fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

W warszawie rusza festiwal kina rosyjskiego Sputnik

AFP
Andriej Konczałowski, gość specjalny festiwalu Sputnik, mówi o pracy w ojczyźnie, w USA i o współczesnym kinie rosyjskim
Czy istnieje coś takiego jak słowiańska dusza?
Andriej Konczałowski: Pewnie tak, ale nie przeceniałbym tego zjawiska. W końcu Polacy mają kompletnie inną osobowość niż Rosjanie, bo zostaliśmy ukształtowani przez różne tradycje i trudno nas wrzucać do jednego kotła. Jest między nami coś na kształt żelaznej kurtyny, która oddziela nasze mentalności: ortodoksyjną wywodzącą się od Greków i katolicką, która ma korzenie w tradycji rzymskiej.
Czym się pana zdaniem różnimy najbardziej?
Kodami etycznymi. Mamy inne poczucie porządku. W dużym uproszczeniu można to ująć tak: świat prawosławny jest dionizyjski, chaotyczny, nie uznaje praw i zakazów. Świat katolicki, apolliński, opiera się na prawie rzymskim i żelaznej logice. Choć oczywiście istnieje też pewien wspólny zespół cech. Wszyscy mamy w sobie znacznie mniej pragmatyzmu niż ludzie na Zachodzie.
Pana filmy, od debiutanckiej „Historii Asi Klaczinej, która kochała, ale za mąż nie wyszła" poprzez adaptacje IwanaTurgieniewa i Antoniego Czechowa po „Syberiadę" zawsze były mocno osadzone w rosyjskich realiach. A jednak w 1979 roku wyjechał pan z kraju i zaczął pracować na Zachodzie. Jak się pan tam odnalazł?
W kinie niezależnym nie było źle. Ale w wielkim studiu poczułem się potwornie skrępowany. David Mamet mawiał, że w Hollywood panuje system totalitarny: albo się podporządkujesz, albo jesteś trupem. Starałem się współpracować, jednak realizowany dla Warner Brothers „Tango i Cash" stał się dla mnie horrorem. Szybko zrozumiałem, że nie zrobię filmu, na jakim mi zależy. Właściwie zrobiłem wszystko, żeby mnie zwolnili. I zwolnili. W Hollywood nie można być autorem, jest się dostawcą produktu.
Ale w Rosji też nie mógł pan marzyć o wolności.
W Rosji, nawet za czasów komunizmu, czułem się wolny. Wiedziałem, na co nie mogę sobie pozwolić, robiłem jednak takie filmy, jakie chciałem. Zdarzało się, że trafiały one na półkę, ale istniały. W Stanach tytuł, który nie zyska akceptacji producentów, po prostu nie powstaje, bo nikt nie da na niego pieniędzy.
„Wracając do kraju, możesz odnaleźć siebie wśród słów zapomnianych" – mówił Josip Brodski. Pan poczuł to na własnej skórze, gdy w latach 90. postanowił wrócić do ojczyzny?
Nie, bo nigdy nie straciłem kontaktu z Rosją. Mieszkając na Zachodzie, w Europie i w Stanach Zjednoczonych, przynajmniej raz w roku bywałem w Moskwie. Jestem na rosyjskość skazany: tu żyli moi rodzice, tu się urodziłem i uczyłem żyć, tu robiłem swoje pierwsze filmy i przeżywałem pierwsze miłości. Jak Strawiński czy Barysznikow, którzy mieszkali za zagranicą, tak i ja nigdy nie przestałem być Rosjaninem.
Jaka jest współczesna Rosja, ta po pieriestrojce?
Społeczeństwem zaczęły rządzić pieniądze, ale to nie zmieniło podstaw mentalności. Może nawet Rosjanie stali się dzisiaj bardziej sobą, bo w czasach komunizmu rosyjska dusza była mocno stłamszona. Teraz wyzwoliła się z powrotem.
We współczesnym obrazie „Blask luksusu" pokazał pan ludzi z wielkimi ambicjami i z marzeniami, do których jeszcze nie dorośli.
Każdy kraj, który przeszedł przez komunizm, cierpi dzisiaj na ten sam postkomunistyczny syndrom. Nowobogaccy też są wszędzie.
Twórcy tacy jak Sergiej Łoźnica, Andriej Zwiagincew, Aleksiej Mizgiriew czy Aleksiej Fedorczenko pokazują moralny upadek swojego kraju. Uważają, że niełatwo pozbyć się komunistycznego zakłamania.
Pokazują Rosję tak, jak ją widzą. Artyści powinni patrzeć na świat bez znieczulenia. Mają do tego prawo. Nienormalne jest to, że ich filmy nie docierają do rodzimej widowni. Nasz rynek opanowały zagraniczne kompanie, a rząd akceptuje tę sytuację, kompletnie w nią nie ingerując. Politycy nie zdają sobie sprawy, jak wielką szkodę w ten sposób wyrządzają społeczeństwu. Jej skalę dzisiaj nawet trudno ocenić. Rosjanie są dziś kształtowani przez amerykańskie wzorce. Nie akceptują niczego, co nie pochodzi z Hollywood.
Rosyjskie filmy są w kraju skazane na porażkę?
W naszym kinie jest mnóstwo energii i talentu. Mamy interesujących twórców i aktorów. Ale co możemy zrobić bez pieniędzy?
A gdyby pan miał nieograniczone fundusze i pełną wolność, jaki film by pan zrobił?
Uruchomiłbym projekty, o których myślę od dawna. Film o Sergieju Rachmaninowie, sequel „Blasku luksusu". I może jeszcze jedno marzenie: chciałbym ożywić na ekranie Michała Anioła.

Andriej Konczałowski

reżyser, scenarzysta
Ur. w 1937 roku. Brat reżysera Nikity Michałkowa. Najważniejsze filmy: „Szlacheckie gniazdo", „Uciekający pociąg", „Romanca o zakochanych" „Syberiada", „Kurka Riaba", „Dom wariatów".

Sputnik lata nad Polską

Pokaz zdobywcy weneckiego Złotego Lwa –„Fausta" Aleksandra Sokurowa – otworzy dziś w Warszawie V edycję festiwalu kina rosyjskiego Sputnik. W konkursie znalazło się 14 tytułów, m.in. „W sobotę" Aleksandra Mindadzego, „Palacz" Aleksieja Bałabanowa, „Beduin" Igora Wołoszyna, „Myśliwy" Bakura Bakuradzego. Z okazji 50. rocznicy pierwszego lotu człowieka w kosmos organizatorzy proponują klasykę rosyjskiej s. f. i spotkanie z kosmonautami, m.in. Jurijem Baturinem. Będą też filmy z Moskwą w tle oraz rosyjska filmowa erotyka. Po Warszawie z kinem rosyjskim będą mogli spotkać się mieszkańcy ponad 40 polskich miast. Sputnik będzie latał nad Polską aż do połowy lutego 2012 roku.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA