fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Komorowski, prezydent malowany

Piotr Zaremba
Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Prezydent Komorowski swoje coraz rzadsze akty limitowanej samodzielności będzie próbował zamienić na doraźne korzyści – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
Żal i gniew to ważne motywy nie tylko w polskiej polityce. W ciągu ostatnich tygodni w obozie rządzącym nagromadziło się ich sporo. Pomimo atmosfery świętowania zwycięstwa.

Ktoś więcej niż notariusz

Prezydent Bronisław Komorowski uznał, że Donald Tusk występujący w roli premiera w pięć minut po wyborach wyszedł poza swoją rolę. Jeśli Tusk tak się zachował, to dlatego, aby upokorzyć prezydenta – huczało w dużym pałacu. Z kolei staro-nowy szef rządu ma pretensję o "parodię konsultacji" w tymże pałacu. Kiedy Komorowski zażądał, aby wszystko odbyło się zgodnie z konstytucyjnymi regułami, został przez Tuska zestawiony – w rozmowach z partyjnymi kolegami – z Lechem Kaczyńskim. Liderowi PO wyszło nawet, że poprzedni, wrogi mu, prezydent szybciej go uznał w 2007 roku za oczywistego premiera niż obecny.
W ludzkich kategoriach Tusk przypomina chłopca, który wygrał mecz, a jednak rozzłoszczony ciska piłką w kolegów, którzy niedostatecznie ucieszyli się z jego zwycięstwa. Można zrozumieć, że eliminuje Grzegorza Schetynę z funkcji marszałka – Ewa Kopacz nie wejdzie w sojusz z prezydentem przeciw niemu. Ale Tusk jeszcze musi obwiniać partyjnego zastępcę – naturalnie w prywatnych rozmowach – o "despekt", jakiego miał doznać od Komorowskiego. A przecież z punktu widzenia logiki ustrojowej to Komorowski miał rację – wersja procedowania zaproponowana przez Pałac Prezydencki była prawidłowa. Stabilna koalicja PO – PSL i tak oznacza zawężenie pola działania głowy państwa jako ewentualnego arbitra. Ale Tusk chciał zamanifestować to możliwie ostentacyjnie. Oczywiście i w dalszych zachowaniach prezydenta można się dopatrzyć pewnej przesady. Wezwanie Tuska i Pawlaka do pałacu pod hasłem: "co z tą koalicją" było przypomnieniem, że prezydent to ktoś więcej niż notariusz. Jest to zresztą część szerszego zamysłu. Z kilku wystąpień Komorowskiego wyłania się wręcz zapowiedź nowych relacji prezydenta z rządem. Ośrodek prezydencki miałby się stać realnym kontrolerem – nie tylko norm konstytucji, ale reformatorskiej determinacji.

Miał świecić  odbitym światłem

To zabawne, ale Komorowski zapowiadał popędzanie rządu już podczas platformerskich prawyborów. Unikając gestów lojalności wobec Tuska, za to podkreślając, bardziej niż jego konkurent Radosław Sikorski, wagę prezydenckiego urzędu. Tyle że obecny prezydent był wtedy traktowany jako kandydat przypadkowy. Miał świecić odbitym światłem. Nie brano pod uwagę jego ambicji ani doświadczenia. Zarówno kampania prezydencka, mocno polaryzująca społeczeństwo, jak i dwie następne, które nastąpiły wkrótce potem, nie dawały wielu okazji do dystansowania się od własnej ekipy. Taką intencję: przypominania, że PO powinno być bardziej konsekwentne w reformowaniu, przypisywano już bardziej takim politykom jak Grzegorz Schetyna czy Jarosław Gowin, a i oni wyrażali ją jedynie ezopowym językiem. Komorowski był jednak ich potencjalnym sojusznikiem. Sytuacja po wyborach dojrzała w teorii do realizacji marzeń Komorowskiego. Do kolejnych wyborów trzy lata, sytuacja PO wydaje się komfortowa, nawet PSL-owski koalicjant nie jest wielkim ograniczeniem – zawsze można go podmienić na inne, spragnione koalicji partie. Dziś mówiąc: "pokażcie wreszcie, co potraficie", prezydent nie popełniłby żadnej gafy. I zapewne będzie próbował. To prawda, Tusk ma pozycję twórcy świeżego zwycięstwa. Ale społeczny mandat Komorowskiego jest mocniejszy, na dokładkę potwierdzany wysokimi wskaźnikami w rankingach zaufania. Pozycja recenzenta jawi się zawsze jako wygodniejsza niż szefa rządu, który zdaje egzamin z realnego rządzenia.

Pozbawiony  wyraźnych poglądów

A jednak twierdzę, że te usiłowania zakończą się mizernymi skutkami. Po części ze względu na słabość programową prezydenckiego ośrodka władzy. Wypaleni, nawet jeśli zasłużeni, politycy dawnej Unii Wolności i sprytni socjotechnicy typu Tomasza Nałęcza niczego przełomowego nie wymyślą. Gdyby miało być inaczej, już dziś z dużego pałacu płynęłyby światłe rady, ciekawe projekty ustaw, bulwersujące oświadczenia. Nic się nie pojawiło poza paroma quasi-naukowymi seminariami. Nie wiadomo, czy prezydent jest bardziej liberalny czy bardziej socjalny niż rząd. Nie wiadomo, o co mu tak naprawdę chodzi, a wbrew pozorom, żeby opowiedzieć ciekawą historię o swojej roli w państwie, trzeba mieć, nawet w dzisiejszej rzeczywistości zdominowanej przez medialne sztuczki, kilka sprecyzowanych celów. Jeśli już taki cel się pojawi w ustach prezydenckiego doradcy, inny będzie go kwestionował. I Komorowski, pozbawiony na ogół wyraźnych poglądów, nie powie w końcu nic. Ale jest i inna, istotniejsza przyczyna, dla której szarża Komorowskiego zakończy się rejteradą. Prezydent nie jest pozbawiony narzędzi wpływania na sprawy państwa. Nawet gdyby nie miał żadnych uprawnień poza prawem wygłaszania orędzi, jest w bardziej luksusowej sytuacji niż wszyscy inni politycy, wyjąwszy premiera. To jednak dotyczy jego formalnego umocowania. Jest zaś również rzeczywistość polityczna. Pytanie, w imię czego prezydent miałby "wpływać". Jeśli następna kadencja będzie dla PO szczęśliwa, Tusk zachowa wielką władzę. Będzie to także władza namaszczania kolejnego prezydenta. Czy bezpiecznie będzie wtedy uchodzić za człowieka nazbyt samodzielnego?

Będzie jak Kwaśniewski

Już dziś drobnym gestom utrwalającym prezydencką samodzielność towarzyszą pochwały ze strony opozycji. Nawet Jarosław Kaczyński wykrztusił jakiś komplement. W krótkiej perspektywie to miłe. W dłuższej – zdradliwe – partia może nie wystawić prezydenta w kolejnych wyborach. To Tusk posiadł zdolność praktycznego ogarniania wszystkich instytucji w służbie swojej władzy. A co, jeśli z kolei dojdzie do kryzysu, załamania się zdolności rządzenia obecnego obozu władzy? To w teorii szansa dla takich ludzi jak Grzegorz Schetyna w PO. I także dla prezydenta. W praktyce jednak z takim załamaniem łączą się gigantyczne zagrożenia. W realiach polskiej, bardzo brutalnej, generującej wielkie emocje, polityki porażka Tuska może być powiązana z gwałtownym spadkiem popularności całej formacji. Być może wręcz z perspektywą jego totalnej klęski, na kształt klęski węgierskich socjalistów zastąpionych przez Orbana. Mamy już zresztą polską lekcję w postaci erozji obozu eseldowskiego. Cóż z tego, że Aleksander Kwaśniewski miał u schyłku ery Millera okazję do wyrządzenia jednej czy drugiej krzywdy premierowi, skoro skończyło się marginalizacją całego środowiska? Od roku 2005 Kwaśniewski występuje wyłącznie w roli pogodzonego z losem rentiera. Tę lekcję inni politycy rozumieją. Także Komorowski. A jeśli nie rozumie, przypomni mu ją nie kto inny jak Tusk. Naturalnie, można byłoby, mając prezydencki autorytet, grać o coś pośredniego między pierwszym i drugim scenariuszem. Wymagałoby to jednak męstwa lwa i przebiegłości lisa. Komorowski przy doraźnej zręczności, która pozwoliła mu zawędrować tak wysoko, kimś takim chyba nie jest. Można raczej przypuszczać, że swoje stopniowo coraz rzadsze akty limitowanej samodzielności będzie próbował zamienić na doraźne korzyści. Jakie? Forsowanie swoich ludzi w służbie dyplomatycznej, administracji czy biznesie? Zachowanie pewnego wpływu na wojsko. Będzie postępował tak jak Kwaśniewski przez większą część swojej koegzystencji z kolejnymi rządami. W szczególności z Millerem, z którym wbrew późniejszej legendzie przez prawie cały czas dogadywał się bez specjalnych fochów.

Nie zaryzykuje nawet zegarka

Piszę o tym z żalem. Wbrew temu, co twierdzą rzecznicy jak największej władzy dla rządu, czyli dla Tuska, nie uważam dziś wiązania rąk premierowi za największe zagrożenie dla polskiego państwa, choć takie opinie wciąż się pojawiają (ostatnio coś takiego twierdził na łamach "Polityki" Robert Krasowski). Zmorą staro-nowego układu rządowego jest po pierwsze jego programowa pustka, rutyna. A po drugie, pokusa nadużywania władzy, w ramach ustroju demokratycznego, ale z naciągnięciem jego zasad. Z obu tych przyczyn samodzielny, choć nie wrogi z partyjnych motywów prezydent, byłby wentylem bezpieczeństwa. I szansą na lepsze rządzenie. Bronisław Komorowski miał dwie szanse, aby się wykazać podmiotowością. Pierwszą była możliwość weta wobec rządowego "zamachu" na OFE. Sprawa jest kontrowersyjna i chyba rzeczywiście opinie doradców Komorowskiego, takich jak Irena Wóycicka czy Jan Lityński, były zbliżone do racji, jakie prezentował minister Rostowski. Ale też zagrodzenie rządowi drogi do ostatnich budżetowych sztuczek mogło mu nadać w teorii trochę proreformatorskiego przyśpieszenia. Komorowski się nie odważył. Drugim był dylemat, czy wetować poprawkę ograniczającą obywatelom dostęp do informacji. Wbrew legendzie o rzekomo unoszącej się w prezydenckim pałacu wolnościowej atmosferze dawnego KOR znów zwyciężyła filozofia niekłopotania rządu. Choć prezydent mógł zyskać reputację obrońcy racji społeczeństwa obywatelskiego przeciw racjom państwa. Wzywali go do tego także dawni koledzy z Unii Wolności. Rzecz w tym, że nie wiemy, czy prezydent ma w tego typu sprawach jakiekolwiek opinie. Ale co gorsza, żyje w systemie, który podobnych porywów nie premiuje. I nie chodzi tu o system prawny. Chodzi o system społeczno-polityczny. Tusk ma tysiące sposobów, aby zdyscyplinować prezydenta. Komorowski ma tylko swoje pokusy. Dla których nie zaryzykuje, trawestując metaforę Jana Rokity, nawet zegarka.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA