fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kaczyński-Koštunica, biografie równoległe

Wojciech Stanisławski
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Batalia, którą toczył i przegrał uczciwy, odważny, neokonserwatywny polityk, rozegrała się w naszym sąsiedztwie, choć nie na naszych oczach – pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
Marzenia o mostach łączących Budapeszt z Warszawą pozostaną mrzonkami, dopóki liderzy konserwatywnych i prawicowych ugrupowań Europy Środkowo-Wschodniej nie podejmą wysiłku, by poznać swoich potencjalnych sojuszników. Na razie przegrywają odizolowani od siebie, nieświadomi, że walczą na sąsiadujących odcinkach frontu w jednakowych niemal potyczkach politycznych i w europejskiej wojnie kultur.

Pobłażliwe  rozbawienie

Warto przypomnieć pokrótce dzieje pewnego polityka środkowoeuropejskiego, pana K. Jak przystało na generację dzisiejszych 60-latków, wszedł w życie polityczne, angażując się w działalność opozycji antykomunistycznej.
Wykładowca prawa, wychowany w inteligenckiej rodzinie i dzielnicy, rychło stał się w swoim kraju opozycjonistą znanym, choć nie "wizerunkowym", jak zdarzyło się to jego dłużej zaangażowanym czy bardziej medialnym towarzyszom walki. Jako jeden z pierwszych zaczął poruszać kwestię odkłamywania przeszłości. Szczególnie istotne było dlań – a z czasem również dla ugrupowania, które stworzył i na którego czele stanął – przypominanie prawdy o losach ludzi, którzy przez kilka lat po wojnie usiłowali sprzeciwiać się komunistycznej dyktaturze, zanim wymordowano ich wyrokami sądów lub wystrzelano w lasach.
Dla większości ówczesnych liderów opozycji demokratycznej pierwszym doświadczeniem politycznym była młodzieżowa rewolta '68. W ich kraju, bardziej otwartym na Zachód niż inne państwa komunistyczne, paryskie nowinki budziły fascynacje. Część młodych wyszła zresztą na ulice wielkich miast, prosto pod pałki milicji. Ci, których nie złamały represje, pozostali przez kilkanaście kolejnych lat wierni hasłu reformowania socjalizmu i snobowali się na lektury z Lewego Brzegu.
Przywiązanie K. do spuścizny przedwojennego, suwerennego państwa budziło w tym gronie w najlepszym razie pobłażliwe rozbawienie. Tolerowano je jednak, zwłaszcza gdy w ciemnych latach 80. okazało się, że tłumione przez dwa pokolenia emocje, nostalgie i głód tożsamości mają dużo większy potencjał polityczny niż zmagania z "alienacją robotników wielkoprzemysłowych".
Po odzyskaniu niepodległości K. został wybrany na prezydenta, zaś jego partia polityczna weszła w skład koalicji rządowej. Po kolejnych wyborach prezydenckich i parlamentarnych stanął na czele rządu.
Zadanie miał niełatwe: kraj był w złej sytuacji międzynarodowej, szara strefa po dekadach komunizmu rozrosła się do niespotykanych rozmiarów.  Służby specjalne i armia w zamian za zgodę na bezkrwawe oddanie władzy pozostały państwem w państwie, mając swój udział, wraz z obrotnymi przedstawicielami dawnej nomenklatury, w przejmowaniu prywatyzowanych na gwałt fabryk i infrastruktury.

Zaściankowy nacjonalista

Zabiegając o demokratyzację kraju, kierując pracami rządu i dążąc do zbliżenia ze strukturami zyskującej z każdym rokiem na znaczeniu Unii Europejskiej, K. przestrzegał zarazem przed zagrożeniami. To, plus odwoływanie się do wyklętej w ówczesnym argot politycznym kategorii interesu narodowego wystarczyło, żeby z miesiąca na miesiąc niemal przylgnęła doń medialna łata "zaściankowego nacjonalisty".
O to, by łata nie zblakła, dbała potężna koalicja medialna: przeciwko K. stanęły jednolitym frontem nowe rozgłośnie i dzienniki, zakładane przez wspieranych przez Zachód opozycjonistów w ostatnich latach dyktatury, którym heroiczny czas zapełnił kapitał wiarygodności.
Dziennikom i telewizji państwowej ancien regime'u do zmycia hańby wystarczył miesiąc czy dwa histerycznego entuzjazmu dla przemian – "nacjonalizm" i "ciągotki autorytarne" naszego bohatera piętnowały tym chętniej, im bardziej się obawiały, że ktoś mógłby im wypomnieć niechlubną przeszłość.
Na Zachodzie o kraju K. wiedziano niezbyt wiele, ale nie miał tam dobrej prasy: rachunki krzywd, których nie brakowało, przyjęto bez wgłębiania się  w meandry historii za dowód "integralnego nacjonalizmu" mieszkańców tych ziem. Krytykowany za nacjonalizm lider pasował do obrazu jak ulał. Co dopiero, kiedy zdrową podejrzliwość mediów Zachodu podsycali politycy opozycji, zapamiętani jeszcze jako gwiazdy opozycji demokratycznej lat 80.!
Teraz, z zatroskaniem marszcząc czoło, bili się w cudze piersi, ganiąc wciąż żywe w ich kraju "demony szowinizmu", dzięki którym dawny kolega doszedł do władzy.
Niewielka z początku łata rozrastała się, niczym w znanej bajce filozoficznej, na cały strój: wkrótce K. znano w światowych mediach jako "tępego nacjonalistę". Na jego niekorzyść grało właściwie wszystko.
W kraju, w którym Kościół przez lata był represjonowany przez komunistów, wiernym na prowincji często brakowało formacji, a znaczna część inteligencji wielkomiejskiej została skutecznie zlaicyzowana, religijność K. nie przysparzała mu szacunku ani młodzieży, ani celebrytów. Od dwudziestoletnich dziennikarzy nie sposób było wymagać, by znali jego hermetyczne prace z filozofii prawa: brak obycia premiera w modnych tematach do reszty załatwiał sprawę.
Ostentacyjna niechęć do PR i rosnąca z latami nieufność do żurnalistów doprowadzała do rozpaczy kolejnych doradców polityka: K. uparcie odmawiał ćwierkania z dziennikarskimi gwiazdkami, wycinania hołubców na balach dziennikarzy czy fotografowania się w fartuchu i ze stalowym widelcem przy narodowej odmianie grilla.
Politycy, których nieopatrznie raz czy drugi wymienił jako swoich mistrzów – de Gaulle i kilku przedwojennych sterników nawy państwowej – w najlepszym razie trącili naftaliną. Nieliczne próby ocieplenia wizerunku nieodmiennie kończyły się porażką: żubr K. upierał się, żeby mówić o zagrożeniach państwa, zamiast jak prawdziwy facet zagrać przed kamerą w uwielbianą w jego kraju piłkę nożną albo bodaj pogwarzyć z półtuzinem intelektualistów o "rachunkach win" swego kraju (skądinąd rzeczywistych).
Nieufność K. wobec mediów trudno skądinąd uznać za bezpodstawną, zważywszy, że stał się ulubionym chłopcem do bicia, eksploatowanym przez dzienniki opinii i prasę bulwarową, telewizyjnych trefnisiów i aktywistki miejscowego Komitetu Helsińskiego. Karykaturzysta, który wyrobił sobie nazwisko w latach 80., drwiąc z dyktatora, teraz tydzień w tydzień dostarczał publice wizerunek ponuraka w niedopasowanym garniturze, otoczonego wianuszkiem tłustych duchownych. Wzięty stołeczny psycholog rozprawiał o "staroświeckim, patriarchalnym typie osobowości", a poetessa, z którą K. dawniej maszerował w pierwszym szeregu wstrząsających krajem demonstracji, wyznawała, że wstydzi się tamtej przyjaźni.

Między bigotem  a macho

Gwoździem do trumny okazała się nieudana koalicja. W sytuacji, w której dwa największe ugrupowania wywodzące się z opozycji demokratycznej nie mogły dojść do porozumienia, K., pozostawiony w nowym parlamencie na lodzie, dobrał sobie za sojuszników dwie niewielkie partie – obie populistyczne i pieczeniarskie, odwołujące się do elektoratu z małych miasteczek, niestroniące od prostych uciech stołu i synekury. Ani ogłada, ani stałość poglądów nie były przy tym specjalnością ich liderów. Dla stołecznych salonów, które od lat drażniła pryncypialność K., była to prawdziwa gratka: odtąd w karykaturach i poważnych analizach nieodmiennie przedstawiano go w towarzystwie bigota z jednej, prowincjonalnego macho z drugiej.
Na finał nie trzeba było długo czekać i przyznać trzeba, że przynajmniej dokonał się on w ładnym stylu: w chwili kolejnego przesilenia w regionie K. uznał, że racja stanu i "interes narodowy" ważniejsze są od harmonijnych stosunków z UE. Tego było za wiele dla parlamentu – gabinet ostatecznie stracił poparcie, w kolejnych zaś wyborach partia K. uzyskała 10 procent głosów. Dziś ma ich dwukrotnie mniej: K. nadal kieruje jej pracami, lecz nawet on nie ma chyba złudzeń co do wagi swego głosu w debacie publicznej.

Nie na naszych oczach

Dzieje kariery i schyłku Vojislava Koštunicy warto przypomnieć w 11. rocznicę jego zaprzysiężenia na pierwszego prezydenta demokratycznej Serbii i w czasie, kiedy ponownie zastanawiamy się nad szansami nielewicowych ugrupowań w naszej części Europy. Batalia, którą toczył i przegrał uczciwy, odważny, neokonserwatywny polityk, rozegrała się wszak w naszym sąsiedztwie, choć najwyraźniej nie na naszych oczach.
Naturalnie, żadna historia nie toczy się dokładnie tak samo: dla dramatu pozbawionej Kosowa Serbii, który był osią zmagań Koštunicy, nie ma (na szczęście) analogii w naszych wyszehradzkich stronach. Da się je jednak, ufam, odnaleźć w większości innych wydarzeń, które składają się na tę biografię polityczną: od upominania się we frankofilskim i lewicującym Belgradzie o wiernych rządowi na emigracji "żołnierzy wyklętych" Dražy Mihajlovicia po wolty Partii Demokratycznej, rządzącej Serbią już od pięciu lat, niepodzielnie i bez widoków na konkurencję, której liderzy zostawili koledze z dawnej opozycji wyciąganie kosowskich kasztanów z ognia.
Žarko Korač ma równie charakterystyczną kreskę co Andrzej Mleczko. Zahartowane w dniach walki z Miloševiciem Radio b92 broni sprawy postępu (osobliwie zaś parad równości) z ogniem, w blasku którego redaktorzy TOK FM wyglądają na zastęp ministrantów. Velja Ilić, lider kanapowej "Nowej Serbii" i minister w dwóch gabinetach Koštunicy, swoim bałkańskim machismo zdołałby wpędzić w kompleksy nawet Stanisława Łyżwińskiego, a słodyczy i rzetelności Olji Bećković, z troską śledzącej działania premiera K., dorównać zdołałaby może Monika Olejnik.

Wspólne sprawy

Pytanie, co z tego. Czy politycy polskiej prawicy, nawet jeśli nie są w stanie skutecznie wspierać commilitionów swojej sprawy w trójkącie Adriatyk – Bałtyk – Morze Czarne, potrafią bodaj zauważać ich i wyciągać wnioski z ich porażek lub (rzadszych, niestety) sukcesów? Znawcy kuluarów Europejskiej Partii Ludowej, smakosze Tea Party – co potrafią powiedzieć o szansach Partidul Democrat w wyborach parlamentarnych w Rumunii w przyszłym roku? Jak długo utrzyma się rząd Jadranki Kosor w Zagrzebiu? Na ile trwałe jest poparcie dla SDKÚ-DS na Słowacji?
Rzecz w tym, że choć plotki o przegrupowaniach u republikanów dają miłe poczucie uczestnictwa w polityce na światowym poziomie – bitwy "wojny kultur" i obrony szańców centroprawicy, w których polscy politycy mają szanse odegrać jakąś rolę, toczą się na poziomie regionalnym. To z Belgradem, Bukaresztem i Blavą wspólne nam są fatalne ciśnienia teczek, dekomunizacji, uwłaszczenia nomenklatury czy splotu zjawisk, który Rafał Ziemkiewicz określa mianem "środkowoeuropejskiej odmiany postkolonializmu". Dopóki zjawiska te nie zostaną wnikliwie rozpoznane, dopóki liderzy partii prawicowych naszej części kontynentu nie nawiążą rzeczywistej współpracy – odwoływanie się do budapeszteńskich wzorców dostarczy równie wiele satysfakcji, co sięganie po zwietrzałą paprykę w proszku.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA