To była znakomita edycja weneckiego festiwalu. Złotego Lwa mogło dostać przynajmniej sześć–siedem tytułów i nikt by się nie zdziwił.

Jurorzy obradujący pod kierownictwem Bonga Joon-ho najwyższe weneckie trofeum przyznali filmowi „Zdarzenie” Audrey Diwan. Francuzka opowiedziała historię studentki, która zachodzi w niechcianą ciążę i nie czuje się na siłach, by w tym momencie życia urodzić dziecko. Ale jest rok 1963, we Francji wciąż jeszcze prawo zabrania aborcji. Diwan pokazuje tragedię i upokorzenia kobiety, która chce decydować o swoim losie i dokonać nielegalnej aborcji. Mimo kary, jaka za to grozi.

Bohaterka Ferrante

– Annie Ernaux, autorka książki, którą zekranizowałam, opisała własną traumę, przez którą przeszła jako studentka w 1964 r. – mówiła w Wenecji Diwan. – We Francji aborcja stała się legalna w 1975 r., ale na świecie wciąż jest wiele krajów, w których aborcja jest zakazana. Chciałam, żeby po obejrzeniu mojego filmu każdy, niezależnie od płci, wieku, statusu społecznego, mógł poczuć, przez co przechodzi kobieta, której zabrania się decydować o własnym losie.

Czytaj więcej

Złoty Lew dla francuskiego filmu "Happening” Audrey Diwan

Jej film nie jest jednak żadną agitką. „Zdarzenie” pokazuje świat pełen hipokryzji, który odwraca się od człowieka i odbiera mu wolność wyboru. Portretuje też samotność kogoś, kto sprzeciwia się narzuconemu systemowi.

Niedopasowanie do społecznych oczekiwań jest też tematem filmu „The Lost Daughter”, nagrodzonej za scenariusz Maggie Gyllenhaal. Zaadaptowała prozę tajemniczej Eleny Ferrante, której sławę przyniósł cykl „Genialna przyjaciółka”. Bohaterka filmu – profesorka i tłumaczka literatury – spędza pracowite wakacje w Grecji. Obserwując ludzi wokół, zaczyna zastanawiać się nad własnym życiem, myśleć o nieumiejętności bycia matką. „To miażdżący obowiązek” – wyznaje otwarcie kobieta. Gyllenhaal mówi głośno o tym, o czym zazwyczaj się wstydliwie milczy. Że nie dla wszystkich kobiet macierzyństwo jest błogosławieństwem. A dramat jej bohaterki staje się przejmujący i wiarygodny dzięki niejednoznacznej i niepokojącej Olivii Colman.

Kobiety mocno zaistniały na weneckim festiwalu. Kolejna z nich, Jane Campion, dostała nagrodę za najlepszą reżyserię. Jej nietypowy western „Psi pazur” jest historią dwóch braci prowadzących ranczo w Montanie. Reżyserka misternie rysuje na ekranie portrety ludzi, którzy nie dają sobie rady ze sobą, światem i opresyjną kulturą, która ich otacza. Przypomina, że relacje między ludźmi nawet w pozornie prostym świecie nie są proste. Kobiece spojrzenie może wiele wnieść do tak „męskiego” gatunku jak western. Przekonała już o tym widzów wcześniej Kelly Reichardt w „Meek’s Cutoff”, teraz potwierdza to Campion, autorka nagrodzonego 25 lat temu Złotą Palmą „Fortepianu”.

Almodóvar o Hiszpanii

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Srebrny Lew – drugi co do ważności laur festiwalu – przypadł filmowi „To była ręka Boga” Paolo Sorrentino – autobiograficznej opowieści, w której włoski mistrz wrócił do rodzinnego Neapolu, cofając się do czasu młodości. To wybitnie włoski film: jest w nim rozległa rodzina, Kościół, miejscowy gangster, marzenia o seksie, faceci wpatrzeni w ciało pięknej kobiety, wreszcie futbol i bohater tamtego czasu, czyli Maradona. I chłopak, który – jak kiedyś Sorrentino – w wypadku traci oboje rodziców. Odtwórca tej roli Filippo Scotti odebrał nagrodę Mastroianniego dla młodego aktora.

Czytaj więcej

Tim Roth jako Neil
Wenecja 2021. "Sundown" - opowieść o odchodzeniu

Nagroda za najlepszą rolę męską powędrowała do Johna Arcilli. W filipińskim „On the Job. Missing 8” Erika Mattiego zagrał on skorumpowanego, reżimowego dziennikarza, który po zniknięciu ośmiu osób, w tym jego przyjaciela, zaczyna prowadzić własne śledztwo. Ten trzyipółgodzinny film ma zostać przerobiony na serial dla HBO. Za najlepszą aktorkę festiwalu jury uznało Penelope Cruz, która wspaniałą kreację stworzyła w „Matkach równoległych” Pedro Almodóvara. Zagrała czterdziestokilkuletnią fotografkę, która rodzi nieślubne dziecko w tym samym czasie i na tym samym oddziale, co straumatyzowana nastolatka. Ich losy splotły się już na zawsze, a w tle, pierwszy raz u hiszpańskiego mistrza, pojawił się problem braku rozliczeń zbrodni wojny domowej w Hiszpanii.

Poziom konkursu był w tym roku tak wysoki, że jurorom zabrakło nagród. Wśród przegranych znalazł się choćby „Inny świat” Stéphane’a Brizé, wybitny film o dojrzałym mężczyźnie, którego życie wali się pośród brutalnych układów w korporacji, gdzie jest dyrektorem, a także problemów rodzinnych. Żal też, że nagrody Mastroianniego dla młodych aktorów nie dostał Tomasz Ziętek, niosący na swoich barkach „Żeby nie było śladów” Jana Matuszyńskiego.

Ofiary państwa

Polski film o zabójstwie Grzegorza Przemyka zaciekawił, ale nie miał znakomitych recenzji. Jest za długi, za detaliczny

Polski film o zabójstwie Grzegorza Przemyka w Wenecji zaciekawił, ale nie zyskał entuzjastycznych recenzji. Krytycy podkreślali, że w 160 minutach dramatycznej opowieści o bezkarności i manipulacjach władzy zagraniczny widz gubi się, a jego uwagę rozmywają dziesiątki polityków i powtarzające się narady. Sam udział w weneckim głównym konkursie jest wielkim sukcesem. Poza tym „Żeby nie było śladów” z dwoma innymi tytułami z naszej części świata – „Odbiciem” Walentyna Wasjanowicza o ukraińskim chirurgu, który w czasie wojny rosyjsko-ukraińskiej jest świadkiem tortur i zbrodni, także osadzonym w realiach Rosji lat 30. filmem „Kapitan Wołkonogow uciekł” Nataszy Merkulowej – stworzył ważny obraz zwyrodnienia i przemocy w systemie totalitarnym.

Czytaj więcej

W „Żeby nie było śladów” Jan Matuszyński (na zdjęciu) rekonstruuje „sprawę Przemyka” aż do procesu,
Wenecka premiera „Żeby nie było śladów”. Wciąż aktualna historia Przemyka

Odbita pandemii impreza nie przyniosła obrazów o tym, przez co przechodziliśmy przez ostatnie półtora roku. Nie było na ekranie aktorów w maseczkach, opowiadane historie nie rozgrywały się w izolacji ani w szpitalach. Ale trauma odbiła się na twórczości artystów. Twórcy szukali wartości ponadczasowych, mieli potrzebę rozliczenia przeszłości i bezkompromisowego spojrzenia na współczesność.