fbTrack

Plus Minus

Świat bez państwa

Ludzie zawsze żyli w społeczeństwach, a odgórnie działający rząd jest tylko jedną z form życia społecznego. Więcej, rząd i społeczeństwo walczą ze sobą o władzę, choć nie zawsze zdają sobie z tego sprawę
Socjaldemokratyczni komentatorzy współczesny kryzys praktycznie w całości zrzucają na karb chciwego kapitalizmu. Liberałowie za to – o ile nie są farbowanymi lisami i nie postulują modnego ostatnio reformowania wolnego rynku – zauważają coś zgoła odmiennego. Otóż winą obarczają nie naturalny dla życia społecznego rynek, a sztucznie i przesadnie rozbudowane państwo. Po części zgadzam się z tą diagnozą, ale uważam, że problem leży głębiej. Proste wyjaśnienie, że po prostu państwo zostało przesadnie rozbudowane nie może zadowalać, szczególnie jeśli nie wymyśliliśmy wciąż żadnych skutecznych rozwiązań trwałego powstrzymania rządu od ingerowania w gospodarkę i ograniczenia jego kompetencji do minimum.

Rządy są odpowiedzialne nie tylko za obecny kryzys gospodarczy, bankowy, mieszkaniowy czy strefy euro. Ich największą zbrodnią jest instytucjonalizacja ubóstwa. Poprzez swoje systematycznie nieefektywne ingerencje gospodarcze, rządy tworzą i utrzymują na socjalnej smyczy całą klasę obywateli, którzy karmieni chlebem i igrzyskami przez współczesny odpowiednik cyrku, są systematycznie infantylizowani i pozbawiani możliwości ucieczki ze stanu ekonomicznego, ale i duchowego kalectwa. Tragedią jest to, że ludzie ci zbyt łatwo wierzą, że ich dozorcy są dla nich dobroczyńcami.

Nieważne, jaki dobrobyt będą zapewniać nam rządy, jaką strukturę społeczną będą chciały realizować, musimy sobie uświadomić, że życie społeczne nigdy nie będzie rajem na ziemi. Nie będzie nim także system pełnej wolności gospodarczej. Zawsze znajdą się tacy, którzy będą mniej zdolni, mniej energiczni, mniej kompetentni niż inni. Dlatego naszym celem społeczno-politycznym nie powinno być stworzenie idealnego społeczeństwa i ciągłe poprawianie błędów kapitalizmu, lecz tylko ustalenie najlepszych warunków dla realizacji tak wolności poszczególnych jednostek, jak i całego społeczeństwa. Bo ludzie ze swej natury nie są wyizolowanymi jednostkami; rodzą się, żyją i rozwijają się w społeczeństwie, czyli w systemie dobrowolnych stosunków między tymi jednostkami.

Miłość, pieniądze lub przymus

Niestety, olbrzymim nieporozumieniem jest utożsamianie tego społeczeństwa z rządem i na odwrót – by tego dokonać, wystarczy zamiast pojęcia „rząd" (konkretni ludzie) użyć górnolotnego i abstrakcyjnego pojęcia „państwo"... Tymczasem faktem jest tylko to, że ludzie zawsze żyli w społeczeństwach. Odgórnie działający rząd jest jednak tylko jedną – a nie jedyną – z form życia społecznego. Powstanie współczesnych rządów można datować najdalej na koniec XVI wieku, i to przy bardzo swobodnych założeniach. Jednak o konieczności takiej politycznej organizacji społeczeństwa przesądził już Arystoteles, a potem uczynili to filozofowie tomistyczni. Filozof i ekonomista Murray Rothbard uznał to jednak za największy błąd w dziejach filozofii społecznej, uznając, że przełożenie konieczności istnienia społeczeństwa na konieczność istnienia rządu jest zupełnie nieuzasadnione.

Wbrew temu też, co powszechnie się uważa, rząd i społeczeństwo nie są ze sobą nierozerwalnie związane jako uzupełniające się formy organizacji społecznej, ale są w istocie dla siebie konkurencją. Rząd i społeczeństwo walczą ze sobą o władzę, do tego ta walka jest grą o sumie zerowej. Jeśli trochę władzy zyskuje rząd, to społeczeństwo tę władzę traci, tak samo jeśli społeczeństwu uda się uzyskać jakieś kompetencje, to zdobywa je właśnie kosztem rządzących.

Można nawet powiedzieć, że rząd jest wręcz zaprzeczeniem społeczeństwa. Działania ludzi w ramach społeczeństwa opierają się bowiem na zupełnie innych zasadach niż działania tzw. aktorów państwowych. Jako podstawy działań społecznych można wyróżnić dwa filary: miłość i pieniądze. Ludzie robią coś dla innych albo dlatego, że ich kochają i pragną ich dobra (działają tak krewni w ramach rodziny lub kochankowie w pierwszym przypływie romantycznego uczucia), albo świadczą usługi i produkują dla innych dobra, oczywiście w zamian za pieniądze.

W pierwszym przypadku działania może i nie są zawsze racjonalne, ale są w naturalny sposób zrozumiałe i – mówiąc wprost – ludzkie. W drugim są racjonalne na najwyższym możliwym poziomie, bo tylko spontaniczne decyzje wynikające z sumy ludzkich potrzeb opierają się na całości rozproszonej w społeczeństwie wiedzy, której jednostka, a nawet wspierający ją olbrzymi i świetnie wykształcony sztab decyzyjny po prostu nigdy nie będą w stanie posiąść. Do tego ta suma społecznych relacji wyznacza nie autorytarnie i sztucznie uznaną sprawiedliwość społeczną czy marksistowską sprawiedliwość dziejową, ale naturalną sprawiedliwość wynikającą z dobrowolnych decyzji racjonalnie działających na rynku jednostek.

Rządy za to opierają się na przymusie, sile fizycznej i właśnie autorytarnych decyzjach, których nie da się w żaden sposób ocenić ani jako racjonalne, ani jako sprawiedliwe. Decyzje te czasem mają lepsze, niekiedy gorsze uzasadnienie, ale zawsze są sztuczną ingerencją w spontaniczny organizm społeczny i zaburzają jego mechanizm.

Administracji nigdy nie wystarczają kompetencje, dla których spełniania została ona powołana. Naturalnym sensem jej istnienia jest po po prostu rozrost, tak jak i naturalnym sensem życia organizmów żywych jest rozmnażanie. Nie jest prawdą, że administracja istnieje po to, by realizować narzucone jej cele. Nawet jeśli została ona tylko w tym celu powołana, to jej dalsze funkcjonowanie warunkowane jest głównie dążeniem do powiększania zasięgu swych kompetencji, decydowaniem o coraz większym zakresie spraw, rozdawaniem coraz to nowych stanowisk, co sprowadza się także do dyspozycji coraz większym budżetem i z coraz większym rozmachem redystrybucją powierzanych jej pieniędzy. Dlatego rząd jest niewątpliwie zainteresowany coraz większym ingerowaniem w życie obywateli oraz ograniczaniem ich wolności i własności. Wraz z postępującym rozrostem swych kompetencji, administracja coraz bardziej systemowo i systematycznie niszczy naturalne mechanizmy społeczne i zagraża naszej wolności w sposób zupełnie nieosiągalny dla zwykłego przestępcy.

Mit rządu

Współczesna teoria i praktyka polityczna zdominowana jest właśnie przez mit państwa. Pisząc „mit", mam na myśli fundamentalną narrację, nadającą sens naszemu codziennemu życiu, naszym wierzeniom i praktykom społecznym. Osobliwą właściwością mitów jest to, że nie mogą one zostać podważone od wewnątrz, bo dla ludzi wyznających oparte na nich doktryny, ich fałsz jest dosłownie nie do pomyślenia. Jeśli zapytalibyśmy wybitnego  XVIII-wiecznego filozofa Davida Hume'a, skąd tak w ogóle wzięły się rządy, odpowiedziałby, że każdy rząd, wywodzi się uzurpacji i podbojów, bez żadnego przyzwolenia na nie ze strony rządzonych. Charles Tilly, wybitny historyk, podobnie zatytułował swój kultowy artykuł z 1985 r.: „War Making and State Making as Organized Crime". Zauważa to także Anthony de Jasay, wybitny węgierski filozof. Twierdzi on, że dzisiejsze rządy są w prostej linii potomkami organizacji opartych na przemocy. Miliony ludzi zginęły lub straciły źródła swego utrzymania w wyniku różnych szalonych systemów inżynierii społecznej. Wystarczy tylko przypomnieć chiński „wielki krok naprzód", katastrofalne próby kolektywizacji w ZSRR, romantyczne „wspólnoty wiejskie" w Tanzanii, Mozambiku i Etiopii albo pola śmierci w Kambodży. Systemy te są wielkimi ludzkimi tragediami, nie tylko pod względem ofiar śmiertelnych, ale i jako całokształt swego antyhumanizmu.
Oczywiście nie tylko rządy są źródłem zła lub niesprawiedliwości na świecie. Są i inne przyczyny, ale rządy są wyjątkowe z uwagi na legitymację legalności, którą je obdarzamy. Żaden inny rabuś nie udaje, że robi nam przysługę, kradnąc nasz portfel, a żaden inny porywacz nie twierdzi, że więzi nas dla dobra społeczeństwa. Poza tym rządy skutecznie zwalczają wszelką konkurencję, wmawiając nam, że tylko one mogą zająć się to edukacją, to budową infrastruktury czy nawet prowadzeniem pomocy ubogim. Zastanawiające jest, że tych ludzi, o których mówimy „rząd", nie obowiązują normalne zasady postępowania, które dotyczą każdego z nas. Czy nie powinno być tak, że co jest dopuszczalne dla jednych, powinno być dopuszczalne dla wszystkich, i tak samo niedopuszczalne dla jednych – niedopuszczalne dla wszystkich? W etyce nazywa się to monistyczną koncepcją zastosowania standardów moralnych. Polega ona na tym, że działania ludzi podlegają dokładnie takiej samej ocenie, bez względu na to, czy działają prywatnie czy w imieniu rządu. Jednak, jak sarkastycznie zauważył Murray Rothbard: „jeśli próbowałbym tego, co demokratyczny rząd robi dla moich sąsiadów, powiedzmy, narzuciłbym im podatek na wybrany przeze mnie cel, ustalił godziny pracy, zmusił ich do posłania dzieci do wybranej przeze mnie szkoły, prawdopodobnie skończyłbym w więzieniu. I słusznie! Żaden system, nawet demokracja, nie powinien pozwalać na takie rzeczy. Nikt inny nie może podejmować tych decyzji za nas!".

Życie bez władzy

Istnienie rządów i władzy jednak nie zawsze było oczywiste. W nie tak odległej przeszłości, władza na przykład pochodziła bezpośrednio od Boga albo wynikała z nadzwyczajnych umiejętności przywódczych władców, które rzadko kto podważał. Były też inne teorie władzy, arystokratyczne, oligarchiczne itd. Dziś w intelektualnej grze uzasadniającej istnienie rządu pozostało jedynie wyjaśnienie demokratyczne, bo wszystkie inne nie podołały próbie czasu i oświeceniowym, wolnościowym teoriom. Co więcej, idea demokracji uzasadnia nie tylko istnienie narodowego rządu, ale w gruncie rzeczy uzasadnia nawet powołanie światowego rządu. Francis Fukuyama zauważył, że już w drugiej połowie XX w. praktycznie w każdym zakątku świata wyłącznie demokratyczna forma rządów uznawana była za moralnie akceptowalną. Jednak prawda jest taka, że współczesna demokracja bardzo niewiele ma z demokracji jako takiej. To tylko szczególna forma oligarchii, w której po prostu od czasu do czasu zmieniają się oligarchowie. Co nie znaczy, że demokracja nie jest dla rządu bardzo istotna – bez demokratycznego usprawiedliwienia nie mógłby on przecież funkcjonować. Masa ludzi musi w końcu wierzyć w jego prawomocność, w to, co Max Werber nazwał „legalnością". Ludzie muszą czuć, że państwo to właśnie oni, czyli wspólnota ludzka. W tym celu rząd zatrudnia klasę profesjonalnych apologetów i kontroluje środki propagandy, najczęściej poprzez narzucenie systemu edukacji. Zadaniem profesjonalnego apologety silnego rządu jest przekonać społeczeństwo, że władza nie jest zbrodnią na gigantyczną skalę, ale czymś koniecznym i niezbędnym, czemu ludzie muszą być posłuszni, i czego rozrost należy jak najbardziej wspierać. W zamian za swoje usługi apologeci są nagradzani władzą i statusem społecznym, czyli mogą uczestniczyć w podziale łupów uzyskanych z podatków. Pracują w administracji, na publicznych uczelniach i w innych instytucjach finansowanych z rządowego budżetu. Jesteśmy wychowani w wierze w legitymację do sprawowania szerokiej władzy, jaką posiada rząd. Sponsorowany przezeń system oświatowy utwierdza nas w przekonaniu, że jest on jest czymś niewątpliwie potrzebnym i cennym. Wszystko wokół nas podtrzymuję tę wiarę i praktycznie nikt przeciwko niej się nie buntuje. Rząd i jego legitymacja wydają się nam być wręcz naturalne dla życia społecznego. Człowiek po wiekach propagandy został nasycony ideą, że każdy rząd jest jego legalnym suwerenem, a nawet jak nie jest doskonały, to nie da się skutecznie wypowiedzieć mu posłuszeństwa. Zasadność istnienia silnego rządu została skutecznie wpojona nam w kościołach, szkołach, uniwersytetach i w mediach. Legitymizację tę podtrzymują rządowe rytuały, ceremonie, nagrody, konstytucje, nawet państwowe flagi, herby i hymny, które mają dziś za zadanie ściśle łączyć naród z rządem. Warto się jednak zastanowić nad tym, co faktycznie robią współczesne rządy. Otóż zapewniają one szerokie wsparcie finansowe części populacji, przy znacznych kosztach dla reszty; organizują i płacą za edukację mas od szkoły podstawowej do szkół wyższych; organizują i płacą za służbę zdrowia; zapewniają infrastrukturę; regulują biznes, przemysł, rolnictwo i tak dalej, do znudzenia. Niektórzy apologeci silnego rządu uważają, że właściwie tylko administracja rządowa może się tym wszystkim skutecznie zajmować. Jednak historia gospodarcza uczy, że jedyną rzeczą, jaką rząd może zrobić, aby poprawić status gospodarczy swoich obywateli jako całości, to zdecydowanie odmówić ingerencji w gospodarkę. Historia uczy także, że wiele usług, takich jak edukacja czy transport i drogi zostało kiedyś przekazane administracji przez zajmujące się dotychczas tym prywatne przedsiębiorstwa, jednak większość z tych usług dziś znowu po cichu wraca w ręce prywatne, gdyż mimo wszechobecnej propagandy sukcesu, rządy po prostu nie mają narzędzi, by udźwignąć te zadania. Istnieje jednak jeden zestaw funkcji, które są ogólnie uważane za charakterystyczne dla rządu, a które podobno   absolutnie nie mogą być dostarczone przez podmioty prywatne: jest to tworzenie i egzekwowanie prawa.

Czy urzędnicy są lepsi?

Rzeczywiście utopijne byłoby myślenie, że w jakimkolwiek systemie społecznym mogłoby nie być potrzeby utrzymywania społecznego porządku. Ludzie oczywiście potrzebują instytucji gwarantujących odpowiedzialność jednych ludzi względem innych, ale i może względem własnego zdrowia. Jednak dlaczego odpowiednich procedur i struktur organizacyjnych, które zapewniają rządy, społeczeństwo czy naród nie mogłyby wypracować sobie same? Z góry zakłada się, że niemożliwe jest, by społeczeństwo zagospodarowało tę sferę np. poprzez dodatkową specjalizację istniejących już firm dystrybuujących ryzykiem, jak chociażby zakładów ubezpieczeń. Jednak ile już było mitów, że czegoś nie da się wprowadzić na podstawie dobrowolnych umów społecznych, bez odgórnego przymusu? W ocenie tych konkurencyjnych rozwiązań: rządu szeroko stosującego przymus fizyczny i prywatnych firm działających wyłącznie na zasadzie swobodnych umów rynkowych, należy rozważyć wady i zalety każdego z nich, a nie tylko wady rozwiązania wolnorynkowego. Korzyści płynące z istnienia rządowych organów ścigania są wszem i wobec znane oraz skutecznie eksponowane przez rządową propagandę. Nietrudno jednak także usłyszeć w debacie publicznej głosy, które analizują także zagrożenia wynikające z wszechmocy tych organów, a także opisują empirycznie potwierdzone szkody przez nie wyrządzane. Może jednak przekazanie rządowi monopolu na egzekwowanie narzuconego właśnie przez niego prawa nie jest wcale bardziej bezpieczne dla społeczeństwa niż jakakolwiek możliwa agresja ze strony przypadkowych, niezorganizowanych tak systemowo przestępców? Ludzie naturalnie dążą do posiadania władzy – twierdzą jednak sceptycy – i zawsze znajdzie się ktoś, kto ją społeczeństwu narzuci. Jeśli  już ktoś zgadza się z tym, że rząd jest niszczącym społeczeństwo nowotworem, to zazwyczaj dodaje, że w dłuższej perspektywie z  rządu nie da się po prostu na trwałe zrezygnować. Rozumiem, że niektórzy mogą uważać, iż ludzie są ze swej natury żadni władzy i brutalni w niemoralnym dążeniu do niej, jednak przyznaję, że nie do końca jestem w stanie uchwycić logikę rządowej propagandy opartej na tym założeniu. Jeśli naprawdę jesteśmy aż tacy źli, to dlaczego całą naszą broń złożyliśmy w rękach garstki z nas, a sami postanowiliśmy zaufać, że ci szczególni, bo rządowi ludzie, będą zachowywać się bardziej racjonalnie, niż przeciętni ludzie, którym podobno nie można ufać? Równocześnie jeśli uważamy, że akurat oni są odpowiedzialni i racjonalni, to dlaczego reszta z nas taka już nie jest? Śmiem wątpić, że jakiekolwiek abstrakcyjne ograniczenia są w stanie powstrzymać polityków i urzędników, którym powierzyliśmy także władzę kontrolowania siebie samych. A jeśli oni tak szerokiej władzy kontrolnej nie powinni posiadać, to kto powinien kontrolować kontrolujących? Amerykański system „checks and balances", który dawniej uważany był za ideał ograniczenia władzy, dziś chwieje się w posadach. Swej roli nie spełniły ani tradycyjne prawa, ani spisane konstytucje. Ciekawie ten dylemat ujął filozof Crispin Sartwell: „aby leczyć ludzi z egoizmu i naturalnej dla nich przemocy, zdecydowaliśmy się uzbroić niektórych z nich we władzę prawdziwie absolutną, aby mogli kontrolować, powstrzymywać i więzić tych, których tylko chcą". Tak, to brzmi rozsądnie... —not. Michał Płociński Prof. Gerard Casey – filozof, prawnik, członek Królewskiego Instytutu Filozofii w Londynie, wykładowca National University of Ireland w Dublinie i Maryvale Institute w Birmingham
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL