Film

Skóra, w której żyję - recenzje filmu Pedro Almodovara

Antonio Banderas i Elena Anaya – chirurg plastyczny i jego ofiara w „Skórze, w której żyję” Pedro Almodóvara. Od piątku na ekranach
Gutek Film
„Skóra, w której żyję” – refleksja nad tożsamością czy telenowela

Pro: Ukryty gejzer uczuć

Barbara Hollender
Skóra, w której żyję", pozornie laboratoryjnie chłodna, w rzeczywistości kryje wielkie Almodóvarowskie namiętności i refleksję na temat tożsamości człowieka. Ostatni film hiszpańskiego mistrza jest luźną adaptacją powieści Thierry'ego Jonquet "Tarantula", choć sam Almodóvar powołuje się też na wpływy Georges'a Franju i jego filmu z 1960 "Eyes without a Face", Luisa Bunuela, Alfreda Hitchcocka, Fritza Langa, a wreszcie popowych horrorów Hammera czy Dario Argento.
Film zaczyna się w przyszłości, choć niedalekiej, w roku 2012. Wybitny chirurg plastyczny w luksusowej rezydencji, która z zewnątrz wydaje się niemal rajem, więzi młodą kobietę ubraną tylko w przylegający do ciała kombinezon. Prowadzi na niej eksperymenty, przeszczepiając jej nową skórę – czułą na dotyk, ale niepalną. Zmienia wygląd dziewczyny, tworzy ją od nowa jak współczesny Frankenstein. Zobacz galerię zdjęć z filmu Potem Almodóvar cofa akcję o sześć lat. Zaczynamy rozumieć, że współczesnym demiurgiem kieruje nie tylko chęć popchnięcia do przodu nauki. To jego zemsta za śmierć żony i ukochanej córki, która po gwałcie popełniła samobójstwo. Zimne, niemal sterylne obrazy aż kipią od namiętności. Niosą opowieść o zdradzie, rozpaczy, zniewoleniu, tęsknocie za czymś, co nigdy nie wróci. Także dyskurs o tożsamości człowieka. W skórze zamknięte są informacje o rasie, wieku, płci. Ale przecież wszystko co najważniejsze tkwi gdzieś głęboko. Naukowiec powiedziałby: w mózgu. Almodóvar mówi: w duszy, w sercu. Dlatego można zmienić wygląd człowieka, jego życie, przyzwyczajenia, nawet płeć. Ale uczucia są jego własnością. Przywiązanie do tego, co było – do wspomnienia z dzieciństwa, do matki – okaże się silniejsze niż skalpel chirurga. I tak "Skóra..." wpisuje się w nurt ostatnich filmów hiszpańskiego mistrza "Wszystko o mojej matce", "Porozmawiaj z nią", "Volver", "Przerwane objęcia". Do tego Antonio Banderas, który wraca do Almodovarowskiego świata po 20 latach, wspaniała Marisa Paredes jako wierna służąca chirurga, nowa muza Elena Anaya i finezyjne zdjęcia Jose Luisa Alcaine. Jestem za.

Kontra: Reżyser epatuje kiczem

Rafał Świątek Almodóvar od kilku lat zmienia skórę – używa innego stylu, poważnieje. Niestety, jego filmom nie wychodzi to na dobre. Z obrazów Almodóvara ulotniła się punkowa energia. Pierwsze komedie Hiszpana wręcz od niej kipiały. Słynny Pedro był wtedy królem movida madrilena – artystycznego ruchu, który ekstrawagancją i łamaniem tabu zmienił oblicze purytańskiej Hiszpanii po latach dyktatury generała Franco. "Skóra, w której żyję" – historia chirurga plastycznego przypominającego współczesnego doktora Frankensteina – nawiązuje do dawnej estetyki. Gdy na ekranie pojawia się bandzior w karnawałowym przebraniu tygrysa, trudno nie pomyśleć o nasyconej czarnym humorem "Kice". Tyle że w najnowszym filmie Almodóvara tego typu żartów jest zaskakująco mało. Nastrój zabawy zastąpił ton serio. Opowieść o tym, że płeć jest tylko konwencją, którą można swobodnie zmieniać niczym ubranie, świetnie nadawała się na pastisz. Tymczasem hiszpański mistrz jedynie kopiuje dramaturgiczne rozwiązania z horrorów klasy B. Gdyby za kamerą stał włoski guru dreszczowców Dario Argento, można by mu przyklasnąć. Jednak po Almodovarze spodziewałem się więcej niż tylko epatowania kiczem. Liczne zwroty akcji przyprawiają o zawrót głowy. Chirurg plastyczny Roberto (grany bez błysku przez Antonio Banderasa) okazuje się skoligacony niemal ze wszystkimi postaciami w filmie. Ta plątanina relacji rodzinnych, dramatycznych losów i kuriozalnych zdarzeń układa się w scenariusz telenoweli. Chwilami można odnieść wrażenie, że oglądamy kolejny odcinek "Mody na sukces" czy "M jak miłość". Warto przypomnieć, że Almodóvar nie pierwszy raz sięga po język oper mydlanych. Jednak we wcześniejszych filmach – m.in. "Drżące ciało" i "Porozmawiaj z nią" – potrafił go uszlachetnić. Schematy zaczerpnięte z telewizyjnych tasiemców były podszyte liryzmem. Wywoływały wzruszenie. Tutaj potęgują jedynie wrażenie sztuczności. Pedro Almodóvar stał się twórcą w pełni kampowym. Dla wielu byłby to komplement. W jego przypadku nie ma się z czego cieszyć.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL