosfery pokornego skupienia, które można wyczuć na pokazach mistrzów. Publika klaszcze, wybucha śmiechem, głośno komentuje fabułę. Słychać syk otwieranych puszek z piwem. Nastrój jak w tanich kinach z początków XX wieku. W tej beztroskiej zabawie widzów jest coś niezwykłego. Wrocławski festiwal jakby cofa się w czasie, sięga do początków kina, gdy miało ono w sobie coś z jarmarcznej rozrywki.

Wszystko to dzieje się za sprawą Dario Argento. Urodzony w 1940 roku reżyser nazywany jest „włoskim Hitchcockiem”, bo tak jak on potrafi w swoich filmach budować rosnące z każdą minutą napięcie. Niektórzy dodają, że Argento jest także „Viscontim przemocy” – w malarski sposób pokazuje śmierć na ekranie.

Jednak najwięcej jest u niego campu – świadomego kiczu, dyskretnie wplecionej w intrygę ironii i zabawy formą, którą uwielbia młoda publiczność.

Podczas retrospektywy prezentowanych jest pięć fabuł mistrza makabry: debiutancki „Ptak o kryształowym upierzeniu” (1970), „Kot o dziewięciu ogonach” (1971), „Odgłosy” (1977), „Matka łez” (2007) oraz „Głęboka czerwień” (1975).

Podobno nakręcił on „Głęboką czerwień” zafascynowany „Powiększeniem” Antonioniego, w którym zagrał David Hemmings. Jednak Dario Argento nie interesują rozważania nad naturą postrzeganej rzeczywistości. Już w pierwszej scenie wykłada widzom artystyczne credo.

Hemmings, który tu gra jazzmana Marka, dyryguje orkiestrą. Muzycy grają znakomicie. On ich chwali: „Bardzo dobrze. Aż za dobrze”. I dodaje: „Powiem wprost. Powinniście grać tandetnie”.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Wedle tej recepty rozwija się intryga. Kobieta – medium, która podczas seansu parapsychicznego odczytała myśli zbrodniarza, zostaje zamordowana. Mark jest świadkiem zabójstwa. Próbuje odkryć tożsamość sprawcy, w czym pomaga mu pewna dziennikarka.

Rozwikłanie kryminalnej zagadki ma tu drugorzędne znaczenie, jak we wszystkich filmach Argento. Nie przykłada się on do dialogów. Można odnieść wrażenie, że wręcz nakazał aktorom, by grali jak w starym kinie: pełnym egzaltacji, przesady. Dlatego publiczność śmieje się głośno, ale zarazem jest pod wrażeniem plastycznej wyobraźni reżysera.

„Visconti przemocy” wierzy w moc obrazu i muzyki. Za pomocą niepowtarzalnej kompozycji barw, dekoracji, zaskakujących ustawień kamery i elektroniczno-transowych utworów zespołu Goblin tworzy wizję świata, w którym okrucieństwo i sadyzm kryją w sobie pociągające piękno. Prawdziwe nocne szaleństwo.