fbTrack

Świat

My, Litwini

Grobowiec na Rossie, 18. czerwca: wandale wyszczerbili marmur
AFP
Przedwojenny premier Litwy Voldemaras przyznał kiedyś, że Kraków jest bardziej litewski niż Kowno. Miał rację. Ciasny litewski nacjonalizm sprzeniewierza się bowiem idei Wielkiego Księstwa Litewskiego
Tekst z tygodnika Plus Minus
Litewscy nacjonaliści zaatakowali niedawno wileńskie mauzoleum, w którym spoczywa matka Józefa Piłsudskiego i serce Marszałka. Czerwoną farbą namalowali na płytach tak zwane słupy Giedymina, czyli jeden z symboli dynastii jagiellońskiej. Ten incydent jest nie tylko przykry, ale – co ważniejsze – niezwykle symptomatyczny. Trudno o przykład lepiej ilustrujący absurdalność litewskiej ideologii nacjonalistycznej. Oto bowiem litewscy nacjonaliści sprofanowali grób wybitnego Litwina przy użyciu symboli dynastii, której wielkie dzieło ten wybitny Litwin próbował kontynuować. Nie przez przypadek w roku 1927, gdy Piłsudski zjechał do Genewy na sesję Ligi Narodów, swoje przemówienie dotyczące sporu o Wilno zaczął od słów: „My, Litwini...". I choć nie mówił po litewsku, był wówczas o wiele większym Litwinem niż jego adwersarze z republiki kowieńskiej.
Zanim przejdziemy do wyjaśnienia tego paradoksu – anegdota. Rzecz się dzieje w marcu 1916 roku. Józef Piłsudski przyjeżdża z frontu do Krakowa. Do jego adiutanta Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego zgłaszają się dwie staruszki z powiatu święciańskiego i proszą o umożliwienie audiencji. Mają bowiem „bardzo ważną, osobistą sprawę do pana brygadiera". Znając słabość Piłsudskiego do rodaków, Wieniawa oczywiście do audiencji dopuścił. „Panie brygadierze – rzekły – jesteśmy prostymi Litwinkami, którym los kazał żyć z dala od rodzinnych stron, sercem jednak jesteśmy z nimi związane najserdeczniej. Cóż pozostaje robić nam, ludziom pochodzącym z Litwy, jak nie pomagać w miarę sił i możliwości takim wybranym Litwinom jak Pan. Przeto i my przyszłyśmy do Pana z prośbą o przyjęcie naszej skromnej pomocy w formie drobnych oszczędności". Następnie wyjęły z torebek kilka złotych monet. Scenę tę Wieniawa opisał w 1931 roku na łamach „Ilustrowanego Kuriera Codziennego". Jeszcze 80 lat temu nie wymagała ona żadnego komentarza, była dla ówczesnych czytelników w pełni jasna i zrozumiała. Dziś, szczególnie wśród przedstawicieli młodego pokolenia, może jednak wzbudzić zakłopotanie. Jak to? Jakieś Litwinki przyjeżdżają do Piłsudskiego i nie dość, że mówią po polsku, to jeszcze dają mu pieniądze na polskie wojsko. Gdzie w tym sens?

Gente Lithuanus...

Mimo że każdy Polak jako dziecko klepie w szkole na pamięć „Litwo, ojczyzno moja...", stwierdzenie poety stało się dla wielu z nas niezrozumiałe. Żyjąc w czasach rozbudzonych nacjonalizmów i państw narodowych trudno pojąć, że niegdyś pojęcia Polak i Litwin wcale się nie wykluczały. Jeszcze gorzej niż w Polsce jest na Litwie, gdzie olbrzymie wysiłki i nakłady idą na to, aby fakt ten ostatecznie wyprzeć ze zbiorowej pamięci. Cofnijmy się do przełomu XIV i XV wieku i momentu gdy Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie – dzięki geniuszowi politycznemu panów krakowskich i dynastii Jagiellonów – połączyły się unią. Stworzone przez dynastię Giedymina potężne państwo liczyło wówczas blisko milion kilometrów kwadratowych. Rozpięte było między dwoma morzami – Bałtyckim i Czarnym – a na wschodzie sięgało daleko za Smoleńsk, kończąc się na przedpolach Moskwy. Wbrew nazwie Wielkie Księstwo Litewskie etnicznie było jednak państwem ruskim. Stosując dzisiejsze pojęcia, „Litwa właściwa", zwana później także Żmudzią, stanowiła zaledwie kilka procent jego olbrzymiego obszaru, a „Litwini etniczni" zaledwie kilka procent jego ludności. Językiem urzędowym Księstwa był język ruski, to w nim spisano wszystkie kluczowe dokumenty tego kraju. Na czele ze słynnymi statutami litewskimi. Po związaniu się z Polską – którą dla odróżnienia od Wielkiego Księstwa zaczęto nazywać Koroną – elity litewskie, zarówno na Żmudzi, jak i na Rusi, zaczęły przyjmować polską kulturę i język. Polski w Rzeczypospolitej Obojga Narodów odgrywał mniej więcej taką rolę, jaką w średniowiecznej Europie odgrywała łacina. Stał się językiem szlachty, nauki i duchowieństwa. Językami litewskim i ruskim po pewnym czasie mówili już tylko włościanie. „Aczem sam Litwinem się urodził i Litwinem umrzeć mi przyjdzie, jednak idioma polskiego zażywać w ojczyźnie naszej musiemy" – pisał w 1615 roku książę Janusz Radziwiłł w liście do swojego brata Krzysztofa, litewskiego hetmana polnego. Pod koniec XVII wieku język polski wyparł ruski nie tylko z dworów i prywatnej korespondencji, stał się już także językiem urzędowym, w którym sporządzano dokumenty. Od tego mniej więcej czasu ugruntował się obraz następujący: w Wielkim Księstwie litewscy panowie mówili po polsku, a chłopi po litewsku (północ), białorusku (centrum) i rusku (południe). Polacy dzielili się zaś na Koroniarzy i Litwinów. Nie oznacza to – jak twierdzą obecnie litewscy czy ukraińscy nacjonaliści – że szlachta Wielkiego Księstwa się wynarodowiła, że zdradziła swoje wspólnoty etniczne na rzecz polskiej. Choć mówiła po polsku, pozostała przecież szlachtą litewską. Kochała swoją ojczyznę, jej tradycje, historię, krajobrazy, ludność i obyczaje. Tyle że stała na stanowisku, że los i powodzenie tej ojczyzny są na stałe splecione z losem i powodzeniem Rzeczypospolitej. Polskość była wówczas szerszym pojęciem niż dzisiaj i nie miała znaczenia wyłącznie etnicznego. Ludzie, o których mowa, uważali się za gente Lithuanus natione Polonus (na północy Księstwa) lub gente Rutenus, natione Polonus (na południu). „Polskość rozkrzewiła się w Litwie i na Rusi litewskiej w swej znakomitej większości na pniu tubylczym, litewskim i ruskim. Przedstawiała przeto nie przedłużenie polskości, wwiezionej z rodzinami przybyszy, lecz odmianę życia duchowego, utworzoną na miejscu z własnej woli i inicjatywy tubylców" – pisał profesor Władysław Wielhorski, wybitny historyk rodem z Żytomierza. Właśnie dlatego poeta mógł z taką miłością napisać po polsku „Litwo, ojczyzno moja...". „Mickiewiczowi, gdy przedstawiał się, że jest Litwinem, do głowy nawet przyjść nie mogło, że to znaczy nie jestem Polakiem – pisał Stanisław Mackiewicz. – Wprost przeciwnie. Przez podkreślenie, że jest Litwinem, Mickiewicz tylko chciał powiedzieć, że jest najlepszym, najbardziej patriotycznym rodzajem Polaka, najbardziej Polskę kochającym i najmniej z niewolą pogodzonym".

Nacjonalizm i rewolucja

Kiedy więc rozeszły się drogi Litwinów? Kiedy nastąpił – jak obrazowo ujął to jeden z historyków – rozwód Jagiełły z Jadwigą? Katastrofa ta rozpoczęła się w drugiej połowie XIX wieku, gdy w Europie zaczęły się rodzić nowoczesne nacjonalizmy. Jeszcze powstańcy styczniowi w 1863 roku walczyli o wolność wielonarodowej Rzeczypospolitej pod sztandarem, na którym znajdowały się na jednej tarczy herbowej trzy godła: Orzeł Biały, Pogoń i symbolizujący Ruś archanioł Michał. Wkrótce jednak pomiędzy Litwinami zaczęły się zarysowywać wyraźne podziały. W północnej części Księstwa – która w tych naszych rozważaniach nas najbardziej interesuje – w oparciu o kler katolicki i coraz silniejszy stan włościański zaczęło kwitnąć litewskie odrodzenie narodowe. Zaczęto tworzyć pisaną formę języka litewskiego, pojawiły się pierwsze litewskie druki i książki. Ponieważ zjawisko to było surowo tępione przez władze carskie, materiały te były drukowane na tak zwanej Małej Litwie, czyli w Prusach Wschodnich, w okolicach Królewca i Kłajpedy, a następnie przemycane przez granicę prusko-rosyjską. Właśnie w Ragnecie w pobliżu Tylży panowie Jan Basanowicz i Jan Szulpas w latach 80. XIX wieku zaczęli wydawać pierwsze litewskojęzyczne pismo „Aušra" (Jutrznia). Nacjonalizm zawsze rodzi się i istnieje na kontrze do innego narodu. Nie inaczej było z nacjonalizmem litewskim, który rodził się w opozycji do Polski, a raczej należałoby rzec, w opozycji do mówiących po polsku Litwinów. Jego wyznawcom chodziło o wydostanie się spod polskich wpływów politycznych i kulturowych, ale także o odebranie gruntów właścicielom ziemskim. Nacjonalizm litewski był więc zarówno ruchem narodowym, jak i rewolucyjno-socjalnym. Gdy w wyniku I wojny światowej upadło Cesarstwo Rosyjskie, powstał problem, jak politycznie zagospodarować teren byłego Wielkiego Księstwa. Postulaty restauracji tego wielonarodowego tworu – podnoszone między innymi przez światłe środowisko „krajowców" – nie trafiły jednak, niestety, na podatny grunt. Fiaskiem zakończyła się również wysunięta przez Piłsudskiego w nawiązaniu do tradycji jagiellońskiej koncepcja federacyjna. Nacjonalizmy, zarówno litewski, jak i polski, były już zbyt silne i dążyły do stworzenia odrębnych państw narodowych. Rok 1918 był momentem ostatecznego wyboru. Właśnie wtedy dotychczasowi Litwini – w zależności od tego, jakim językiem mówili lub z którą kulturą czuli się związani – podzielili się na Polaków, Litwinów etnicznych i Białorusinów. A ziemie byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego znalazły się w granicach Litwy kowieńskiej, Polski oraz ZSRS. Był to ostateczny koniec tego kraju i tej idei. Spójrzmy więc na republikę kowieńską. Powstał oto kraj będący dokładnym zaprzeczeniem czy wręcz karykaturą Wielkiego Księstwa Litewskiego. Mały, nacjonalistyczny i, wbrew utrzymywanym pozorom, niechętny wielkiej litewskiej tradycji i historii. Tak to Litwini zaczęli zwalczać litewskość. Najbardziej jaskrawym objawem tego obłędu były konfiskaty i inne szykany, jakie spadły na litewską szlachtę tylko dlatego, że mówiła po polsku. Państwo kowieńskie wypowiedziało polskości prawdziwą wojnę. Była ona bezwzględnie rugowana i wykorzeniania przez całe 20 lat jego istnienia. Litwini z Kowna w roku 1938 czy 1939 z dumą mówili, że dzięki ich polityce młode pokolenie nie mówi już po polsku. Szczycili się więc tym, że ci młodzi ludzie nie byli w stanie czytać w oryginale wierszy Adama Mickiewicza. Poety, którego to samo państwo kowieńskie uważało za swojego wieszcza.

Historia starego sługi

Oto charakterystyczna scena z epoki opisana po latach przez Stanisława Mackiewicza: „Hotel w Kownie został przejęty przez państwo, był tam stary służący. Służył kilkadziesiąt lat, dostał wymówienie, bo nie mówił ani słowa po litewsku. Pewien warszawista, korespondent »Gazety Polskiej«, ulitował się nad losem starca, poszedł do dyrekcji hotelu w jego sprawie. – Nam samym jest przykro – powiada dyrekcja – istotnie człowiek tu służył kilkadziesiąt lat. Ale pan rozumie: jesteśmy hotelem państwowym, reprezentacyjnym, a on tylko po polsku i po polsku. Niech go pan nauczy kilku najprostszych słów po litewsku: cena pokoju, mydło, śniadanie, obiad, dzień dobry, do widzenia – a my go zostawimy. Uradowany warszawista idzie do starego. – A nie może to być. – Dlaczego? Cóż znowu, mój Boże, ja sam was nauczę tych kilku słów. Zobaczycie, że to nie tak trudno. – Jak ja mogę się trochę po litewsku nauczyć, kiedy ja doskonale po litewsku mówię?". Jak widać, walka z polskością natrafiała na opór, ale w dłuższej perspektywie pod naporem tak silnego szowinizmu ta polskość musiała przegrać. Umarła wraz ze starymi Litwinami, gdy na ich miejsce przyszli Litwini nowi. Oddajmy na koniec głos wybitnemu pisarzowi polskiemu, patriocie Wielkiego Księstwa Litewskiego, Józefowi Mackiewiczowi. W Dwudziestoleciu często jeździł on do Kowna i znakomicie poznał panujące tam stosunki. „Zaiste Litwa Witoldowa nie ma najmniejszego podobieństwa do dzisiejszej Republiki Litewskiej – pisał w »Słowie« w 1928 roku. – Mocarstwowa idea Witolda szła w kierunku denacjonalizacji, skruszenia separatyzmów nacjonalistycznych w imię interesu państwa. Kowno dzisiejsze usiłuje interes Litwy podporządkować i ograniczyć wyłącznie do interesu ciasnego nacjonalizmu niewielkiej cząstki witoldowego państwa". Mackiewicz podkreślał, że tak naprawdę litewscy nacjonaliści „nienawidzą tradycji litewskich, które mówią o chwale jej szlachty, nienawidzą książąt litewskich, którzy szlachcie majątki nadali, nienawidzą starej kultury litewskiej, którą szlachta stworzyła, nienawidzą całej przeszłości, historii, literatury, nauki, wspomnień o bojach, krwawych ofiarach za niepodległość ojczyzny, pamiątkach, kościołach fundowanych na ziemiach litewskich, bo wszystko to jest dziełem rąk szlachty". Dlatego właśnie, zdaniem Mackiewicza, określanie tego państwa, które wyrosło na północy Wielkiego Księstwa Litewskiego, mianem „Litwy" było wysoce dyskusyjne. Prawdziwymi Litwinami, jego zdaniem, byli nie owi kowieńscy nacjonaliści, ale mówiący po polsku potomkowie rycerstwa Wielkiego Księstwa. Rycerstwa, które „krew swoją w litewskich chorągwiach przelewało, broniąc ziemi ojczystej przed wrogiem". Podobnego zdania w owych czasach byli zresztą nie tylko konserwatywni litewscy ziemianie z Wileńszczyzny. To przecież premier republiki kowieńskiej Augustinas Voldemaras zamyślił się kiedyś i stwierdził, że „Kraków jest bardziej litewskim miastem niż Kowno". Słowa te przypomniały mi się, gdy usłyszałem o sprofanowaniu mauzoleum Piłsudskiego.
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL