Kilka lat temu Luca Guadagnino zachwycił widzów delikatnymi „Tamtymi dniami, tamtymi nocami” o wchodzeniu w życie, szukaniu tożsamości i pięknej tolerancji. A mające premierę w Wenecji „Bones and All” zapowiadane było jako horror o kanibalach.

Bohaterka filmu Maren, stojąca na uboczu „czarna owca”, próbuje zaprzyjaźnić się z koleżankami z klasy. Wymyka się z domu, by spędzić z nimi noc na zabawie. I wszystko jest świetnie, dopóki Maren nie odgryza jednej z dziewczyn palca. Wraca do domu, z którego ojciec ucieka, zostawiając ją samą na zawsze. Na kasecie nagrał wyznanie, dlaczego odchodzi i dlaczego Maren jest kanibalem.

Czytaj więcej

Wenecja 2022: Powrót do ojczyzny

Nastolatka znajduje też swój akt urodzenia z adresem matki, której nawet nie mogła zapamiętać. Z poznanym w supermarkecie chłopakiem, w którym też wyczuwa kanibala, rusza w podróż przez Stany. Tak się ten film zaczyna, jednak dość szybko wyprawa dwójki nastolatków zamienia się w opowieść o ludziach niekochanych, o wyobcowaniu i samotności.

Różne miłości

„Bones and All” wpisuje się w nurt takich filmów, jak „Bonnie i Clyde” Arthura Penna czy „Badlands” Terrence’a Malicka, i choć dziełem na ich miarę zdecydowanie nie jest, już teraz krytycy wróżą mu pozycję filmu kultowego. I z pewnością ogromne powodzenie zapewni mu wśród młodej widowni odtwórca roli Lee Timothée Chalamet, najjaśniej dziś świecąca młoda gwiazda kina.

Tłumy fanów w Wenecji szalały. Młodzi ludzie zablokowali port przy Casinie, do którego podpływają łodzie w czasie festiwalu. – Dla mnie to jest love story kina drogi, o dwojgu ludzi, którzy próbują pokonać samotność. Ta historia jest szczególnie ważna dzisiaj, gdy tylu ludzi wokół czuje rodzaj alienacji – mówił w Wenecji młody aktor.

Czytaj więcej

Wenecja 2022: Julianne Moore w nowej roli

Podobnie mówi o swoich bohaterach Darren Aronofsky: – Chciałem zrobić film o ludziach popełniających błędy, ale mających wielkie serce i potrzebę miłości, nawet jeśli kochać jest trudno. W czasach, w których ludzie bardzo się od siebie oddalają, chciałem zadać najprostsze, ale ważne pytanie: czy możemy się nawzajem ocalić?

Bohater jego „Wieloryba” miał żonę i dziecko. Zostawił ich, gdy zakochał się w mężczyźnie. Po śmierci kochanka rozpaczał i jadł. Roztył się do niebotycznych rozmiarów. Po latach nie wychodzi z domu, siedzi na kanapie, z trudem przemieszcza się z pomocą chodzika do łazienki i do łóżka. Ogromny, z wielkim brzuchem uczy na Zoomie studentów sztuki pisania.

Czytaj więcej

„Biały szum”: Niezwykła sytuacja zwykłej rodziny

Odwiedza go tylko przyjaciółka – pielęgniarka. Ale pewnego dnia zjawia się też córka, już 17-latka. „Wieloryb” wie, że jego stan pogarsza się, że śmierć przyjdzie szybko. Chce się więc ze swoim dzieckiem pożegnać. Całe życie oszczędzał pieniądze, by je zostawić córce.

„Wieloryb” wzrusza. Najbardziej na początku, gdy Aronofsky opowiada z pewnym dystansem. Potem, niestety, robi się po hollywoodzku, przewidywalnie i ckliwie.

Prywatne rozliczenia

Inny „wielki” współczesnego kina Alejandro González Iñárritu dojrzał do tego, by rozliczyć się z własnym życiem. Bohaterem „Bardo” nie jest wprawdzie reżyser, lecz wybitny dziennikarz i dokumentalista, ale reszta się zgadza. Kariera w Stanach, tęsknota za ojczyzną, nawet sprawy osobiste i strata jednego z dzieci zaraz po narodzinach.

Bardo wraca do rodzinnego Meksyku, próbuje odnaleźć na nowo siebie i zamazaną przez lata tożsamość. Z bliska raz jeszcze spojrzeć na historię swojej ojczyzny i wyniesione z niej wartości. Próbuje pogodzić się z tym, co było, by odnaleźć się w dniu dzisiejszym.

– Meksyk jest dla mnie nie tyle krajem, co „stanem umysłu”. Zawsze opowiadano nam historie o nas i naszych wartościach. Ale kiedy oddalasz się od własnego świata, ten stan umysłu rozpuszcza się i zmienia. Zrobiłem ten film z tęsknoty – powiedział reżyser w Wenecji, a powrót do pracy w kraju nazwał ponownym spotkaniem z przyjacielem, który dziś jest zupełnie inny.

Iñárritu za dużo wrzucił do jednego garnka, blisko trzygodzinny obraz zaczyna nużyć i gubić znaczenia. A wszystkie te filmy niedawnych mistrzów kina niezależnego łączy jedno: próba wyjścia do szerszej widowni. To, niestety, oznacza uproszczenia i happy endy. Ale wciąż interesująco opowiadają one o kondycji współczesnego człowieka.