W Hollywood co jakiś czas podnoszą się głosy, że budżety superprodukcji przekraczają granice bezpieczeństwa. Przed laty na alarm bił Jeffrey Katzenberg, jeden z dyrektorów Disneya. Producenci wielokrotnie próbowali już ograniczać liczbę efektów specjalnych i skracać czas trwania filmów tak, by ich projekcja nie przekraczała 120 minut.

[srodtytul]Dublerzy za kamerą[/srodtytul]

Dziś ta droga wydaje się trudna. Trwa wyścig technologiczny, na całym świecie powstają kina 3D, a przyszłość Hollywood widzi w trójwymiarowości i wielkich widowiskach. Fiaskiem kończą się też zazwyczaj próby obniżania honorariów gwiazd.

W tej sytuacji studia zaczynają oszczędności od zarobków twórców. Coraz częściej zdarza się, że nawet w superprodukcjach zatrudniają reżyserów i scenarzystów, którym nie trzeba płacić siedmiocyfrowych honorariów.

Przy „Spidermanie 4”, mającym wejść na ekrany kin w 2012 roku, firma Sony zrezygnowała z usług reżysera trzech pierwszych części – Sama Raimiego. Ma go zastąpić 36-letni Marc Webb, który poza teledyskami i kilkoma odcinkami seriali nakręcił dotąd tylko jedną fabułę „500 dni lata” – romantyczną komedię nominowaną w tym roku do Złotego Globu. Jego gaża wyniesie niespełna 1 mln dolarów, wielokrotnie mniej niż trzeba by zapłacić Raimiemu, któremu kontrakt zapewnia również udział w przyszłych zyskach z dystrybucji.

Wytwórnia Disneya do typowanego na bestseller widowiska science fiction „Tron. Legacy” zaangażowała debiutanta Josepha Kosinskiego. W Universalu remake horroru „The Thing” też robi importowany z Holandii autor thrillera „Red Rain” Matthijs van Heijningen. Do „Mission Impossible 4” szefowie Paramountu chcieli wynająć twórcę „Zombielandu” – Rubena Fleishera. Umowa nie doszła do skutku, ale Fleisher i tak na tym skorzystał: jego nazwisko wyszło z cienia. Rupert

Wyatt, mający na koncie tylko cztery mało znane tytuły, ma wyreżyserować dla Foksa „Planetę małp”.

[srodtytul]Więcej dla pisarzy[/srodtytul]

Można też zaoszczędzić na scenarzystach. Wkrótce na duży ekran ma trafić komiksowy Popeye – porywczy, skory do bójek marynarz o gołębim sercu stworzony 80 lat temu przez Elziego Crislera Segara. Napisanie scenariusza animowanego filmu powierzono Mike’owi Jonesowi – dziennikarzowi związanemu z pismem „Variety”, który jak dotąd ma w dorobku tylko jeden tytuł – nakręcony w 2002 roku „EvenHand” Josepha Piersona. Atut Jonesa? Honorarium w wysokości ok. 500 tys. dolarów. To jak na Hollywood niedużo. Uznany filmowy pisarz wziąłby trzykrotnie więcej.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

[srodtytul]Debiutanci starają się[/srodtytul]

W ręce mało doświadczonych osób trafiają nawet największe hity. Dwie części bestselleru Dana Browna „Kod da Vinci” i „Anioły i demony” adaptowała na ekran para słynnych scenarzystów Robert Langdon i Akiva Goldsman. Nad trzecią częścią „The Lost Symbol” pracuje niemal nieznany Steven Knight („Eastern Promises”). Remake „Dune” przygotowuje Chase Palmer. Szefowie studiów mają zawsze w zanadrzu jeszcze jeden ruch: u wybitnych autorów mogą zamówić tzw. script doctoring, czyli poprawki. Za znacznie mniejsze pieniądze, niż musieliby zapłacić za nowy tekst.

Niedoświadczeni scenarzyści i reżyserzy kosztują mniej, a – jak twierdzą szefowie studiów – przykładają się do pracy bardziej. Dają się też łatwiej kontrolować. Sława scenariopisarstwa przyjmuje zlecenie, odbywa jedną rozmowę z producentem, po czym przynosi gotowy tekst. Pisarz młody stażem za kilkakrotnie niższe wynagrodzenie konsultuje się z wytwórnią nawet 20 razy, ma też obowiązek uwzględniania wszelkich poprawek. Jak pisze Tatiana Siegel z „Variety”, nieznany reżyser, starając się o pracę, gotowy jest przynieść na spotkanie z szefami studia cały film rozrysowany w systemie 3D. Reżyser bez renomy nie jest w stanie zapewnić sobie w kontrakcie prawa do ostatecznego montażu filmu. O kształcie dzieła decyduje więc producent.

Nie znaczy to, oczywiście, że Ridley Scott, Martin Scorsese, James Cameron, Steven Spielberg czy Barry Levinson, a nawet specjaliści od hitów, tacy jak Michael Bay, Christian Bale i Sam Raimi, będą bezrobotni. Ich maestria i pewna, wyćwiczona ręka zawsze się przemysłowi filmowemu przyda, o czym świadczy choćby ostatni sukces „Avatara”.