fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Telewizja

Lubimy podglądać

Forum Film
Barbara Hollender
Jacek Cieślak
Aktor mówi o fenomenie popularności serialu „Ranczo”. Do kin wchodzi jego filmowa wersja
Rz: Czy „Ranczo” oglądało 7 milionów widzów dlatego, że nawiązuje do sagi Pawlaków i Kargulów Sylwestra Chęcińskiego?
Cezary Żak: Najbardziej mnie cieszy, że podobieństwa zauważył sam Sylwester Chęciński. Oczywiście, jego trylogia jest nie do przebicia. Polacy zobaczyli własne życie, czy poczuli się od bohaterów lepsi, mądrzejsi?
Polacy przede wszystkim uwielbiają podglądać innych, wiedzieć, co się dzieje za płotem sąsiada. A w podglądactwo jest oczywiście wpisane poczucie wyższości. Jeden ze scenarzystów mieszka na mazurskiej wsi, blisko bohaterów, których sportretował, zaś ławeczka z facetami komentującymi to, co dzieje się dookoła, jest wszędzie, nawet w Warszawie. Takich wójtów jak ten, którego gram, też są w Polsce setki. Dostałem e-mail, że jeden z nich używa dokładnie takiego samochodu jak mój filmowy. Wiem, że księża uwielbiają serial, choć słyszałem, że proboszcz z okolic Białegostoku zakazał parafianom oglądania „Rancza”. Wytykał nam, że niemożliwe, by wójt miał tak duży wpływ na plebana. Wypaczenia się zdarzają. Ale czy bliźniacy mogą się kłócić? Życie przeczy temu, kiedy jednak dostałem propozycję zagrania dwóch braci, wymogłem na reżyserze, że będę mógł ich zróżnicować. Tak jest ciekawiej i dla widza, i dla mnie. Co prawda bracia bliźniacy z Wilkowyjów różnią się zewnętrznie i wewnętrznie, ale łączy ich to, że dla dobra lokalnej społeczności potrafią się porozumieć. Którego z bohaterów woli pan grać? Wójta. Z lenistwa, to łatwiejsze zadanie. Nad księdzem muszę się napracować. Od czasów Mikołaja Reja trwała w Polsce dyskusja między panem, wójtem a plebanem, tymczasem w opowieści o Wilkowyjach nie ma pana. Zastąpił go bohater zbiorowy, trochę plebejski? Prawda jest taka, że ziemiaństwo zniknęło z polskiego pejzażu, inteligencja się rozpływa, a klasa średnia jest wciąż słaba. Czas najwyższy zauważyć, że Polaków mieszkających na wsi i w małych miasteczkach jest więcej niż w miastach, a wielu mieszczuchów ma wiejskie korzenie. Pan również pochodzi z małego miasteczka. Dlatego widzowie często mi mówią, że gram, jakbym znał wieś od dzieciństwa. To dla mnie dobra recenzja. Oczywiście, że wiem, co to są żniwa, sianokosy, orka. Postać Wójta wiele zawdzięcza mojemu wujowi, który był sołtysem, choć nie na bakier z prawem. Kiedy mam kilka dni wolnych, wsiadam w samolot i lecę do jednego z wielkich europejskich miast. Na co dzień jednak mieszkam i najlepiej czuję się w lesie. Ponieważ dziadkowie mieli majątki za Bugiem, pewnie skończę jako właściciel kawałka ziemi, ale już tu, w Polsce. Z takich miejscowości jak Wilkowyje wyjechało za granicę kilkaset tysięcy Polaków z nadzieją na lepsze życie. Wrócą? To jest dramat, z którego powinni wyciągnąć wnioski rządzący. Myślę, że większość wróci, dlatego, że Polacy z trudem odcinają się od korzeni. Sam miałem kiedyś dylemat: wyjechać czy nie. Zostałem. Uważam, że będzie lepiej. Trzymam kciuki za Polskę. Czy aktorem narodowym jest dziś bardziej gwiazda seriali czy artysta Teatru Narodowego? Możliwe są obie drogi, bywa, że się łączą. Po 22 latach grania na scenie poczułem przesyt, ale nigdy nie wyrzeknę się teatru. Aktor powinien wracać na scenę, żeby się sprawdzać. Mam nadzieję, że jesienią zacznę próby „Boga” Woody’ego Allena w reżyserii Krystyny Jandy w jej Teatrze Polonia w Warszawie. Jak spędzi pan święta? Jak co roku za moim stołem zasiądzie ponad 20 osób. Kto może – przyjeżdża. Kresowe korzenie sprawiają, że biesiadowanie mamy we krwi. Nie wyobrażam sobie Wigilii bez siana pod obrusem, śpiewania kolęd i pasterki. Na stole najważniejsza jest dla mnie kutia, którą sam przygotowuję. Za Mikołaja już się nie przebieram, bo córki powiedziały: „Tata, przestań się wygłupiać!”. Ale młodsza pisze do Mikołaja z prośbą o prezenty. Znajduje je pod choinką, więc listy dochodzą. Widzowie często mi mówią, że gram, jakbym znał wieś od dzieciństwa. To dobra recenzja rozmawiał Jacek Cieślak Rafał Świątek Komedia z ważną rolą społeczną Twórcy kinowej wersji serialu „Ranczo” inteligentnie wpisali marzenia Polaków o szczęściu w wyobrażenie o swojskiej wsi. O tym jak potrzebny jest nam mit o życiowym powodzeniu, świadczyły dotąd kasowe rekordy komedii romantycznych. Widzom nie przeszkadzało, że były to schematyczne opowiastki, w których Polska wyglądała jak kraina z taniego folderu. Szli do kin, żeby zobaczyć lepszą wersję samych siebie. „Ranczo Wilkowyje” działa na podobnej zasadzie, też opowiada o tęsknotach za szczęśliwym życiem. Dla Kusego (Paweł Królikowski) spełnieniem marzeń jest miłość Lucy (Ilona Ostrowska), Amerykanki polskiego pochodzenia. Związek zostanie wystawiony na próbę, gdy pojawi się Louis (Radosław Pazura), były mąż Lucy. Tymczasem wójt (Cezary Żak) chce zachować stołek, ale we wsi zjawia się kontroler z izby obrachunkowej Czerepach (Artur Barciś) gotowy ujawnić machlojki byłego szefa. Wójta ratuje zwaśniony z nim brat bliźniak – proboszcz (znowu Żak)... Wokół tych głównych wątków toczy się akcja. W przeciwieństwie do autorów komedii miłosnych twórcy „Rancza Wilkowyje” nie karmią nas banalną bajeczką w prowincjonalnej wersji. Film, kreując komediowo wyrazisty obraz wsi, nie stracił kontaktu z rzeczywistością – z humorem opowiada o niezaspokojonych potrzebach i dążeniach przeciętnych Polaków.Oto przykład. Kusy pije na umór po rozstaniu z Lucy. – Skończył się amerykański sen – podsumowuje. Ta krótka scena mówi więcej o naszych aspiracjach niż niejedno socjologiczne opracowanie. Film odgrywa też istotną rolę społeczną. Zasypuje podziały. Oswaja mieszczuchów z obrazem wsi, a jej mieszkańcom podnosi samoocenę. Bohaterowie filmu, choć są swarliwi, mają grzechy na sumieniu, w głębi serca okazują się dobroduszni i prostolinijni. W tak napisanych postaciach można się bezpiecznie przejrzeć. I przy okazji pomarzyć o namiastce amerykańskiego snu we własnym życiu. „Ranczo Wilkowyje”. Polska, 2007. Reż. Wojciech Adamczyk. Dystrybucja: Forum Film Barbara Hollender Prymitywizm panoszy się na ekranie To nie jest moje kino. Takie filmy jak „Ranczo Wilkowyje” budzą mój wewnętrzny sprzeciw. W polskiej tradycji mamy kilka komedii zakorzenionych na wsi: od zrealizowanej przez Sylwestra Chęcińskiego serii o Pawlaku i Kargulu zaczynając, na niedawnych kresowych filmach Jacka Bromskiego kończąc. Był w nich swojski, przaśny humor, ale też trochę ciepła i prostej, ludowej mądrości. W „Ranczu Wilkowyje” jest tylko chamstwo, cwaniactwo i głupota. „Jak się rano popieprzy, to potem dzień lepszy” – śmieje się obleśnie służąca, która zastaje miejscową Amerykankę w łóżku z kochankiem. To próbka poczucia humoru rodem z „Rancza...”. Jednak prostackie dowcipy są tylko wulgarnym dodatkiem do obrazu, który w całości przypomina obraźliwy amerykański polish joke. To co widzimy na ekranie, jest odrażające. W świecie wilkowyjskim (czytaj: polskim?) nie ma ani jednej postaci, którą dałoby się lubić lub szanować. Trzymający władzę, nienawidzący się bliźniacy są godni siebie. Wójt to dorobkiewicz, oszust i łapownik, który, chroniąc własny stołek, nie cofa się nawet przed morderstwem. Ograniczony umysłowo ksiądz żywi do brata nienawiść, jaka nie przystoi osobie duchownej. Miejscowe baby są karykaturalnie głupie, chłopy to pijaki i nieroby wysiadujące całe dnie na ławce pod monopolowym i biorące na krechę piwo. Amerykanka, która w serialu wzbogaca życie wsi o kilka cywilizowanych zwyczajów, tu jest nijaka i nieciekawa. Jej kochanek to brudas z tłustymi włosami, były alkoholik, który w każdej chwili znów może zacząć chlać. I nawet nowe pokolenie nie wnosi nadziei do tego zapyziałego świata. Młody pracownik gminny jest koniunkturalistą bez moralności, a córka wójta mogłaby się znaleźć w Sevres jako wzorzec debilizmu. Nie jestem w stanie uwierzyć, że „Ranczo Wilkowyje” to szlachetna próba przejrzenia się w krzywym zwierciadle i pośmiania z samych siebie. Jeśli to miała być tylko satyryczna komedyjka – wyszło dość żenująco. Jeśli aluzja do Polski – niesmak jest jeszcze większy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA