fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Wszyscy mamy pamięć złotej rybki

Szymon Holcman, współzałożyciel wydawnictwa Kutlura Gniewu
Archiwum
O tym co go złości, dlaczego kultura się nie opłaca i czemu wszyscy lubimy rysunki Raczkowskiego, a nie czytamy komiksów opowiada Szymon Holcman, współzałożyciel wydawnictwa Kultura Gniewu
„Rz”: Czy jest coś, co cię teraz gniewa?
Szymon Holcman: Dziś rozgniewała mnie lektura artykułu, który opisuje pomysł rządu, by zamknąć lotnisko Okęcie po tym, jakie miliony w niego zainwestowano. Nasz kraj dostarcza codziennie nowej porcji gniewu. A coś ze świata kultury?
Rozgniewała mnie dyrekcja festiwalu w Cannes, która ogłosiła Larsa von Triera persona non grata. Ale poza tym, niewiele mnie denerwuje. Może to prawie dekada pracy w komiksie, a może dlatego, że urodziło mi się drugie dziecko i jestem raczej na etapie pogodnego godzenia się z rzeczywistością. Dziś wychodzę z założenia, że trzeba robić swoje najlepiej jak się potrafi. Nie można być wiecznie zagniewanym. Zaskakujesz mnie. Ostatnio byłeś zły na stereotypowe podejście do komiksu, a tu proszę, akceptujesz taką sytuację. Byłem, bo mimo lat pracy wielu osób, komiks w Polsce wciąż traktowany jest w najlepszym wypadku z obojętnością. Prosty przykład: są stypendia dla muzyków, pisarzy, artystów ale nie ma takiego programu stypendialnego dla twórców komiksów. Nikt nie zdaje sobie sprawy, jak wymagające i czasochłonne jest to medium, jak niewielu posługuje się nim z wprawą. A przecież polski komiks dotrzymuje kroku światowemu. Ale sam mówisz, że więcej ludzi czyta komiksy niż poezję. Bo to prawda. Wszyscy na przykład czytają Marka Raczkowskiego – wysyłają sobie jego paski w mailach, linkują na Facebooku i klikają „lubię to” -  a to przecież komiks w najlepszym wydaniu, operujący skrótem, syntezą, trafny i cięty. Ludzie czytają komiksy, lubią je, ale często nie zdają sobie sprawy, z jaką formą obcują. Albo boją się do tego przyznać. Dlaczego tak się dzieje? Po czyjej stronie leży wina? Jeśli dziś mam być zły, to tylko na siebie. Bo jako wydawca i konsument kultury pozwoliłem, by Empik, swoisty magazyn z kulturą, stał się monopolistą. I dziś problemy Empiku stały się problemami całego rynku kultury. Nie istnieje sensowny, prężny alternatywny rynek sprzedaży. Może po prostu kultura nikomu się nie opłaca? Skoro, jak podają badania, 60 proc. ludzi mogłoby żyć bez kultury, a prawie tyle samo z nas nie sięga po książki. Nie można po prostu skrzyknąć się i stworzyć taki rynek kultury alternatywnej? Ja nie mam na to czasu, poza tym czuję, że tu znaczącą rolę powinno odegrać państwo, a z drugiej strony wierzę w regulacyjną siłę rynku.  Do mnie w tym momencie należy tylko wydawanie komiksów, co robię najlepiej, jak potrafię. Po aferze z Chopinem [w lutym br. ambasada RP w Niemczech wydała pełen wulgaryzmów komiks o Fryderyku Chopinie - przyp. red.]  komiks chyba nie ma najlepszej prasy. Tak naprawdę ma taką samą, jak i wcześniej. I w dalszym ciągu obchodzi niewielu. Wiesz, co mnie najbardziej boli w tej całej aferze? Że jej w ogóle nie było. Że dziś nikt już o niej nie pamięta. Te same media, które ją rozdmuchały, kopiując od siebie nawzajem tę samą niesprawdzoną, tendencyjną informację, bardzo szybko przestały się nią interesować. W zasadzie codziennie kreuje się jakąś aferę obliczoną na błyskawiczny medialny efekt, bo my, społeczeństwo żyjemy już tylko emocjami, bez żadnej refleksji. Wszyscy dzisiaj mamy  pamięć złotej rybki. Między innymi dlatego tak trudno przebić się z czymś do świadomości ogółu. Ale przecież najmłodsze pokolenia czytają komiksy, jest ich masa na rynku. Tak, setki tysięcy dzieciaków, czytających „Kaczory Donaldy”, „Gwiezdne Wojny”, „Ben 10” i inne komiksowe magazyny, które można kupić w każdym kiosku, znają język komiksu i teoretycznie powinny sięgać po niego, gdy dorosną. Tylko oczywiście po inne tytuły.  Ale tak się nie dzieje, gdzieś tę potrzebę wypierają. Może dlatego, że w pewnym momencie – w szkole, w domu - mówi się im, że to niepoważna rzecz, dla dzieciaków, głupia. I odchodzą od komiksu. A komiks to świetne medium na dzisiejsze czasy, pełne tych samych emocji, które dostarczają literatura, czy kino, ale też mądrego przekazu. Co jakiś czas odbywa się dyskusja w świecie komiksiarzy pod hasłem „kto zabił polski komiks”. Jakie z niej płyną wnioski? To takie trochę ironiczne utyskiwanie na los twórcy komiksowego, ale na te spotkania przychodzi więcej osób, niż na spotkania autorskie ze znanymi pisarzami. Pokazuje to, że komiks jest jakoś tam modny, tylko to się nie przekłada na jego sprzedaż. Dla przykładu: planujemy wkrótce wydać „Bezrobotnego Froncka”, 400-stronicowy zbiór przedwojennych komiksowych pasków z przygodami tytułowego bohatera. Przed wojną to był hit na Śląsku, kolejne odcinki ukazywały się przez ponad 10 lat i miały setki tysięcy czytelników. Pojawiały się nawet gadżety z Fronckiem, nadruki na talerzach czy kubkach. Przy dzisiejszej realiach wydamy go w dwóch tysiącach nakładu i to tylko dzięki współpracy z katowickim ESK. Kolejna planowana przez nas propozycja, to komiks mistrza Tadeusza Baranowskiego, twórcy tak kultowych postaci, jak smok Diplodok, czy Profesorek Nerwosolek, wyjdzie na jesieni w podobnym nakładzie, który, obawiamy się, szybko nie zejdzie.  A przecież „Skąd się bierze woda sodowa”, czy „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa” tego twórcy jeszcze nie tak dawno czytało pół Polski! Z tego co mówisz wydaje się, że wraz z transformacją skończyły się dla komiksu dobre czasy. Ludzie w PRL- u faktycznie masowo czytali komiksy, ale też nie mieli zbyt dużego wyboru. Dziś wszystkiego jest za dużo, są setki telewizyjnych kanałów, Internet, gry wideo i dziesiątki innych atrakcji. I nie czytamy, wolimy głupieć.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA