fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Motoryzacja

E-myto: właściciele aut osobowych w pułapce

ROL
Robert Przybylski
Wystarczy niewielka przyczepka podłączona do terenówki, by właściciel auta naraził się na karę za brak opłat
E-myto miało uszczelnić system poboru opłat za korzystanie z autostrad przez transport ciężki i zbliżyć nas do europejskich standardów. Za 5 mld zł (tyle będzie kosztował) mamy system niespotykany w Europie, bo tak "uszczelniony", że kary płaci coraz więcej kierowców... aut osobowych.
To efekt ustawy o drogach publicznych, która nakazuje płacić myto za przejazdy autostradami i wybranymi odcinkami dróg krajowych kierowcom pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej (DMC) powyżej 3,5 tony. 1 lipca ubiegłego roku wszystkie takie pojazdy objął system elektronicznego poboru opłat, tzw. e-myta. Także prywatne vany, terenówki czy półciężarówki z przyczepami, które "w zestawie" przekraczają dopuszczalny tonaż.
A brak opłat oznacza słone kary (najczęściej wlepiają je inspektorzy Inspekcji Transportu Drogowego). Mandat to 3 tys. zł, czyli tyle, ile w podobnej sytuacji płaci kierowca 30-tonowego tira.
– Jechałem po konia pod Gdańsk autostradą A1 – mówi oburzony pan Jan, hodowca z Mazowsza. – Dostałem mandat, bo kontrolerzy zsumowali tonaże i orzekli, że jechałem zestawem ciężarowym. A ja przecież mam tylko terenową toyotę z przyczepką. Jeżdżę tym po całej Europie i nigdzie mnie nie biorą za tirowca!
Rzecz w tym, że toyota hodowcy ma w dowodzie rejestracyjnym DMC 2760 kg, a przyczepka, choć lekka – 750 kg. Razem to więcej niż 3,5 tony. A w Polsce taki zestaw podlega już opłacie. To ewenement w Unii Europejskiej, bo tylko u nas całkowita masa pojazdu liczona jest jako suma auta i przyczepy, a nie samego auta.
Co więcej, nasze przepisy są sprzeczne z unijną dyrektywą z 17 maja 2006 r., której definicja "pojazdu" nie obejmuje aut o DMC poniżej 3,5 ton. Czyli w praktyce aut osobowych i małych dostawczaków wożących na przyczepkach konie, łódki, sprzęt motorowodny czy choćby quada. W Polsce takich kierowców karze się jednak surowo na równi z kierowcami tirów. I to coraz częściej.
Skali problemu dowodzą dane składanych odwołań od kar, które już idą w setki. Jak ustaliła "Rz", w ciągu pierwszych trzech miesięcy od czasu obowiązywania e-myta, z górą co szósty z 1422 odwołujących się był kierowcą osobówki z przyczepą. W końcu roku już niemal co trzeci (z 917 w ostatnim kwartale).
Kierowcy aut osobowych są przy tym w gorszej sytuacji od prowadzących tiry. – Wśród pojazdów osobowych praktycznie nie będzie umorzeń kar, gdyż sprawa dotyczy w ogóle braku urządzenia naliczającego opłatę (tzw. viaboksa, który musi być zainstalowany w każdym pojeździe podlegającym ustawowej opłacie – red.) – informuje Joanna Rutkowska, naczelnik Wydziału Prezydialnego w Głównym Inspektoracie Transportu Drogowego.
Bo też w większości kierowcy osobówek nie mają zainstalowanych urządzeń do poboru e-myta. Część z nich po prostu wciąż nie wie, że muszą płacić (wśród nich wielu niemile zaskoczonych cudzoziemców – wg statystyk co szósty ukarany to kierowca zagraniczny). Inni świadomie kontestują restrykcyjny, wyjątkowy w Europie przepis. A jeszcze inni, choć wiedzą i chcieliby zapłacić, nie bardzo mają jak.
Punktów rejestrujących i przyjmujących opłaty jest w całej Polsce tylko 16 – po jednym na województwo (np. nie ma go w stolicy; najbliższy jest w podwarszawskim Ożarowie).
E-myta nie da się uiścić bezpośrednio przed wjazdem na drogi płatne. Ani przez Internet. Jeden z zaskoczonych tym kierowców mówi, że gdy o to zapytał, operator zaproponował mu rejestrację "ręczną" w punkcie obsługi klienta.
– A przy systemie za 5 mld zł to tak, jakbym kupił nowe auto u dilera, a on powiedział, że wyjadę z salonu "na pych".
Na dodatek płatne drogi wciąż nie są dobrze oznakowane, więc osoby spoza branży nawet nie są świadome łamania przepisów.
Kierowcy aut osobowych, mimo że trudniej im się zorganizować niż zawodowcom (ci mają swoje stowarzyszenia), protestowali jeszcze zanim ruszyło e-myto.
Apele o nowelę ustawy formułowały środowiska motorowodniaków czy motocyklistów. Inni skrzykiwali się na Facebooku.
Na razie efektu nie ma. Jak ustaliła "Rz", Ministerstwo Transportu nie planuje żadnych zmian w przepisach.
Rzecznik resortu Mikołaj Karpiński informuje, że "czynnikiem decydującym w odniesieniu do ustalenia obowiązku ponoszenia opłaty elektronicznej jest dopuszczalna masa całkowita pojazdu, a nie jego przeznaczenie i rodzaj wykonywanej działalności.
– Jest to uzasadnione zużyciem infrastruktury drogowej, ponieważ każdy pojazd lub zespół pojazdów o takim tonażu powoduje jej znaczne zużycie – kwituje Karpiński.
Za późno i z błędami

Drogi system, wielkie kłopoty

Wart 4,9 mld zł system  e-myta, wdrażany przez austriacką firmę Kapsch na zlecenie GDDKiA (umowa na lata 2011 – 2018), miał sprawnie zastąpić dotychczasowe winiety, ale od początku rodził problemy. Operator opóźnił o dwa dni start systemu tzw. viaToll (miał ruszyć 1 lipca 2011), ale też m.in. nie zdążył na czas z montowaniem tzw. bramownic, na których instalowane są urządzenia rejestrujące przejeżdżające pod nimi pojazdy. Efekt: część teoretycznie płatnych dróg długo pozostawała poza kontrolą.
Potem okazało się, że instalacje ViaToll trzeba było zasilać z przydrożnych generatorów, bo firma nie zdążyła z procedurami umożliwiającymi pobór prądu z sieci energetycznej. Operator nie zapewnił też na czas punktów obsługi klienta ani możliwości doładowania konta transferem bankowym.
Co gorsza, system co miesiąc notował tysiące błędnych odczytów (m.in. wielokrotne naliczanie opłat za ten sam przejazd), narażając transportowców na straty.
Protestowały stowarzyszenia branżowe, a Ogólnopolski Związek Pracodawców Transportu Drogowego, kwestionując homologacje i certyfikaty systemu, bez skutku domagał się zresetowania go. W ostatni czwartek GDDKiA naliczyła firmie Kapsch 7,5 mln zł kary m.in. za wspomniane dwudniowe opóźnienie startu systemu.
—p.kob
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA